niedziela, 12 sierpnia 2018

Od Nao cd. Higekiego "Chwila ciszy"


Yoshi zaśmiał się serdecznie na słowa Higekiego. Mógł się tego spodziewać, często odwiedzały go tak ciekawe osoby, które podświadomie, a może i świadomie, chciały znać działanie daru lub wyobrażały to sobie jako coś skomplikowanego. Fakt, mogły wyolbrzymiać, bo on sam nie mówił o nim za wiele. W końcu jego zdaniem słowa "uspokajanie wzrokiem" były wystarczającym wyjaśnieniem. A jak to było dalej interpretowane? Cóż, zależy kto na jaki wpadł pomysł. Niemniej Nao lubił posłuchać czasem o tym, jak przypadkowe osoby to widziały, jak bardzo wyolbrzymiały prawdę.
Spotkał się już z różnymi opiniami i wizjami. Niektórzy uważali, że bardzo odczuwali zmianę, choć tak naprawdę byli zbyt pochłonięci rozmową z nim. Inni, nie zauważali nic i podobało im się to. Zdarzyło się też kilka przypadków, gdy rozmówca faktycznie wyczuł, że youkai wpływa na jego emocje. Były to jednak osoby tak zdesperowane, że nie komentowały tego. Po prostu chciały znów odnaleźć spokój. Część klientów nie myślała o tym, że on na nie wpływa, druga połowa o tym właśnie lubiła rozmawiać. Zdarzały się osoby, które myślały, że mężczyzna musi odprawiać rytuały z użyciem dziwnych substancji. Jeden kitsune założył nawet, iż wystarczy przypadkowe spojrzenie. Był tego do tego stopnia pewien, że gdy jeleń otworzył drzwi ten już czuł się doskonale. Higeki należał najwyraźniej do osób, które uważały, iż ich zachowanie i myśli mają na to wpływ.
- Nie musisz na niczym się skupiać - odparł Yoshi i pokręcił delikatnie głową. - Powiedziałbym, że powinieneś się odprężyć, jednak właśnie dlatego poprosiłeś mnie o pomoc. Cóż więc mogę zalecić - urwał na chwilę by napić się trochę herbaty. - Większość odwiedzających mnie ludzi lubi mi opowiadać, co się dzieje w ich życiu. Zawsze mówią, że czują się tutaj swojsko, jak u najlepszego, starego przyjaciela, któremu można wszystko powiedzieć i mieć pewność, że nie wyjdzie to poza ten dom. Chciałbym być skromny, jednak te słowa muszę potwierdzić, jakkolwiek dumnie nie zabrzmią. Wszystko, co zostanie tu wypowiedziane nie wychodzi poza te ściany. - Ostrożnie spróbował odsunąć niepewność Higekiego, nie potrzebowali tego. -  Mogę więc zaproponować, byś opowiedział coś o sobie. Albo porozmawiajmy o czymś co lubisz. Po prostu spróbujmy o tym zapomnieć. Chyba, że chciałbyś porozmawiać o tym, co cię trapi. Z miłą chęcią wysłucham wszystkiego.

Higeki? Uroki wyjazdów i nieobecności...
Liczba słów: 366 

piątek, 10 sierpnia 2018

Od Muira do Fjorgyna, "Hortos glacies"

