środa, 3 kwietnia 2019

Od Phoenixa CD Eredina "Zobacz kotku co mam w środku"

Chciałem być wolny, a dałem się wrobić jak małe dziecko, które nie wie co się dzieje ze światem. Jak głupi odwzajemniłem pocałunek, który zapieczętował nasz kontrakt. Od dzisiaj moje życie będzie polegało na obronie dupy Eredina. Czy jest mi to na rękę? 
Jasne, że nie. Nie wiem jak się obchodzić z akumami, a używanie mojej mocy zbyt często nie jest dobrze przyjmowane przez mój organizm. Zawsze wolałem stanąć w ringu i oddać kilka sierpowych, haków czy prostych. Tak wyglądało moje życie. Dlaczego tutaj nie ma klubu sportowego, gdzie mógłbym się w ten sposób zabawić?
Kiedy oderwaliśmy się od siebie popatrzyłem na chłopaka, który wyglądał jakby się obawiał. No tak.. zawsze mogę coś odjebać.. 
- Nie licz na to, że aktualnie z tobą zamieszkam, czy też będę na każde zawołanie. Owszem.. 
- Ale... 
- Zamknij się i słuchaj! - krzyknąłem. Ciało chłopaka lekko zadrżało, więc kontynuowałem spokojnie - Owszem kontrakt jest aktywny. Nie masz co liczyć na więcej - warknąłem, choć wiem, że oszukuje samego siebie. Oczywiście Ricka kocham i będę go kochał dalej.. ale nie ma go przy mnie, a Eredin jest dość kuszącym kąskiem. 
Fenek, opanuj myśli. 
- Daj mi odetchnąć, bo jakoś nie mam ochoty odpowiadać na twoje pytania. 
Po tych słowach podszedłem do drzwi wyjściowych i przez nie wyszedłem. Musiałem sobie wszystko poukładać, a co najważniejsze odetchnąć od niego. 
Przywołałem swoje skrzydła i wzniosłem się w górę, po drodze zmieniając się w smoka. Tego potrzebowałem. Oznaka wolności, szczęścia i strachu. Moje drugie ja, które uwielbiałem. Odlatując dość daleko, stwierdziłem, że zasiądę na jednej z gałęzi starego, potężnego drzewa. Lądując na niej wróciłem do formy człowieka, gdzie mogłem obserwować całe miasto. Piękny widok, a jednocześnie przerażający, gdyż pokazywał, że to miasto duchów.. Nikt o nas nie wiedział. Żaden żyjący człowiek nie był świadom, że istnieje świat, gdzie dostaliśmy drugą szansę. Chyba, że ludzie się oszukują i twierdzą, że to jest bez sensu.
Z resztą życie tutaj nie ma sensu. Ja na prawdę chciałbym teraz stawać w ringu uprzednio podpisując nowy kontrakt.
Chciałem dłużej posiedzieć, pomyśleć nad tym co się stało, lecz zauważyłem, że niebo zachodzi ciemnymi chmurami. Chyba bożek pogody się obraził.
Zaśmiałem się pod nosem po czym odleciałem. Nie patrzyłem gdzie lecę, po prostu chciałem zobaczyć gdzie uda się moje ciało.
Wyczuwajac stały grunt pod łapami otworzyłem oczy lekko zaskoczony.
Siedziałem na dachu, na dodatek na dachu Eredina i machałem mu ogonem za szybą. Tak dwa metry to jednak przesada, ale ta forma jest bardzo wygodna.
- Co jest do.. - usłyszałem głos mężczyzny, który po chwili popatrzył w górę.
Tak to ja w i tak nie pełnej okazałości. Już miałem zaryczeć lecz zobaczyłem tylko przelatujacego obok mnie motylka, który nie pasował do mnie kolorystyk. Niestety to małe latające gówno skończyło ugrilowane, a jegk zwłoki spadły bezwĺadnie na ziemie.
- Jak mogłeś zabić motylka?! Ja go malowałem!
- Denerwował mnie..-rzekłem jako smok, przez co mój głos był niższy.
- Jak może cię denerwować to?! - wziął do ręki motylka za skrzydełko, który od razu się rozleciał.
- Normalnie.. nie wiesz jam to jest jak ktoś cię denerwuje? Przy mnie tak kończy taka osoba czy też zwierze.. - w połowie zdania zszedłem z dachu i powróciłem do ludzkiej formy, gdzie zgubiłem koszulkę.
No tak.. zapomniałem, że zamieniając się w coś większego niż smok pokroju Muszu z Mulan, tracę koszulkę, a w kolejnych etapach też inne rzeczy.
- Odkupię ci tą koszulkę.. - rzekłem patrząc na niego z zadziornym uśmiechem.
- Kij mnie koszulka.. znajdź mi motylka..
- Chyba ci się przewody przepaliły. Nie będę lataķ za durnymi owadami.
- Z kim ja zacząłem się zadawać..
- Ja bym zapytał z kim zawarłem kontrakt..
Eredin westchnął ciężko i popatrzył na mnie poważnie.
- Wiem z kim - połozył mi rękę na ramieniu - z mordercą motylków.
***
Kolejne godziny mijały mi na bieganiu. Nie obchodziła mnie już moja głowa, która faktycznje jeszcze trochę bolała, ale co mogę poradzić? Nie umiem siedzieć w miejscu, po prstu potrzebuje więcej swobody. Potrzebuję treningów, których mi cholernie brakuje.
Przystanąłem przy domu po czym udałem się pod zimny prysznic, gdzie następnie pozwoliłem ciału na chwilę oddechu.
Po dłuższym czasie usłyszałem dzwonek do drzwi. Co do diabła?
Kogo niesie tutaj o pierwszej w nocy?
Przepsałem się tylko ręcznikiem, a następnie ruszyłem otworzyć drzwi.
Gdy to uczyniłem, byłem w lekkim szoku, gdyż nie spodziewałem się wizyty mojego bożątka.
- Co chcesz? -mruknąłem, przez lekką chrypę.

