środa, 29 sierpnia 2018

Od Natsumi cd. Makoto "Biedny piesek"


Wiedziała, że może minąć trochę czasu nim młody inugami się obudzi, jednak mimo to nie potrafiła pozwolić sobie na pójście spać. Co jakiś czas zerkała, czy aby jej gość ma się dobrze, tak poza tym to nie wychylała się z salonu, cały czas dziergała szalik i nieuchronnie zbliżała się do jego zakończenia. Zdążyła go nawet nieco wydłużyć, miał kilkanaście centymetrów więcej niż na początku planowała, nie żeby miało to jakikolwiek wpływ na całość. A kiedy wybiło południe przedmiot był już skończony.
Kobieta przeciągnęła się leniwie i odłożyła druty do koszyka z wełną, a szalik położyła na oparciu kanapy. Co powinna teraz zrobić? Zerknęła na puste talerze stole po jej obiedzie i skrzywiła się. Wiele czasu jej to nie zajmie, niecałe pięć minut i gotowe. Gotować teraz też nie musiała na ten moment. Kuchnia nie oferowała jej więc nic naprawdę zajmującego. Nie chciała też zaczynać kolejnego szalika, nie miała pomysłu na cokolwiek innego. A musiała coś znaleźć. Cokolwiek. Chciała iść spać, koszmarnie tego chciała. Powieki zaczynały jej ciążyć i musiała w jakiś sposób temu zapobiec. Co by było, gdyby coś się stało akurat kiedy ona by spała?
Przewróciła oczami i starając się zahamować rosnącą frustrację chwyciła nieszczęsne naczynia i powędrowała do kuchni. Panowała tam taka sama cisza jak w reszcie domostwa, nie przerywały jej nawet kroki bogini, która z przyzwyczajenia stąpała lekko, jakby w pomieszczeniu ktoś spał i nie chciała go obudzić. Szybko uwinęła się z myciem i oparła dłońmi o jeden z blatów. Powinna znowu sprawdzić, co u dzieciaka? Może jak częściej będzie zaglądać to się szybciej obudzi.
Poprawiła niesforny kosmyk włosów, który uciekł spod opaski i nieustannie wpadał jej do oka. Nie denerwuj się, sama wzięłaś go pod opiekę, zganiła się w myślach, choć wiele jej to nie dało. Po raz... już dawno straciła rachubę, załóżmy, że pięćdziesiąty stanęła przed drzwiami prowadzącymi do pokoju gościnnego i je przesunęła.
Spodziewała się zobaczyć to, co ubiegłym razem. Drobną sylwetkę leżącą pod stertą koców i nic więcej. Musiałaby wówczas tylko podejść, sprawdzić, czy gorączka nie wróciła i wyjść. Jednak tym razem było inaczej. Zaskoczone spojrzenia Natsumi i małego chłopca poprawiającego fundoshi skrzyżowały się na chwilę, by kobieta mogła je przerwać szybkim zatrzaśnięciem fusumy. Westchnęła głośno wbijając wzrok w wzorki zdobiące drzwi, zastanawiając się czy powinna się teraz spokojnie wycofać i udawać, że nic nie wie.
- Można? - zapytała nieco głośniej zanim nogi poniosły ją do jej pokoju. - Czy poczekać jeszcze chwilę?

 Makoto? Przepraszam za tę marność.
Liczba słów: 401

wtorek, 28 sierpnia 2018

Od Desideriusa cd. Mikleo "Jak nie stracić głowy"