Upały były okropne. Żeby cokolwiek zrobić koło świątyni, wstawałem wcześnie raano, kiedy słońce jeszcze nie było na tyle wysoko, aby zagrzać mnie na śmierć; albo po prostu pracowałem wieczorami, kiedy powoli robiło się chłodno. Było to o tyle uciążliwe, że czas pomiędzy porankiem, a wieczorem spędzałem wysłuchując modlitw, lub bezczynnie leniuchując. Czas na przyjemności miałem dopiero nocami. Spacerowałem wtedy beztrosko po ulicach Kami no Jigen. Bardzo lubiłem tę formę aktywności — nie męczyła zbyt mocno i… mogłem pozwiedzać, inspirując się ogrodami innych. O ile mieli ciekawe ogrody (bo niektórych po prostu zadowalał kawałek skoszonej trawy, czy jakieś drzewo przy ogrodzeniu)
Nie potrafiłbym nic nie robić na swoim podwórku. Praca przy roślinach była dla mnie hobby, z którego nigdy bym nie zrezygnował z własnej woli. Nie dość, że ta robota relaksowała, to efekty zazwyczaj napawały mnie niebywałą satysfakcją. Moje kwiaty i drzewka były dla mnie jak zwierzątka. Mimo że nie mogły się ruszać, odnosiłem wrażenie, że cieszą się, kiedy je pielęgnuje, czy choć przechodzę obok nich. To uczucie bardzo mnie fascynowało, do momentu aż musiałem usunąć chorą roślinę, którą niewątpliwie zaraziłaby resztę, gdybym tego nie zrobił. Czułem się jak morderca, dopóki nie zrozumiałem, że to, co czułem to jedynie wytwór mojej bujnej wyobraźni, spowodowany jedynie samotnością.
Dzisiejszy dzień również zadowalał wszystkich ciepłolubów. Przez okno w Świątyni obserwowałem energicznie wygłupiające się youkai, kilka rozbawionych chowańców wraz ze swoimi bóstwami i może trzy lub cztery osoby po prostu wlokące się po ulicach. To było męczące, że zdecydowana większość mieszkańców Kami z radością przyjmowała słoneczne promienie — a ja nie potrafiłem ich wytrzymać, wchodziłem w stan dziennego rozdrażnienia.
Tego dnia zabrakło mi… herbaty. A bez zielonej herbaty nie wyobrażałem sobie ani jednego poranku. Napar wypity z rana był dla mnie jak kawa. Nawet lepszy. Dobre śniadanie popite takim napojem dodawało mi energii na około sześć czy siedem godzin. Dlatego mogłem wydawać się wtedy bardzo zmęczony.
Nie zwlekałem długo z decyzją czy po nią wyjść, czy może nie. Praktycznie wyszedłem od razu.
Starałem się wybierać drogę zacienioną, dlatego dojście do sklepu zabrało mi więcej czasu, niż bym się tego spodziewał. Najbardziej jednak w tym wszystkim… drażnił mnie fakt, że po raz kolejny mijałem ogród, który… gdyby był zadbany, przyciągnąłby wzrok każdego z przechodniów.
Oczami wyobraźni widziałem, jak przerośnięte drzewka zmieniają się w kreatywne bonsai, trawa, która teraz sięgała mi po kolana (lub wręcz wyżej), zamienia się w śliczny trawnik, zielony i krótko ścięty, w dodatku tak gęsty, że idąc po nim boso, łaskocze mnie po stopach jedynie młoda trawa. Granice ogrodu można było obsadzić kameliami albo… azaliami! A wśród tego wszystkiego kamienna altana, wokoło której kwitłyby kosmosy, albo chryzantemy.
Tylko czy ten wystrój pasowałoby do domownika? Ogród stanowczo powinien wyrażać „ja” osoby, która w nim przebywa, dlatego o obecnym właścicielu tamtej działki nie miałem zbyt kolorowych wyobrażeń. Niemniej chętnie bym go poznał i pogadał o tym, jakie ma pole do popisu, choć i tak wątpiłem, że cokolwiek zrobi.
~*~
Przetrwałem ten dzień, udając się nad jezioro. Co prawda nie miałem zbyt dużego zaufania wobec wody, dlatego wchodziłem do niej maksymalnie po kolana — była to jednak wystarczająca ochłoda, zwłaszcza że mogłem siedzieć w cieniu na czymś w rodzaju molo z kamieni.
Wracałem późną godziną, bo, mówiąc szczerze, bardzo mi się tam spodobało — i nie chodziło tu jedynie o wodną atrakcję. Dzika natura była niemal doskonała. Wszystko naokoło rosło w dziwnej harmonii ze stworzeniami w niej żyjącymi. Siedząc tam w bezruchu, poczułem się jak cześć świat, do której nie należę. Naprawdę opuszczałem to miejsce z żalem.
Do świątyni wracałem moją ulubioną trasą. Miała ona jeden szczegół, który za dnia mnie irytował, nocą zaś przyprawiał o gęsią skórkę — ten okropnie zaniedbany ogród.
Przystanąłem przy ozdobnym metalowym ogrodzeniu. Sięgało mi do pasa, nie było wysokie. Mógłbym je bez problemu przeskoczyć i…
Te chwasty same się prosiły o masowy mord.
Przyszedłem ten płot i nie zwracając uwagi na to, że właśnie zrobiłem coś wbrew prawu, oddałem się beztroskiemu plewieniu, stękając co jakiś czas z wysiłku.
Po pewnym czasie moją radość przerwało ciche stąpanie. Zastygłem w bezruchu, czując, jak ktoś wbija we mnie wzrok. Przez chwilę żyłem nadzieją, że jednak nie zostałem zauważony, ale moje nadzieje zostały szybko rozwiane przez beznamiętny ton, zapewne, właściciela posesji.
— Podnieś ręce do góry, tak żebym widział, odwróć się powoli w moją stronę.
Z początku opanowało mnie zakłopotanie i strach — w końcu zostałem przyłapany na wtargnięciu na czyjąś działkę — Ale szybko opanowałem emocje. W końcu kto ma pistolet?
Uniosłem lekko ręce i posłusznie się obróciłem. Moje oczy natychmiast wychwyciły to, czego na pewno się nie spodziewałem — ten pistolet.
Natychmiast uniosłem ręce wyżej, bojąc się, że we mnie strzeli. Przełknąłem ciężki ślinę, rozważając w myślach, co właściwie powinienem mu powiedzieć i kiedy to zrobić? Przecież ta cała sytuacja była idiotyczna.
Zmrużyłem oczy, próbując dostrzec sylwetkę ukrytą wśród mroku — w końcu pora dobijała zapewne i do pierwszej godziny…
Postać była mniej/więcej (choć obstawiałem, że więcej) mojego wzrostu. Miała dłuższe kręcone włosy - jasne, ale w tak kiepskim świetle nie potrafiłem określić ich prawdziwego koloru. Miałbym wątpliwości co do płci tego pana, gdyby nie jego głos.
— Co robisz tutaj… W środku nocy? — opuścił broń, jednak tonu nie zmienił nawet minimalnie.
Co mu powiedzieć, aby nie wziął mnie za wariata?
— Wyrywałem chwasty — odparłem krótko po chwili namysłu. To było tak żenujące, że aż lekko się zaczerwieniłem.
Jeśli zażąda dowodów, to w dłoniach dalej trzymałem lebiodę i bniec biały.
Byłem w lekkim szoku, trochę bałem się, że dojdzie do nieprzyjemnej sytuacji, ale czy żałowałem? Tylko tego, że nie miałem ze sobą rękawiczek.