704
Eeereeedin? ^^
Meh meh meh

wtorek, 2 kwietnia 2019

Od Eredina CD Phoenixa „Pokaż kotku co masz w środku”


Dziwnie zadowolony ruszyłem przed siebie, zmierzając w miejsce mojego zamieszkania. Słyszałem jeszcze chwilę, jak Phoenix mnie woła, jednak w dalszym ciągu nie zwracałem na niego uwagi. Tak cholernie mnie zainteresował, tak mocno przyciągał moją uwagę, że nie mogłem przestać o nim myśleć. Najbardziej jednak chyba nie chciałem przyznać się sam przed sobą, że mi się podobał. Pociągał mnie w sposób, jakiego nie sposób było sobie dobrze wyobrazić i umiejscowić, nawet w naszej rzeczywistości. Mając w głowie bardziej jego, niż mój pomysł na rysunek, szedłem przed siebie. Musiałem wszystko dobrze sobie przemyśleć.

Po parunastu minutach dotarłem do domu. Do świątyni. Zamknąłem się w swoim pokoju i pogrążyłem w pracy.

**

Po kilku godzinach stałem już przed gotową pracą. Oczywiście, że była doskonała. W końcu ja nie mogłem popełnić żadnego błędu w trakcie jej tworzenia. Nie ja... Jednak gdzieś w głębi ducha czułem, że coś jest nie tak. Nie wiedziałem, czy to wina mnie, rysunku czy... Cholera, jak mogłem odwalić coś takiego? Oczywiście, teraz już wiedziałem, że powodem całego zamieszania był ten youkai, który siedział mi w głowie... Phoenix.