Przyjrzałem się jego twarzy. Delikatne rysy, twarz jak u porcelanowej laleczki, duże fiołkowe oczy okalane jasnymi rzęsami, mały nosek oraz białe włosy sprawiały, że nie przypominał większości mężczyzn, prędzej dziecko. Wyglądał, jakby świat nie zareagował na niego w żaden sposób – tak, jak się urodził, taki został. Ta idealnie czysta cera sprawiła, że chwilkę tępo się w niego wpatrywałem. Dlaczego? Bo był na swój sposób uroczy, a brązowe, lekko klapnięte uszy tylko dodawały mu uroku.
Słysząc jego pytania, zaśmiałem się głośno, a on nagle odwrócił speszony wzrok.
- Jestem duchem, który nawiedza bezbronnych ludzi na dachu, by razem z nimi oglądać fajerwerki – zniżyłem ton, by przypominał on bardziej odległy, czyli bardziej pasujący do ducha. Przy tym poruszałem palcami na wysokości swojej głowy w taki sposób, by wydawało się, że moja postać jest czymś na wzór mgły. Z uśmiechem obserwowałem, jak chłopak delikatnie się uśmiecha pod nosem.
- Czyli jestem tak bezbronny, że musisz mi dotrzymywać towarzystwa? - odpowiedział, na co szybko pokiwałem głową.
- A jakby inaczej? Jeszcze spadniesz z dachu albo fajerwerk cię trafi. Ja będę twoim aniołem stróżem – powiedziałem dumnie, a jego uśmiech nie schodził z twarzy. - Nazywam się Desiderius i jak się pewnie domyślasz, nie jestem człowiekiem. Chociaż wróżbitą z trzecim okiem mógłbym być, w końcu grzywka zakrywa mi czoło, nikt by nie zauważył – wystawiłem w jego kierunku rękę.
- Mikleo – odpowiedział, przechylając lekko głowę w bok i patrząc podejrzanie na mnie, a potem na moją wystawioną dłoń. Po chwili ją delikatnie uścisnął, poczułem, jak się wzdrygnął, gdy usłyszał pierwsze wystrzały. Puściłem go i skierowałem wzrok na świecące kropki, które po wybuchnięciu zamieniały się w kolorowe linie. Oglądałem z fascynacją to zjawisko, czułem się, jakbym oglądał powstawanie nowego świata. Wybuchy dudniły w moim uszach, słyszałem, jak ludzie wzdychają od tego piękna, a chłopak obok mnie z podobną do mnie miną, oglądał zjawisko, które trwało jakieś dziesięć minut. Niebieskie, czerwone, pomarańczowe, zielone, fioletowe, karmazynowe, oliwkowe – w tym pokazie widziałem chyba każdy możliwy kolor, jaki istniał, nie licząc ciemnych barw. Po zakończeniu zespół wrócił do grania i z tego, co pamiętałem, miał jeszcze zagrać dwa ostatnie utwory.
- Ale piękne – odezwałem się, na co Mikleo przytaknął. - Szkoda, że nie puszczają fajerwerków w Kami no Jigen – rozmarzyłem się, białowłosy po tych słowach spojrzał na mnie. - Jestem Bogiem Świadomości i czasem nazywają mnie Cyferka – odpowiedziałem na jego pytanie, którego nie zadał. - A ty? Jesteś Inugami z tego, co widzę, prawda? - zapytałem, patrząc na jego brązowe uszy i puszysty ogon, który miałem ochotę złapać i sprawdzić, jak bardzo jest miękki. - Masz już swego pana? - zapytałem ciekaw.

<Mikleo?>
Liczba słów: 430

piątek, 24 sierpnia 2018

Od Kioku Cd. Williama I nie było już nikogo...