<Fjorgyn?>

923 słowa

Od Muira CD Higeki'ego "Gwiazdy mają oczy"


Przyglądałem się końskiej nodze, która pod wpływem takiej siły powinna być zmiażdżona. Ostre kolce wbijały się w ciało centaura tak boleśnie, że nie byłem w stanie sobie tego wyobrazić… Chyba że zdążył stracić czucie w tamtej okolicy. Albo był zszokowany tą sytuacją… W końcu próbował sam uwolnić się z pułapki, później bez wahania wymierzył we mnie i Higeki’ego swoją broń, a teraz – chociaż roztrzęsionym głosem – opowiadał o tym, w jaki sposób znalazł się w tej okropnej sytuacji. Obawiałem się, że niedługo adrenalina przestanie być produkowana w takich ilościach, a stan centaura może gwałtownie się pogorszyć.
— Po prostu tędy przechodziłem. Chciałem dojść na skróty do domu, było… Jest późno — tłumaczył, zerkając co jakiś czas w moją stronę. Najpewniej dalej nie darzył nas zaufaniem, ale nic innego prócz naszej obecności nie było w stanie mu teraz pomóc.
Powoli i delikatnie dotknąłem żelaznych szczęk, brudząc sobie tym samym dłonie. Myślałem, że to smar, którym zwyrodnialec posmarował sidła, aby lepiej się zamykały, ale zapach i konsystencja wskazywały na krew, czyli kolejny poważny powód do niepokoju. Jeśli uwolnimy nogę, możemy doprowadzić do krwotoku, którego nie damy rady zatamować – a wtedy mężczyzna może się wykrwawić.
— Mam dzieci — wypalił nagle — A one mają tylko mnie.
Zadrżał, objął się ramionami i spuścił głowę. Mimo że nie widziałem jego twarzy, dałbym sobie rękę uciąć, że właśnie płacze.
— Poczekaj tu — szepnąłem do Higeki’ego.
Nie chcąc tracić czasu, zapuściłem się w głąb lasu.
Jako bóg roślinności mogłem manipulować wzrostem roślin, ale moje umiejętności nie kończyły się wyłącznie na tym – doskonale poznawałem świat wokół siebie, znając gatunek, właściwości, a nawet wiek danych roślin. Wydawało się to dosyć intrygujące, może nawet i niesprawiedliwe, ale nie potrzebowałem lat nauki, aby to wszystko wiedzieć.
Podczas mojego niezgrabnego marszu przez las, znajdowałem wiele roślin, które mogłyby pomóc, ale… Tylko w formie naparu. Teraz, tutaj w lesie, raczej nie miałem dostępu ani do czajnika, ani do czystej wody. Ani nawet nie mogłem rozpalić ogniska, aby wszystko zagotować. Potrzebna była roślina, którą mogłem zmiażdżyć i wmasować w ranę.
I w pewnym momencie zastygłem w bezruchu. Minąłem właśnie redest pstasi.
Cofnąłem się powoli i przykucnąłem przy drobniutkiej kępce ziela. Urwałem delikatne łodyżki i… W którą to stronę powinienem iść, aby wrócić do Higeki’ego i rannego?
Zakręciłem się z zakłopotaniem wokół własnej osi i z bólem uświadomiłem sobie, że właśnie zgubiłem drogę powrotną. Okrążyłem kilka drzew, w nadziei, że w jakiś sposób przypomnę sobie, skąd wracałem. Ale nie — wszędzie naokoło tylko sosny, trawa i drobniejsze roślinki, na które nie zwracałem aż takiej uwagi.
Wrażenie, że tracę czas, napierało na mnie, wywołującą wrażenie noszenia wielkiego plecaka wypchanego po brzegi książkami. Wybór kierunku był ciężki, ale czas naglił, dlatego rzuciłem się w losowym kierunku.
Drzewa powoli zaczęły się przerzedzać, jednak nie zrezygnowałem z marszu. Musiałem gdzieś wyjść. Później mogło iść tylko z górki — obejść las naokoło, natrafić na dobrą ścieżkę, znaleźć rannego i go opatrzyć (o ile bóg katastrof wykazał się kreatywnością i rozwiązał problem niedźwiedzich wnyków, miażdżących kończynę).
Wyłoniłem się na polanie. Na tej samej polanie, na której słuchałem dziwnego instrumentu Higeki’ego. Nogi mi wręcz zmiękły.
Gdybym ruszył zaledwie 60° w prawo, prawdopodobnie rana byłaby już opatrzona, a uwolniony centaur mógł spokojnie wracać do swoich dzieci.
Otarłem pot z czoła i pobiegłem tam, gdzie już dawno powinienem być.