Czysto teoretycznie, włożyłem mu do kieszeni moją wizytówkę. Miałem nadzieję, że ją znajdzie. Tak bardzo zależało mi na tym, by to zrobił. Najważniejsze jednak było to, żeby zadzwonił. Jakby to ująć, nie chciałem i nie mogłem sobie go odpuścić. Budził we mnie takie uczucia, jakich dawno nie czułem. Nie miałem ochoty, nie chciałem abo raczej nie mogłem dopuścić do tego, by to zepsuć. Schowałem twarz w dłoniach i pogrążyłem się w rozmyślaniach.

Po kilku minutach pomyślałem: Eredin, ogarnij się, zrób coś ze sobą, wyjdź. Tak więc postanowiłem zrobić. Zmieniłem ubranie, doprowadziłem się do stanu względnie dobrego i wyszedłem z mieszkanka.

**

Postanowiłem pójść na jakiś dłuższy spacer, żeby zająć czymś swoje myśli. Udałem się w kierunku pobliskiej biblioteki. W sumie, dlaczego nie mógłbym poczytać jakiejś książki?

Gdy dotarłem do budynku, wszedłem do środka i zacząłem się rozglądać po regałach za jakąś interesującą lekturą. Gdy w końcu coś wybrałem, podszedłem do lady, wypożyczyłem książkę i wyszedłem. Poszedłem do najbliższego parku, usiadłem na ławce i zacząłem czytać.
Niespecjalnie jednak mi to szło. Musiałem się sam przed sobą przyznać, że w głowie ciągle miałem Phoenixa. Ten moment, gdy ujrzałem go po raz pierwszy... Gdy później zobaczyłem go znów w jego prawdziwej formie, jako smoka... Jak próbował ze mnie zażartować, jak nazywał mnie zwierzakiem... Musiałem przyznać, że był cholernie ciekawy zabawny. Nie dało się obok niego przejść obojętnie.

Po chwili zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy. Wiedziałem już na pewno, że chcę, by został moim chowańcem. Gdy przypomniałem sobie jego minę, kiedy dowiedział się, kim jestem, że jestem bóstwem, wiedziałem, że nie jestem mu obojętny. Może nie do końca postrzegał mnie tak, jak jego, jednak na pewno o mnie nie zapomni. Na to po prostu liczyłem.

Gdy już jasno określiłem swój cel i chęci, zamknąłem książkę i wstałem. Pomyślałem, że dobrym pomysłem będzie pójście do kawiarni. Tak więc też zrobiłem. Szybciutko zamówiłem ulubiony napój na wynos i ruszyłem z powrotem przez park. Gdy szedłem spokojnie obok jeziorka, usłyszałem nagle krzyki i hałasy. Zobaczyłem, jak grupa jakichś szczeniaków ucieka, jak się to mówi, z podkulonymi ogonami. Gdy ruszyłem w kierunku, z którego biegli, dostrzegłem lekko chwiejącego się Phoenixa. Był tyłem do mnie, więc nie mógł mnie zauważyć. Postanowiłem za nim ruszyć i zapytać, co właściwie się stało.

Gdy go dogoniłem, zapytałem:

- Phoenix, nic ci nie jest?

Odwrócił się nagle w moim kierunku i ewidentnie zdębiał. Nie dziwię mu się, pojawiłem się tak nagle. Wtedy dostrzegłem, jak wygląda... Po twarzy spływały mu strużki krwi, a pod okiem chyba miał niezłą śliwę. Cholera, tamte gówniarze go pobili! Ale... Jak to w ogóle mogło się stać?

- Wszystko dobrze... Zejdź mi teraz z drogi... - warknął i już chciał odejść, ale zdążyłem złapać go za rękę.
- Widzę, że chyba nie. Pojebało cię, bijąc się z nimi – dodałem, bo chciałem mu jakoś pomóc.
- Nie znasz mnie, nic o mnie kurwa nie wiesz i nie będziesz układał mi życia! - krzyknął i wyrwał mi się, po czym upadł i uderzył skronią w chodnik.

Cholera jasna, krzyknąłem w myślach i rzuciłem się, by mu pomóc. Nie obchodziła mnie w tym momencie ani książka, ani moja kawa. Ważniejsze było to, żeby mu pomóc. Ten upadek wyglądał cholernie groźnie i wyraźnie było widać, że mocno przywalił głową w chodnik.