Pierwsze promienie wschodzącego słońca okalały delikatnym blaskiem twarz chłopaka. Jego duże, zielone oczy wpatrywały się we mnie z niecierpliwością i ciekawością, a kwiatek, który trzymał w prawej dłoni, żałośnie zwieszała się w dół. Początkowo przez moją twarz przemknął delikatny pół uśmiech, ale zaraz też oprzytomniałam i przerażona podbiegłam do umierającej rośliny. Delikatnie ujęłam ją w dwa palce i ułożyłam na lewej dłoni, muskając opuszkami jej aksamitne, białe płatki. Zostawiając chłopaka samego sobie w otwartych drzwiach furtki, popędziłam do kuchni. 
Stając na samych czubkach palców, wyciągnęłam z szafki maleńki kieliszek, po czym napełniłam go świeżą, źródlaną wodą. Ponownie uniosłam stokrotkę, a w myślach od razu pojawił mi się cytat z jednej z moich encyklopedii:
“Stokrotka (Bellis) – liczący 15 gatunków rodzaj z rodziny astrowatych. Pochodzą z Europy, Afryki Północnej i Turcji”
Oraz kolejny pochodzący z opasłego tomiszcza pod dumnym, tytułem “Wszystko o roślinach”:
“Stokrotka - Gromada okrytonasienne, podgromada Magnoliophytina, klasa Rosopsida Batsch, podklasa astrowe, nadrząd astropodobne, rząd astrowce, rodzina astrowate, plemię Bellideae Cass, podplemię Bellidinae Willk, rodzaj stokrotka”
Ach… ta męcząca pamięć…
Włożyłam umierający kwiatek z największa czułością i zadowolona z efektu, przesunęłam delikatnie moje dzieło, tak aby padały na nią pierwsze promienie słońca. Szczęśliwa z podtrzymania życia tej kruchej istotki, obróciłam się i spokojnym krokiem wróciłam na taras. Spojrzałam na około rozmarzonym wzrokiem, a w moje oczy, rzucił się młody chłopak, wciąż stojący z wyciągnięta dłonią, przy furtce. Na śmierć o nim zapomniałam!
Nieco speszona zbliżyłam się do chłopaka. Moją twarz natychmiast pokrył szkarłatny rumieniec. Mimo to nie spuściłam wzroku.
- Kioku

< Przepraszam, że tak długo nie było odzewu i tak krótkie jest opowiadanie. Ale w wakacje przeważnie jestem poza jakimkolwiek zasięgiem >

252 słowa

środa, 22 sierpnia 2018

Od Mikleo CD Desideriusa " Jak nie stracić głowy"


Naprawdę nie rozumiałem teraz mojego życia. Wszystko się zmieniło ... choć może nie do końca. Świat w którym się znalazłem tak bardzo przypominał mi obraz z jakiejś książki, bądź filmu - Ładne, czyste miasto, a dookoła pola i lasy. Czy to nie jest tak zwany raj ? Bo niebem bym raczej tego nie nazwał. Mili mieszkańcy, w sklepach to, co jest potrzebne do życia, a na dodatek możliwość zejścia do świata żywych. Sprzedawczyni w sklepie warzywnym odradzała mi jednak tego pomysłu, gdy tylko zacząłem drążyć temat wycieczki do świata żywych. Dlaczego? Twierdziła, że tam jest niebezpiecznie przez jakieś potwory. W sumie wierzyłem jej na słowo, jednak ....cóż.... chciałem tam wrócić, a jednocześnie wolałem zostać już na zawsze w Kami.

Ile minęło od mojej śmierci?
Czy ONA nadal mnie pamięta?
Czy w ogóle mnie zobaczy.... 