Higeki z dużym uporem szarpał bok pułapki, a chowaniec syczał, przeskakując z niecierpliwością z przednich kopyt — prawe kopyto, lewe kopyto, prawe, lewe i tak w kółko. W pewnym momencie bóg katastrof pociągnął zbyt mocno, przez co pół koń krzyknął.
Zrezygnowany Higeki odsunął się od niego, wzdychając przy tym ciężko.
— Musimy to pociągnąć, wtedy się otworzy. — wyjaśnił, wskazując palcem coś typu metalowej wysuwanej wajchy.
— Ale jest całe zardzewiałe, ciężko będzie — uzupełniłem jego wypowiedź. Wtedy oboje rzucili mi spojrzenia, które w jasny i prosty sposób wyjaśniły mi, że odkryłem Amerykę. W ironiczny sposób oczywiście.
Chyba każdy z nas zdążył zmęczyć się tą sytuacją, dlatego niekiedy otwarcie okazywaliśmy swoją złość i niezadowolenie, kiedy coś nie szło po naszej myśli. A nic nie szło po naszej myśli.
Najpierw nie mogliśmy rozgryźć mechanizmu sideł, później centaur zaczął słabnąć, prawie mdleć dlatego jeden z nas musiał go podtrzymywać (ktoś, czyli ja, a trzymanie takiego… dużego osobnika, do najłatwiejszej pracy nie należy). No a teraz to.
Mój wzrok kierował się na przypadkowe rośliny, kiedy próbowałem się skupić. Na myśl nie przychodziło mi nic innego, jak tylko delikatnie rozchylić metalowe szczęki i… dlaczego jeszcze tego nie zrobiliśmy? Ledwo powstrzymałem się od bolesnego uderzenia się w czoło.
Przykucnąłem przy nodze centaura, w szparę między żelaznymi „zębami” umieściłem nasionko sosny, które natychmiast wykiełkowało i za moją sprawą - rozpoczęło swój rozwój.
W zamierzeniu sidła miały się otworzyć na tyle, aby można było wyswobodzić zranioną pencinkę, ale… wyszło lepiej, niż przypuszczałem. Gruby już pień młodego drzewka sprawił, że pułapka pękła na pół. Oczy błysnęły mi z zachwytu, centaur odetchnął z ulgi. W końcu!
To nie był jeszcze koniec. Zacząłem rozgniatać delikatne liście redestu.
— Redest ptasi działa przeciwzapalnie, pomaga krzepnięciu krwi. Oczywiście o wiele lepiej działałby nasączony w nim gazik, ale na razie wystarczy — tłumaczyłem im, powoli wcierając „maść” w ranę.
Centaur nie słuchał, był zbyt skupiony na tym, co robię, niźli na tym, co mówię. A co do Higeki’ego… nawet nie zwróciłem na ten szczegół uwagi. Słuchał czy nie, mówiłem dalej. Redest ptasi był wart rozmów o nim.
- To fascynujące. Niby taki niepozorny, a jednak ma tak wiele zastosowań. Osoby starsze piją naparu z niego jako eliksir młodości. Dodatkowo pomaga na prace układu pokarmowego. O, albo zwalcza trądzik! Poza tym obniża poziom cukru we krwi, zapobiega krystalizacji w drogach moczowych, wzmacnia naczynia krwionośne i… - I chyba nikogo to nie obchodziło. Zamilkłem, nadymając lekko polika. Chyba dawno z moich ust nie płynął taki potok słów.
Wmasowałem w ranę wszystko. Teraz pozostało mi jedynie… skąd wziąć materiał, aby naprawdę opatrzyć ranę? Moja koszula była ze sztucznego tworzywa, wiec automatycznie odpadała. Gdybym ją owinął nogę centaura, najprawdopodobniej podrażniłaby jego skórę, lub co gorsze — rana by się zaczęła ślimaczyć.
Spojrzałem ze zmieszaniem Higeki’ego. Jego kimono było niemal idealne, lecz głupio było mi to mówić.