Ukląkłem przy nim i próbowałem jakoś się zorientować, co mu jest. Był przytomny, to najważniejsze. Jednak widać było, że był mocno oszołomiony. Próbował wstać, jakoś się podnieść, lecz tylko chwiał się jeszcze bardziej i nie był w stanie wstać.

- Kurwa... Kurwa, moja głowa... - usłyszałem tylko cicho z jego ust.
- Phoenix, usiądź, proszę – powiedziałem i pomogłem mu podnieść się do pozycji siedzącej.
- Dzięki.. - warknął cicho i spojrzał na mnie spode łba.
- Domyślam się, że te dupki, które uciekały, to twoja sprawka, co? - zapytałem i usiadłem na brzegu chodnika, zaraz obok niego.
- Tak, bo co? Według ciebie chowańce są słabe, bożku? - popatrzył na mnie zadziornie i próbował się uśmiechnąć, lecz szybko się skrzywił. - Mój cholerny łeb... - syknął i dotknął ręką skroni.
- Nieźle przywaliłeś w ten chodnik – odparłem i wyjąłem chustkę z kieszeni, po czym próbowałem mu jakoś otrzeć krew z twarzy, lecz odtrącił moją rękę. Odskoczyłem kawałek od niego, lekko wystraszony.
- Zostaw mnie, zrozumiałeś!? - wydarł się na mnie, ale musiał dostrzec moją wystraszoną minę. - Sory, Eredin... Ciężki dzień... Dzięki za chustkę – wziął z mojej ręki kawałek materiału i otarł nią brzeg głowy.
- Pozwól – przysunąłem się na powrót do niego, zabrałem mu chustkę i delikatnie oczyściłem mu ranę.
- Dzięki... - wymruczał cicho, a ja lekko zadrżałem. Jego głos...
- Musisz to mieć porządnie oczyszczone. Chodźmy do mnie, pomogę ci – wstałem i popatrzyłem na niego niemal błagalnie.
- Nie odczepisz się ode mnie, co? - zapytał lekko poirytowany, lecz po chwili rzucił mi coś na kształt uśmiechu.
- Chyba jednak nie – odwzajemniłem uśmiech i pomogłem mu wstać.

Powoli ruszyliśmy w kierunku mojego mieszkanka. Gdy w końcu dotarliśmy, usadziłem go na kanapie, a sam poszedłem po apteczkę. Gdy wróciłem do niego z potrzebnymi sprzętami zauważyłem, że zdjął koszulkę. Miał doskonale wyrzeźbione ciało... Eredin, przestań, zganiłem sam siebie w myślach, gdy przyłapałem się na gapieniu się na jego klatę. Otrząsnąłem się lekko i usiadłem przy nim, żeby zająć się opatrywaniem jego ran.

- Podobam ci się, co? - usłyszałem nagle, gdy czyściłem mu rozcięcie na wardze.
- Że przepraszam co? - niemal wykrzyczałem i z wrażenia wacik aż wypadł mi z rąk.
- To, co słyszałeś Eredin. Ponowię więc pytanie. Podobam ci się? - spojrzał na mnie wymownie i z zadziornym uśmieszkiem, bo siedziałem przodem do niego.
- Skłamałbym, gdybym nie przyznał ci racji – odparłem beznamiętnie i sięgnąłem po nowy wacik. On tylko uśmiechnął się jeszcze bardziej zadziornie, pokiwał lekko głową i już nic nie powiedział. Siedział tylko, zadowolony z siebie i czekał, aż skończę się nim zajmować.

Gdy już wszystkim się zająłem, poszedłem mu poszukać jakiejś koszulki. Wróciłem z jakąś czarną i rzuciłem mu ją. Złapał ją w locie i szybko założył. Nie powiem, niekoniecznie mi się to podobało, ale od razu za tą myśl wymierzyłem sobie mentalny policzek.