Westchnąłem zmęczony swoimi obawami i takim rozmyślaniem. Nie chciałem jej widzieć, a zarazem potrzebowałem tego. Może jednak o mnie zapomniała, a moje miejsce zajął inny facet z jej znajomych. Przecież... była i jest piękną dziewczyną,  która zamiast wybrać jakiegoś popularnego gościa z naszej szkoły wybrała mnie...cichą mysz, która nawet ocenami się nie wyróżnia, nie wspominając o urodzie czy innych aspektach. Dlaczego to zrobiła? Nie wiedziałem...lecz w moich oczach była prawdziwym skarbem. 
Wspominając wspólne chwilę udałem się na dół... gdzie moje życie się zaczęło i skończyło zarazem. Znalazłem się w parku , a dokładniej w jakimś krzaku. Czemu mnie w tak dziwne miejsce przeniosło? Minie pewnie trochę czasu nim będę rozumiał jak czego używać... nie od razu wszyscy umieli chodzić w końcu. Wyjrzałem ostrożnie z krzaków chcąc nieco rozeznać się w terenie. Nie kojarzyłem owego parku... nic nie wydawało mi się znajome... wszystko kompletnie obce. Przełknąłem cicho ślinę czując jak moje uszy wbrew w mojej woli kładą się po sobie. One mają własny rozum, czy co? Nawet jak chce ogonem ruszyć to on nic... dopiero jak jakieś moje emocje się obudzą postanawia jakoś drgnąć. Przeklęta psia natura, która jest uzależniona od uczuć. 
Musiałem się ruszyć... zobaczyć, gdzie wylądowałem, a z krzaków na pewno nic nie osiągnę. Wygrzebałem się z nich uważając, by zrobić jak najmniej hałasu, a na dodatek nie kalecząc się. Otrzepałem się na dodatek z liści i jakiś upierdliwych gałązek, które postanowiły osadzić się w moich włosach, po czym ruszyłem w stronę zabudowań. Ludzie przechadzali się wąskimi uliczkami w stronę parku z którego wyszedłem. Czemu oni się tam zbierali? Mogłem jedynie podsłuchać, że szli na jakieś wydarzenie związane z występem muzycznym. Na dodatek pod sam koniec miał być pokaz sztucznych ogni. Brzmiało ciekawie, dlatego stwierdziłem, że skoro już tu jestem, to skorzystam z tej atrakcji. Chwila wytchnienia i smaku zwykłego życia mi nie zaszkodzi, a wręcz przeciwnie - potrzebowałem go jak ryba wo... albo to złe porównanie. 
Udałem się na dach jednego z budynków otaczający zielony skwer , by tam zasiąść na jego krawędzi i obserwować nadchodzący koncert. Wiatr tutaj był zdecydowanie silniejszy niż wśród zabudowań. Rozwiewał moje włosy dając mi delikatne uczucie wolności i spokoju. Wszystko jednak zniknęło, gdy ktoś usiadł dokładnie obok mnie i odezwał się z lekkim uśmiechem. 
- Mam nadzieję, że miejsce jest wolne - Te słowa były skierowane do mnie...w końcu nawet ptaka nie było na tym dachu, wiec do kogo innego mogłoby to być ? On mnie widział? W sumie nie wyglądał jak przeciętny człowiek, więc na bank nie jest żyjącym. Poza tym...aura jaką roznosił również nie była codzienna. 
Włosy blond, które mogłem bez problemu porównać do zboża na polu tuż przed żniwami układały się w różne strony świata, jednak niektóre najzwyczajniej układały się w grzywkę opadające na jego prawe oko. Uroda dość nie przeciętna... na pewno daleko mi było do niego, gdyż jego cały wygląd był po prostu idealny. Czemu ja zawsze na takich wpadałem... 
Odwróciłem wzrok skupiając ponownie spojrzenie na ludziach krzątających się w tą i wewte po scenie. 
- Jest wolne... - Odpowiedziałem po chwili zdając sobie sprawę, że nie odpowiedziałem mu. Aż poczułem się głupio, że przyglądałem się tak jemu przez dłuższą chwilkę, bo kto normalny tak robi? Nie powinno się tak wwiercać spojrzenie w nieznajome osoby tylko dlatego, że od tak do ciebie podchodzą, a w szczególności, że powinny cię nie widzieć, gdyż nie żyjesz i jesteś dziwną hybrydą psa z człowiekiem.
- Również przyszedłeś oglądać fajerwerki? Po tym całym koncercie ma być ich pokaz - Nieznajomy odezwał się ponownie patrząc gdzieś w zielony krajobraz przed sobą. Czemu on tak próbuje nawiązać rozmowę? To dziwne... 
- Um.... tak, choć udając się tu na początku nie miałem takiego zamiaru. Ale chociaż mogę się nieco rozluźnić, czy coś.... - Nieco bałem się odpowiadać. Miałem wrażenie, że moje słowa były zbyt ufne co do niego, a wiadomo, że nie powinno się rozmawiać z nieznajomymi. - P... pan mnie widzi, tak? Ale ... nie jest pan człowiekiem - Teraz to chyba przebiłem sam siebie. Te zdania raczej nie miały sensu, lecz wolałem się upewnić, czy mam do czynienia z jakimś medium, czy kimś z boskiego wymiaru. 