<Higeki?>

1019 słów

czwartek, 9 sierpnia 2018

Od Hibiki'ego Cd. Asami "Dziennik życia ziemskiego"


Wziąłem głęboki oddech, stojąc już pod postacią ludzką, tuż przy boku mojej bogini. Zaraz też zzieleniałem na twarzy i obróciłem się w kierunku jakichś krzewów, rosnących przy drodze. Wstrząsnęły mną silne torsje, a mój ostatni posiłek znów jawił się przede mną w całej swojej "okazałości”.

- Przepraszam - posłałem niemrawy uśmiech bogini

Dochodziła godzina osiemnasta, gdy przed naszymi oczyma wyrosły pierwsze budynki. Niskie, zbudowane z szarej cegły, z czerwonymi, walącymi się od starości dach. Im dalej budynki były coraz większe i bardziej zadbane. Aż w samym centrum tego mrowiska, stał olbrzymi drapacz chmur. Cały ze szkła i stalowych stelaży. Jego ostatnie piętra, zanurzały się w chmurach, robiąc wrażenie, niekończącej się konstrukcji. Zbliżał się zachód. Ostatnie promienie słoneczne, oświetlały wyższe budynki, a te odbijały światło w oknach, tworząc niesamowite wrażenie. Po upływie kolejnej godziny, wielka złocista kula, skryła się za horyzontem. Nastała noc. Jednak nie była tak ciemna i nieprzenikniona. Od miasta biła jasna łuna, która rozpraszała mroki. 
Wtem zawiał silniejszy wiatr, przynosząc ze sobą, zapach deszczu. Niebo zasnuły ciemne chmury z których po chwili lunął na nas deszcz. Z początkowo zatrząsłem się pod wpływem zmiany temperatury, ale zaraz ponownie rozprostowałem ramiona i patrząc z góry, przeglądałem się nocnemu życiu miasta.
Światła z wielkich bilbordów, ci chwilę zmieniały swoje barwy, a mimo szumu deszczu, z oddali słychać było, warkot silników oraz trąbienie. 
Ciemna konstrukcja pośrodku miasta, wyglądała jak olbrzymi głaz, pokryty pismem, którego dziś, już nie odczytał by nikt. Czarna, masa budynku, wydawała się złowieszczo chylić nad miastem, rzucając głęboki cień. Smętnie stał tak, pośrodku mrowia innych domostw, taki inny. Wręcz… Nieosiągalny.

< Asami? Przepraszam... Najpierw byłam poza zasięgiem, a później jakoś nie mogłam zebrać >

260 słów

środa, 8 sierpnia 2018

Chowaniec Inugami - Mikleo


Imię: Mikleo
Przezwisko: Może być Mika... może być Kleo... ale najlepiej mu mówić pełnym imieniem, gdyż nie przepada za wszelkimi zdrobnieniami. 
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Inugami
Moc: Mikleo nie lubi używać swojej wody. Związana jest ona z kontroli wody, oraz zmianą jej stanu skupienia. Ma jednak ona ograniczenie pod postacią tego, że w jego pobliżu musi być jakiś zbiornik, gdyż w innym wypadku pobiera ją z otoczenia...w tym z roślin i żywych stworzeń. Dlatego boi się jej używać, gdyż nieco nad tym nie panuje.
Liczba PD: 650 ( Żółtodziób ) 