- Zjesz coś? - zapytałem, stojąc w aneksie kuchennym.
- Chętnie. Jestem głodny jak smok – powiedział, gdy stanął gdzieś obok mnie, przyglądając się moim poczynaniom.
- Spoko, jasne – odparłem i poszukałem czegoś w lodówce.

Postanowiłem przyrządzić na szybko jajecznicę z jakimiś dodatkami. Szybko więc zabrałem się do pracy. Po kilku minutach mogłem przed nim postawić parujący talerz z daniem i kubek soku.
-Smacznego – rzekłem i zacząłem jeść.
- Dzięki – dodał i zaczął pałaszować to, co mu podałem.

Widać, było, że jest już z nim trochę lepiej. Miałem nadzieję, że nie ma wstrząśnienia mózgu czy czegoś gorszego. Nie mogłem się skupić na tym, co miałem na talerzu, więc tylko dłubałem w talerzu.

- Co jest? - zapytał, pijąc sok ze szklanki.
- Nie, nic, kompletnie nic – skłamałem, biorąc do ust kęs już prawie zimnego jedzenia.
- Nie kłam, Eredin – syknął i lekko się roześmiał.
- Skąd możesz wiedzieć, że kłamię? - spytałem oburzony, spoglądając na niego.
- Może dlatego, że się rumienisz? Och, czyżbym cię zawstydzał? - zapytał i uśmiechnął się do mnie.
- Kurwa... - syknąłem. - Nie, nic z tego. Po prostu... - urwałem w pół zdania.
- No co? - zapytał, zaciekawiony.
- Wiesz, na czym polega układ bóstwa z chowańcem? Wiesz, jak zawiera się kontrakty? - zapytałem, z walącym sercem.
- Wiem, na czym polega taki układ. Jakby to dobrze powiedzieć, chowaniec chroni dupę bóstwu, do którego jest przywiązany niczym pies do budy. I tak, wiem, jak się zawiera taki kontrakt – dodał, spoglądając na mnie w jednoznaczny sposób. A więc wie... Lub się domyśla.
- Dobrze więc... - odparłem niepewnie i przechyliłem się w jego kierunku. - Miałbyś więc coś przeciwko temu? - zapytałem i połączyłem nasze usta. Nie przerwał pocałunku, lecz wręcz go odwzajemnił. Odsunąłem się od niego, spojrzałem mu prosto w oczy i czekałem na jego reakcję. Widziałem, jak się uśmiecha, więc z sercem podchodzącym do gardła czekałem na jego odpowiedź.


1519

Phoenix, możu być?

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Od Phoenixa "Zobacz kotku co mam w środku" + zadanie nr2