<Cyferku?> 

818 słów

piątek, 17 sierpnia 2018

Od Natsumi cd. Makoto "Biedny piesek"


Natsumi drgnęła, gdy dziecko złapało za skraj jej ubrania i osunęło się na ziemię po wypowiedzeniu jednosłownej prośby o pomoc. Przez ułamek sekundy wpatrywała się w nie zaszokowana do granic możliwości, jej wzrok w szczególności skupił się na zakrwawionych ubraniach i ranach, którymi naznaczone było całe ciało. Tak, tego zdecydowanie nie przewidziała. Poruszyła się znowu, gdy w okolicy usłyszała dziwaczne powarkiwania. Akumy musiały wyczuć krew chowańca, mieli coraz mniej czasu. Nie żeby od momentu przyuważenia inugamiego miała go wiele.
Puściła swoją laskę pozwalając jej swobodnie unosić się w powietrzu, upewniła się tylko, że znajduje się w zasięgu ręki. Przykucnęła przy chłopcu i ostrożnie go podniosła. Jęknął cicho, jednak nie obudził się, niebieskooka była tylko pewna, że brak motyla skazał go na sen niezbyt mocny. Nie zdziwiłaby się, gdyby pomimo nieprzytomności odczuwał wszystko, co wokół niego się dzieje. Na to jednak nie mogła nic poradzić, wolała nie podsuwać mu snów. Jeszcze pogorszyłaby sytuację i stałaby się odpowiedzialna za cudzą śmierć.
Upewniwszy się, że czarnowłosy nie wysunie się nagle z jej rąk usiadła na swojej lasce i wzbiła się w niebo. Portal do Kami znajdował się w sąsiadującym z miastem lesie, więc niewiele myśląc udała się tam przy okazji zastanawiając się, co dokładniej powinna począć. Po pierwsze, nie znała się na medycynie, potrzebowała więc jak najszybciej odnaleźć lekarza. Po drugie... nic nie wiedziała o rannym. Z jej obserwacji wynikało, że ludzie, w takim przypadku, kontaktowali się z lekarzami i podawali informacje na temat poszkodowanego. Chociaż... W Kami pewnie działało to inaczej. Czy w takim razie powinna wykreślić drugi problem? 
Delikatnie przyłożyła dłoń do czoła chłopca. Był rozpalony, a jego pierś unosiła się nierównomiernie. Dziecko, kto posyła dzieci na walki z akumami, parsknęła w myślach i pokręciła głową. Przecież nie miały one jakichkolwiek szans w walce z wielokrotnie od nich większymi potworami. Czy Najwyższemu już do końca wyłączyło się współczucie? Żeby wyniszczać dziecko po jego śmierci, ha, szczyt wszystkiego. Te istotki jako jedyne potrafiły okazać dobroć, jeśli tylko ich dusze nie zostały skażone czynami i naukami dorosłych. Czym mogły sobie zasłużyć na zostanie podwładnym bóstw. Czy zrobiły coś niedopuszczalnego, że dostały rozkaz walki z akumami? Ha! Niech tylko ten stary buc znowu ją odwiedzi, osobiście zrobi mu kazanie. Niech tylko upewni się, że małemu nic nie grozi.
~*~ 
O dziwo wszystko przebiegło łatwiej niż z początku zakładała. Pośpiesznie wróciła do swojej świątyni i tam w jednym z pokoi zostawiła na chwilę dalej nieprzytomnego chowańca. Bez problemu odnalazła medyka, a ten, pomimo później pory, zgodził się zająć rannym. Kobieta zostawiła go w pokoju samego, gdy tylko zapewniła mu wszystko, o co poprosił. Odnosiła wrażenie, że nie dałaby rady przyglądać się zaszywaniu i oczyszczaniu ran. Wzięła więc na siebie obowiązek zajęcia się ubraniami, czy może raczej, podartymi łachmanami inugamiego. Były one sporo za duże na tak małe dziecko, jednak teraz to nie miało już znaczenia. Nadawały się tylko na śmietnik, choćby i rok spędziła przy maszynie do szycia nie dałaby rady ich zszyć. Jednocześnie nie wiedziała czy na pewno powinna to zrobić, nie miała w świątyni chłopięcych ubrań, swoich też raczej mu nie da. Czy powinna zaproponować mu uszycie nowych, jak się obudzi? Gdy będzie przytomny łatwiej będzie pobrać wymiary, a materiałów na pewno starczy.