 Delikatny, a zarazem wierny niczym pies. Te dwa określenia idealnie określają tego delikatnego chłopaka o jasnej karnacji. Wiecznie trzymający się z tyłu, i pilnujący swoich najbliższych Mikleo nie przepada zbytnio za nowo poznanymi osobowymi, a tym bardziej za tłumem obcych. Zawsze powtarza, że lepiej mieć jednego zaufanego przyjaciela, który zasługuje na miano "najlepszego" niż całe stado znajomych, którzy tylko czekają, by zdradzić cię przy najbliższej okazji. Nie raz już się o tym przekonał i nie chce ponownie doświadczać tego bólu. 
Jest bardzo wrażliwy, co można zauważyć podczas, gdy ze wszystkich sił próbuje komuś pomóc, a okazuje się bezradny. Łatwo go doprowadzić do łez w takich sytuacjach lub, gdy wspomni się coś o jego życiu przed trafieniem do Kami. Chciałby żyć... to przecież jest oczywiste dla każdego człowieka, lecz boi się wrócić na ziemię, gdyż może tam spotkać swoją dawną miłość. Nie zniósł by widoku jej z kimś innymi, gdyż to by oznaczało, ze po prostu o nim zapomniała.
Zdarza się, że zaczyna się zachowywać jak starszy brat, czy nawet dobra matka, która ma na celu obronić swoją rodzinę przed wszelkim złem. Nie robi to jednak mocą, a słowami. Mika boi się używać swojej zdolności, gdyż z tego co pamięta, to utonął , gdy dał się namówić znajomym na nocne wyjście nad jezioro.
"Woda nie dość, że woda w dość łatwy sposób dała życie, to w równie łatwy sposób może je szybko odebrać" 
Te słowa nieustannie krążą w jego głowie, gdy tylko natrafi na temat z nią związany, będzie niedaleko jakiegoś zbiornika (zwykle stara się unikać tych rzeczy jak przysłowiowego ognia) 

Włosy: Typowo krótko ścięte włosy przybrały odcień bieli, która czasami nabiera lekko błękitnego odcienia - zapewne jest to wina cienia, bądź wilgoci, która czasami nie odstępuje go na krok. Myśli jednak nad tym, by zapuścić je na tyle, by sięgały mu za ramiona.
Twarz: Młodzieńcze rysy twarzy nadają mu swego rodzaju uroku. Dochodzą do tego duże, podkreślone jasnymi rzęsami, okrągłe oczy w odcieniu jasnego fioletu. Drobny nosek, jasna jak u porcelanowej laleczki karnacja i brak skaz w postaci pieprzyków, czy blizn.
Postura: Chłopak odbija się od ziemi o 175 cm wzrostu. Charakteryzuje się smukłą sylwetką  i wcięciem w talii, którą stara się w miarę swoich możliwości ukryć. Trenował niegdyś, więc pod warstwami ubrań skrywa lekko zarysowane mięśnie , które z biegiem czasu ani trochę nie zanikły. Mimo
Inne: Mikleo przeważnie chodzi po mieście w specyficznym stroju, który ma z tyłu dwa luźne kawałki materiału, które zaczynają powiewać, gdy używa on mocy, lub wiatr postanawia roztrzepać jego włosy. Zdarza mu się również chodzić z wytworzoną przez swoją moc "laską". Twierdzi, że dzięki niej lepiej panuje nad tym diabelskim darem. Najbardziej charakterystyczne są jednak brązowe, klapnięte psie uszy wśród jego białej czupryny oraz zakręcony ogonek wychodzący spod ubrań.
GłosKōshi Asakawa ( Flow)

Bóstwo: brak 
Relacje:
Przyjaciele: Stara się być miły dla wszystkich , więc kogoś tam ma. Na przykład sprzedawczyni z jednego sklepiku. Zawsze do zakupów dorzuci mu jakiś owoc, by "zdrowo rósł"
Wrogowie: Życie bez tego się nie obejdzie. Ale jego największym wrogiem jest woda.
Druga połówka: Żyje nadal na ziemi, ale nie ma szans na normalny związek.... więc nie ma nikogo.

Mikleo pamięta moment swojej śmierci, a raczej sposób w jaki zginął. Ma przez to niechęć do swojej mocy, gdyż to właśnie woda odebrała mu życie.
Lepiej czuje się w zimnie niż w cieple. Często mdleje, gdy temperatura jest zbyt wysoka.
Boi się ponownie zakochać, gdyż za życia miał swoją ukochaną, którą niestety opuścił.
Ma lęk przed wszelkimi zbiornikami wodnymi, kąpiel w wannie to dla niego najgorsza kara. Jedynie pod prysznicem daje radę, dzięki śpiewaniu. (Tak śpiewa pod prysznicem... bo może)
Wstydzi się większości swoich zalet. Muzyka, zdolności kaligraficzne... dla niego to jedynie coś, przez co inni zwracają na niego nie potrzebną uwagę, a dla niego to sposób an odstresowanie się.
Kocha lody i wszelkie zimne desery. To najlepszy sposób na przekupienie go do czegoś.
Za życia był "modelem" swojej ukochanej, która interesowała się fotografią.
Operator: KoniaraHadara | justtysia270@gmail.com

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Od Desideriusa cd. Higeki'ego do ktosia "Jak nie stracić głowy"