Spojrzałem w stronę oddalającego się chłopaka z jakąś dziwną nadzieją, że on jeszcze zawróci. Może coś powie, jednak to okazało się być zgubne. Zaczynam za bardzo ufać ludziom, to nie w moim stylu.
Jestem czasami wredny i nieustępliwy , lecz zaciekawił mnie przypadek jakim jest Eredin.
Nie spodziewałem się, że jest bóstwem, ba! Nigdy bym tego nie powiedział. Jego wielka duma nie była tak widoczna jak u innych, których mijałem w drodze do domu.
Dlaczego ten świat musi być, aż tak dziwny i jednocześnie zaskakujący?
Włożyłem ręce o kieszeni wzdychając ciężko.
Co za dzień!
Po dłuższej wędrówce wszedłem do mojego skromnego mieszkanka i pozbyłem się zbędnych rzeczy, aby po chwili wciągnąć tylko krótkie spodenki. Zainspirowany do walki zszedłem do piwnicy, aby poćwiczyć trochę na worku treningowym, który wisiał i czekał na mnie codziennie, lecz nie miałem cierpliwości na to. Chciałem wiele razy zejść na dół, przypomnieć sobie swoje lata świetności, kiedy coś znaczyłem na Ziemi, jednak twierdziłem, że to tutaj nie jest potrzebne. Dzisiaj był pierwszy raz, kiedy wszedłem do piwnicy i zacząłem ćwiczyć. Chciałem się wyżyć, a jednocześnie odgonić wszelkie myśli. Worek za workiem spadał z haka, a ja nadal nie miałem dość. Chciałem po prostu wrócić do tego co było kiedyś.
Nie chcę siedzieć w miejscu, a co zaa tym idzie, nie chcę być tutaj nikim. Chcę coś znaczyć w tym świecie!
Po dobrej godzinie treningu zdjąłem rękawice i usiadłem przy ścianie, chwytając dłoń butelkę z izotonikiem. Lubiłem te badziewia. Choć to nic energetycznego, lecz ja jednak potrzebowałem odzyskać płyny po treningu.
Kiedy już odetchnąłem, ruszyłem na górę, zabierając wszelkie rzeczy z chęcią wrzucenia ich do prania, lecz przed tym sprawdziłem wszelkie kieszenie.
W jednej z nich znalazłem kartkę, którą odwróciłem i zobaczyłem wizytówkę Eredina.
Jak mogłem tego nie czuć, jak on mi to wetknął?
Popatrzyłem na kawałek tekturki, a następnie ją odłożyłem na szafkę, gdzie resztę ubrań wrzuciłem do kosza na pranie
Moje kroki skierowałem w stronę szafy, skad wybrałem czyste rzeczy i ruszyłem z nimi pod prysznic, aby ogarnąć swoje ciało do względnie dobrego.
Stojąc pod natryskiem myślałem o tamtym życiu, wspominałem małego chłopca, który tuptał zawsze równo o ósmej rano aby obudzić mnie i mojego ukochanego słowami "Feniksi wstają!".
Ten dzieciak jest kochany, z resztą mam nadzieję, że się za bardzo nie zmieni, bo nie widziałem nigdy tak radosnego dziecka jak on, ale nie mam pojęcia co dzieje się tam u nich. Nie mam pewności, czy Rick mnie jeszcze pamięta, a co dopiero pięciolatek. Teraz pewnie Ricuś mówi młodemu, że podpisałem kontrakt i wujechałem, ale czy to ma sens?
Ja już nie wrócę, a dziecko będzie miało cały czas te małą nadzieję. Zawsze może w późniejszych latach, że go oszukaliśmy, ale po prostu nie chceliśmy aby cierpiał. Czy to jest aż tak złe?
Nie zwróciłem nawet uwagi, kiedy zacząłem marznąć pod strumieniem wody.
Wyszedłem z lekka zdołowany spod prysznica i postawiłem sobie jasny cel. Dzisiaj tam zejdę.. Chcę na nich popatrzec. Powspominać. Potrzebuję tego.
Ubrałem się w rzeczy, które sobie przyniosłem i z mocnym postanowieniem zszedłem na Ziemię. Musiałem sobie przypomnieć gdzie mieszkaliśmy, po czym bezapelacyjnie wszedłem do mieszkania.
Rozejrzałem się po nim. Mały korytarzyk, który prowadził do kuchni, która była utrzymana w szarych kolorach. Posiadała ona aneks, przez co zauważyłem, że Dante ogląda jakieś bajki.
Uśmiechnąłem się na tę myśl, gdyż ja pewnie siedziałbym obok i podziwiał te dziwne mordki na ekranie.