Podjęła w końcu decyzję i wyrzuciła zakrwawione ubrania a następnie zajęła się sobą. Noszenie malca poskutkowało ubrudzeniem jej własnych ubrań, więc uciekła do łazienki w celu zmycia krwi, po drodze zgarnęła z szafy czyste, długie kimono. Nie spędziła tam dużo czasu. Choć chciała, nie mogła na to pozwolić dopóki ktoś był w jej domu. Mogła marzyć o ciepłej kąpieli, ale nie chciała, by lekarz zwiedził świątynię tylko dlatego, że nie mógł jej znaleźć. Jej wejście tam, nawet jeśli spędziła tam kilkanaście minut, nazwać mogła tylko wejściem i wyjściem, było to dla bogini zdecydowanie za mało czasu by doprowadzić się do stuprocentowego porządku.
Na ten moment jednak wstrzymała się od narzekania. Po chwili namysłu wróciła do pokoju, w którym lekarz skończył właśnie zajmować się najcięższymi ranami chłopca i skupił się na pomniejszych zadrapaniach.
- Jego stan jest ciężki, ale przeżyje - powiedział starszy chowaniec, kiedy usiadła obok. - Zostawiłem kilka bandaży, trzeba je zmieniać, co kilka godzin. Natomiast gorączka powinna zacząć niebawem spadać, prosiłbym o częste zmienianie okładu. 
Białowłosa skinęła głową spokojnie przyglądając się jak mężczyzna zręcznie bandażuje skaleczenia.  Nie wydawało się to trudne, jednak wiedziała, że przyjdzie jej to ocenić, gdy sama będzie musiała to zrobić. Kiedy skończył, osobiście odprowadziła go do wyjścia, dziękując za pomoc. Nie umknął jednak jej uszom cichy komentarz, który medyk wypowiedział, kiedy już się odwrócił i zostawił ją za sobą.
Kto posyła dzieci do walki? Zlustrowała go chłodnym spojrzeniem, chyba nie spostrzegł się, że to usłyszała. Jeśli uważał, że mały jest jej chowańcem to zdecydowanie za słabo ją znał. Większość lokalnych chowańców wiedziała, że Natsumi działała samodzielnie i nie miała żadnego pomocnika. Jak już kogoś miał obwiniać, to powinien razem z nią wytknąć kilka grzechów Najwyższemu.  Może powinna mu to powiedzieć? Co by nie rozniósł innym plotek na jej temat? Chociaż tych i tak pewnie mogłaby trochę poznać, jakby postanowiła się w to zagłębić.
Kobieta wzruszyła ramionami i wróciła do świątyni. Co powinna teraz zrobić? Mały spał, po prostu musiała raz na jakiś czas do niego zajrzeć i sprawdzić, czy wszystko gra. Zrobiła to nawet teraz. Między innymi gnała ją ciekawość, wcześniej nie poświęciła nawet chwili, by mu się przyjrzeć. Czarnowłosy wyglądał teraz bardziej jak opatulona wszystkim, co się napatoczyło pod rękę, kukła, aniżeli żywy człowiek. Jedyne, co świadczyło o tym, że żyje to głęboki oddech, który dało się usłyszeć w cichym pomieszczeniu i unoszące się na wysokości piersi koce, którymi był dokładnie przykryty. Natsumi wpatrywała się jeszcze przez chwilę w jego spokojną twarzyczkę, po czym na palcach wycofała się z pokoju. Zatrzymała się w salonie i spojrzała na stojący przy niskiej sofie koszyk z wełną i druty oraz zaczęty szalik leżące na oparciu.
- No cóż, mam sporo czasu - westchnęła cicho uchylając w tym samym momencie drzwi tarasowe. Gestem wygoniła motyle, które wzbiły się w niebo, by kontynuować swoją pracę. Trochę im zajmie, zanim samodzielnie dolecą do ludzkiego świata, ale na ten moment nie mogła nic na to poradzić. Rozsiadła się wygodnie na sofie i wróciła do dziergania. Jej myśli nie oderwały się jednak od jednego pytania. Skąd ten mały chowaniec się tam wziął? Nawet jeśli już został pomocnikiem bóstw, sam by raczej nie poszedł na pewną śmierć. Kto był na tyle głupi i go tam wysłał? I czemu nie zatroszczył się o niego, tylko zostawił samemu sobie?