Uważniej przyjrzałem się ciemnowłosemu mężczyźnie, zdecydowanie wyższemu ode mnie. Wyglądał na wątłego, był ubrany w kimono, którego osobiście nie znoszę nie tylko z tego powodu, że przypomina sukienkę, ale nie lubię gdy obwiewa mi nogi i genitalia. Przez chwilę miałem ochotę krzyknąć Nie ma za co stary, ale słysząc jego kulturalne przywitanie, odpłaciłem się tym samym:
- Mi także było miło walczyć u twego boku. Nazywam się Desiderius i jestem Bogiem Świadomości - przedstawiłem się.
Po krótkiej rozmowie, Higeki ruszył w stronę parkanu, pod którym leżała jakaś siatka. Gdy podniósł ją, zauważyłem, że miał w niej książki. Nagle moją uwagę przykuł głośny wybuch, odwróciłem się do tyłu i zobaczyłem małe iskierki na niebie. Po chwili wybuch się powtórzył, fajerwerk poleciał do góry i rozbłysnął na niebieskim niebie żółtymi paskami. Stałem w miejscu obserwując to zdarzenie, które niestety się już nie powtórzyło. Zaciekawiony ruszyłem w tamtą stronę. Przeszedłem przez boisko i wylądowałem na ruchliwej ulicy, na której długo się czekało na zielone światło dla pieszych. Nie zbyt wiedząc, którędy mam iść, wmieszałem się w tłum i zacząłem błądzić po okolicy, zacząłem sądzić, że ten występ był krótki i tylko dla chwilowego pokazu. Usiadłem na ławce i na chwilę zamknąłem oczy, by odpocząć. Miałem zamiar wrócić do świątyni, ale gdy wstałem i skierowałem się w prawą stronę, prawie uderzyłem o tablicę informacyjną. Od razu wzrok skierowałem na kolorowy plakat, który mówił o wieczornym występie jakiegoś zespołu. W mojej głowie narodziła się myśl, że fajerwerki mogą zostać wypuszczone w trakcie lub pod koniec koncertu. Na moje szczęście wejście było darmowe, dlatego od razu wybrałem się do parku, gdzie miał odbyć się występ. Trwały prace organizacyjne, zajmowali się sceną, głośnikami i oświetleniem, dlatego wybrałem wygodne miejsce w cieniu drzewa, opierając się o jego pień, po czym uciąłem sobie małą drzemkę.
Obudziła mnie gitara elektryczna, na której grał jakiś mężczyzna na scenie. Przez chwilę myślałem, że koncert się zaczął, ale to była tylko próba. Mimo to nie mogłem już zasnąć, dlatego wstałem i zacząłem się przechadzać po parku, obserwując ludzi z pupilami, pary trzymające się za ręce i dzieciaki bawiące się na placu. Gdy koncert się zaczął, wszyscy ludzie skierowali się pod scenę, by być jak najbliżej, ja za to wróciłem na miejsce pod drzewem i siedząc pod nim, wsłuchiwałem się w pop, lecący ze sceny.
Pod jakimś czasie usłyszałem rozmowę ludzi, którzy mówili, że wkrótce powinni wypuszczać fajerwerki, na które tak długo czekałem. Natychmiast wstałem i skierowałem się na miasto, podczas przechadzki po parku, znalazłem świetne miejsce, z którego mógłbym obserwować zjawisko. Wszedłem do bloku i wjechałem windą na ostatnie piętro, po czym wszedłem na dach, z którego idealnie było widać cały teren parku, a tym bardziej scenę. Okazało się jednak, że nie byłem tu sam. Na krawędzi dachu siedziała jakaś osóbka. Nie mając zamiaru odpuścić sobie tak cudnego miejsca, podszedłem do nieznajomego i usiadłem obok.
- Mam nadzieję, że miejsce jest wolne – powiedziałem z lekkim uśmiechem, spoglądając na obcego.

<Ktosiu? Może odpisać kilka osób ^^>

Liczba słów: 486

piątek, 3 sierpnia 2018

Od Victorii cd Toru " Dzieci i Toru głosu nie mają"