Makoto? Bez pośpiechu lol
Liczba słów: 1075

czwartek, 16 sierpnia 2018

Od Nao cd. Higekiego "Chwila ciszy"


Nao w ciszy przysłuchiwał się słowom Higekiego. Przestawał teraz się dziwić, że bóstwo faktycznie może już psychicznie nie wytrzymywać sytuacji, z którymi codziennie ma do czynienia. Ludzie zawsze byli... bezczelni i samolubni, coś mu podpowiadało, że za życia miewał podobne sytuacje. Mógł sobie tego nie przypominać, ale gdy usłyszał te słowa coś w nim drgnęło, jakby słyszało coś znajomego. Być może tylko mu się wydawało w końcu nawet teraz Higeki wydał się wyrażać z pasją. Zdecydowanie lubił, to co robił, spora część bóstw zaczynała do tego, po dłuższym czasie, podchodzić z obojętnością, bo tak trzeba, bo to obowiązek. On ciągle szanował swoją pracę i całkowicie jej się oddawał, nawet jeśli powoli go wyniszczała.
To było bardzo szlachetne z jego strony, ale również niezdrowe. Gdyby Yoshiyuki miał wybierać wolałby obojętne bóstwo wykonujące swoje zadania, niż to załamane. Jeszcze istniała szansa, że z czasem gorycz i smutek mogłyby przerodzić się w gniew i mściwość. O nie, lepiej było nie myśleć o konsekwencjach.
- Nie powinieneś się tak zadręczać - powiedział, choć w głębi serca wiedział, że miałby zapewne dokładnie tak samo. Nie odrywał swojego spojrzenia od ciemnowłosego, chciał odepchnąć od niego wyrzuty sumienia i smutek, które wydawały się nadzwyczajnie lubić dręczyć jego myśli. Zaczynał się zastanawiać, czy nie lepiej będzie jak mocniej poruszy emocje targające bóstwem, drobne podsunięcia mogą się okazać zbyt małą pomocą. - Czasy zmieniają się zaskakująco szybko, nie sposób jest za tym nadążyć. Dawniej, standardy ludzkości były inne, życie było krótkie, nikt nie chciał by skończyło się jeszcze szybciej. Dlatego je doceniali. Teraz ważniejszy jest przedmiot. Ludzkie życie dzięki medycynie jest dłuższe, nie przykładają więc do niego takiej wagi. Jednocześnie zapominają, że rzeczy, które tak ubóstwiają nie dorównają im długością istnienia. - Zatrzymał się na chwilę by wziąć głębszy wdech, starał się dalej delikatnie uspokajać swojego towarzysza. - Jestem pewien, że znajdą się ludzie, którzy docenią twoje starania. A ci, którzy teraz chcą cię obwiniać zrozumieją swój błąd. Bardzo często tak jest, że zrozumienie przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie.

Higeki? Pseplasam za marny odpis ;-;
Liczba słów: 330

środa, 15 sierpnia 2018

Od Natsumi cd. Makoto "Biedny piesek"


Pierwsze modlitwy Natsumi usłyszała w swojej głowie około godziny dwudziestej. I o tej porze z szczerą chęcią opuściła swoją świątynię, udała się do ludzkiego świata. Wyjątkowo nie miała ochoty zostawać dłużej w swoim domu, dziwnym trafem ciągnęło ją dzisiaj do jej codziennych zajęć. Świat ostatnimi czasy poprawił się nieco. Skazanych na koszmar trafiało się niewielu, jeśli już byli w ten sposób karani następnego dnia się poprawiali. Czegóż mogła chcieć więcej? W jej lampionie kłębiły się teraz same przyjemne marzenia, mniej i bardziej realistyczne. Widziała je. Sny o kucykach, pięknych krainach, byciu superbohaterem.
Ludzie byli prości w obsłudze. Rodzili się i umierali, mieli niewiele potrzeb, łatwych do zrealizowania. Mogli być zupełnie różni, ale wszystkich dało się tak łatwo kontrolować. Wystarczyło ich ukarać, wznosili wtedy modły i poprawiali się zgodnie z zapewnieniami. A jeśli nie, to wystarczyło ich karać kilka dni z rzędu. Dla każdego z nich brak snu był bardzo szkodliwy, miała więc nad nimi kontrolę. Podobało jej się to. Uśmiechnęła się, gdy w jednym z okien dostrzegła zasypiającą dziewczynkę przytulającą małego, pluszowego pieska. Jeden z motyli wyczuwając zainteresowanie białowłosej poleciał w stronę dziecka i przysiadł na jego czole, by po chwili rozwiać się niczym poranna mgła.
Nie musiała nic mówić. Motyle same kierowały się ku ludziom, którym były przeznaczone, dotykały ich i znikały. A ona nie odczuwała potrzeby by usypiać kogoś osobiście. Nie, wystarczyło, że obserwowała łagodnym spojrzeniem jak świat powoli zasypia, jak gasną światła pogrążając pustoszejące ulice w świetle księżyca. Panował spokój, którego nic nie powinno zmącić przez całą noc. A tak przynajmniej myślała dopóki nie zobaczyła pod sobą akum krążących między budynkami.
Westchnęła cicho i machnęła dłonią, dwa koszmary pofrunęły ku stworom i niepostrzeżenie przysiadły na ich głowach. To powinno je na chwilę zatrzymać, jeśli zasną w miarę szybko. Chyba, że byłyby silniejsze, wtedy mogłyby złamać czary motyli. To jednak nie było na ten moment ważne. Co je mogło tu sprowadzać? Gdyby czaiły się na nią, zaatakowałyby już dawno. W dodatku wydawały się być nieco poranione, musiały z kimś lub z czymś walczyć. Inne bóstwo czy może chowaniec?
Natsumi zniżyła lot i sama zaczęła przyglądać się wąskim uliczkom. W jednej z nich panował niemały bałagan. Śmietniki były powywracane, śmieci walały się po ulicy. Tak, zdecydowanie z kimś się biły. Pokręciła z dezaprobatą głową, tyle z dobra i spokoju. Przemknęła cicho dalej nie przestając się rozglądać, dopóki jej wzrok nie padł na drobną sylwetkę posuwającą się powoli do przodu.
- Dziecko? - zapytała cicho wbijając zdziwione spojrzenie w małego chłopca ukrywającego się w cieniu budynków.
Kobieta sfrunęła nieco niżej, by móc mu się przyjrzeć. Maluch usilnie próbował przeć na przód opierając się o ściany budynków, jednak nie dało się nie dostrzec plam krwi, które za sobą zostawiał. W oczy od razu rzuciły jej się również uszy i ogon, tak charakterystyczne dla większości chowańców z Kami. Czyżby Inugami? Taki młodziutki? Najwyższy chyba lubił wybierać do tej funkcji najbardziej nieodpowiednie osoby, które powinny zasłużyć na wieczny spoczynek. Przecież to dziecko. Ha, wielki i wspaniały ojciec bogów, a jednocześnie bezczelny. Żeby zmuszać nieletnich do walki z akumami. Chyba będzie mogła wytknąć mu kolejny błąd, jaki popełnił.
Widząc, że jeden z motyli krążących wokół niej zaczyna kierować się ku obserwowanemu zawróciła go do lampionu. W takiej sytuacji sen mógł być dla małego zgubny, nawet jeśli miał zapewnić ulgę w bólu. Bogini powoli wylądowała na ziemi zaraz za młodym chowańcem, wzięła swoją laskę do ręki. Inugami musiał wyczuć jej obecność, bo drgnął i obrócił się.
- Co taki maluch robi sam tutaj o tej porze? - zapytała spokojnie nie odrywając od niego wzroku. - Zgubiłeś się i wdałeś w walkę z akumami?

Makoto?
Liczba słów: 598