Budząc się zauważyłam, że już świta. Było nadal mi zimno, więc bez większego myślenia udałam się lekko obolała do szafy, po bluzę. Kiedy spojrzałam w lustro zauważyłam na sobie koszulkę, która należała do Toru. Pozbyłam się jej jednym ruchem i sięgnęłam po pierwszą lepszą bluzę. Jak na złość była ona kolory białego, więc moje kruczoczarne włosy będą tworzyły z nią mocny kontrast. 
Zaciągnęłam materiał na siebie i wyszukałam krótkie obcisłe spodenki, które uwielbiałam, gdyż wszystkie moje bluzy są trochę dłuższe niż powinny więc w sumie ich nie widać. Gdy ubrałam się w mój dzisiejszy strój i uczesałam włosy w wysoki koński ogon, złożyłam koszulkę mojego towarzysza, który spał na fotelu odkładając ją na stolik.
Wywróciłam tylko oczami na ten widok. 
Zabrałam ciepły koc i go przykryłam, gdyż było po nim widać, że zmarzł. 
Ruszyłam w stronę kominka aby ogrzać trochę ten domek, a następnie poszłam do kuchni aby uszykować coś dobrego do jedzenia. 
Tylko, co on może lubić.. 
Na ten moment nie przychodziło mi nic do głowy więc zabrałam się za robienie jajecznicy. Jak nie będzie mu smakować, to najwyżej nie zje. Cóż to będzie jego strata. 
Gdy już wszystko było gotowe, a zrobiłam jeszcze kakao na rozgrzanie, zaniosłam śniadanie do salonu, gdzie znajdował się ten, który mnie tutaj przytargał.
Ku mojemu zdziwieniu już nie spał. 
- Cześć - powiedziałam cicho i zaczęłam powoli grzebać widelcem w śniadaniu. - smacznego, mam nadzieję, że będzie ci smakować.. - moje słowa były nadal dość ciche, ale Toru pewnie bez problemu je zrozumie. 
Zaczęłam powoli jeść moje danie, ale mój umysł bardziej się skupiał na tym, dlaczego on mnie przyniósł do domu, zamiast mnie tam zostawić.
- Dziękuję - po dłuższym czasie usłyszałam odpowiedz z nad talerza. 
- Poza tym.. przepraszam.. przepraszam za to, że wczoraj wybiegłam i sprawiłam ci kłopot. 
Mężczyzna spojrzał na mnie lekko marszcząc brwi. 
- Nie patrz tak, bo czuje jak byś chciał mniee zgwałcić.. - lekko się uśmiechnęłam, choć to był prawie niewidoczny uśmiech. 
Jego oczy powędrowały w inne miejsce, gdzieś za mną. Resztę czasu przy śniadaniu spędziliśmy w ciszy, on odezwał się dopiero kiedy wzięłam talerze i kołysząc tyłkiem na boki ruszyłam pozmywać. 
- Nie rób tak.. 
- Tak to znaczy jak? - odwróciłam się w jego stronę. 
- Nie kręć tak tyłkiem, proszę.. 
W tej chwili odwróciłam się na pięcie zostawiając naczynia i ruszyłam w stronę mężczyzny. - a ty.. - usiadłam mu na kolanie, przez co nie wiedział co zrobić - nie rozkazuj mi co mam robić, bo będę cię torturować, tak długo, aż nie wytrzymasz - przy tych słowach przejechałam palcem po jego klatce piersiowej.  - a teraz podnieś rączki i nie dyskutuj - zrobił co mu kazałam więc zaciągnęłam na jego tors koszulkę po czym cmoknęłam go w czoło - dobry chłopczyk - uśmiechnęłam się i zeszłam z niego kierując się do kuchni aby dokończyć to co zaczęłam. 
- Nawet się nie waz mówić, że teraz sobie pójdziesz.. 
- Co, dlaczego? - w jego głosie usłyszałam nutkę ciekawości. 
- Ponieważ mi się przydasz i proszę cię weź ten śnieg.. 
- Nie wezmę - powiedział twardo, a ja czułam na sobie jego wzrok choć byłam do niego odwrócona tyłem. 
- No proszę cię.. po co to komu.. 
- A co mi zrobisz, jak tego śniegu nie posprzątam? - jego śmiech obił mi się o uszy. 
- To będzie czekać cię kara.. 
- Jestem zaintrygowany. 
Tak się bawimy panie parasolko? - na mojej twarzy pojawił się triumfalny uśmiech,więc odwieszając ręczniczek ruszyłam w jego stronę, ale ten tym razem siedział już na kanapie więc musiałam wymyślić nową karę. 
Bez namysłu powtórzyłam to co kilka minut temu, po czym zmusiłam go do tego aby się położył, a w tym czasie pojawiły się moje ogony, które bez problemu zaczęły łaskotać mężczyznę.
- P..Przestań - zaśmiał się, z czego ja uczyniłam to samo. Po kilku minutach trzymałam dłonie na jego barkach i patrzyłam mu w oczy przez co odruchowo go pocałowałam a on po kilku sekundach odwzajemnił.
Po dłuższej chwili zorientowałam się co właśnie zrobiłam więc zakryłam usta dłonią i uciekłam do pokoju zamykając przesuwne drzwi. 
- Vici? - słyszałam, że podchodzi. 
- Odejdź! Powiedz, że to nie było żadne zaprzysiężenie więzi! - siedziałam pod drzwiami i zaczęły mi mimowolnie spływać łzy po policzkach.. - proszę powiedz, że tego nie zrobiłam!

712 słów