Cieszył mnie fakt, że nie spotakłem góry butelek po piwie i niezadbanego domu, więc ruszyłem dalej. Chciałem zobaczyć Ricka, choć wiedziałem, że on mnie nie zobaczy.
Przeszedłem obok chłopca uśmiechając się do niego lekko po czym skierowałem swoje kroki ku schodom.
- Fenek? - po wypowiedzeniu tego słowa zatrzymałem się i odwróciłem w stronę głosu. Dante, stał na kanapie i patrzył w moją stronę.
- Hey mały - powiedziałem cicho.
- Co tutaj robisz? - zapytał.
Jak on mnie widzi? Ile on będzie mnie widział? To może być okazja, która się już więcej nie powtórzy więc rzekłem:
- Dante, mogę mieć do ciebie dwie proźby?
Dzieciak pokiwał energicznie głową.
- Powiedz tacie, że mówię,  że go bardzo kocham i tęsknię, oraz że go zawsze będę pamiętał. A ty bądź dobry dla tatusia i nie sprawiaj mu problemów.. dobrze?
Dziecko patrzyło dłuższą chwilę w moim kierunku po czym pobiegł do gabinetu Ricka, gdzie pracował.
Tak poszedłem za Dante.
Malec powiedział to wszystko lekko sepleniąc, a Rick patrzył na niego zdziwiony.
- Coś się stało, że mi to mówisz? - podszedł do dziecka i zabrał go na ręce.
- Fenek kazał mi to pzekazać, on tu był na plawde!
- Coś czuję, że zmyślasz..
Chłopiec powiedział jeszcze raz to samo na końcu dodając bien, które często stosowałem rozmawiając z Rickiem, ale ani razu nie słyszał tego malec. Z resztą skąd on mógł wiedzieć, że to znaczy dobrze po hiszpańsku.
Mężczyzna zdębiał. Widać było u niego lekki szok na twarzy, ale po poprawieniu włosków opadających na twarzyczkę dziecka, postawił go na podłodze.
- Idź się jeszcze pobaw.. - po tych słosach dziecko zniknęło z pola mojego widzenia, a mój ukochany ruszył w stronę sypialni, gdzie dostrzegłem kilka zdjęć, które przedstawiały mnie z walk czy też pocałunki z Rickiem.
Alves chwycił jedno ze wspólnych zdjęć po czym usiadł na łóżku.
- Dlaczego musiałeś tak szybko zniknąć..- powiedział cicho przejeżdżając kciukiem po mojej twarzy na zdjęciu. - Jak to się w ogóle stało, to nie powinno się tak skończyć.. - kontynuował. - Gdybym mógł cofnąć czas na pewno bym to zrobił.
Gdziekolwiek teraz jesteś, wiedz, że zawsze będę cię cholernie kochał.. -.zakończył, gdy jego łza rozbiła się o szkło, za którym znajdowała się fotografia.
Chciałbym teraz chwycić jego dłoń, powiedzieć, że wszystko się ułoży ale to nie ma sensu, więc musnąłem dłonią, przez którą i tak wszystko przenika jego policzek, a następnie wyszedłem.
Nie wiedziałem co o tym myśleć, więc wróciłem tam gdzie moje miejsce i ze zwieszoną głową ruszyłem przez park wycierając swoje łzy.
- Patrzcie jaka ciota. Idzie i ryczy! - ten komentarz był dla mnie dzisiaj przegięciem.
- Ta ciota wam chętnie najebie.. - warknąłem.
- Dawaj dziadku, nas jest pięciu a ty sam - zaśmiał się jeden z młodszych szczeniaków.
Bez namysłu ruszyłem na nich ze wściekłością w oczach.
Chciałem się po prostu pozbyć problemu, jakim oni właśnie byli.. ale to okazało się być trochę trudniejsze.
Broniłem się i walczyłem jak smok. Pokonałem ich. Uciekli z podkulonymi ogonami, ale ja nie wyszedłem z tego bez szwanku, gdyż ostatnia osoba jaka została na polu bitwy, stanęła mi na plecach, nastepnie ruszając dumnie przed siebie.
Wstałem z chodnika i oczepałem się z wszelkich zabrudzeń, lecz wyczułem ciecz, która spływała mi z łuku brwiowego.
Kurwa..
Po dokładniejszych oględzinach okazało się, że mam jeszcze rozwaloną wargę, oraz będę miał piękne limo pod okiem.
Ignorując krew powoli ruszyłem w stronę domu lecz zatrzymał mnie pewien głos.
- Phoenix, nic ci nie jest?
Tylko nie on. Nie teraz!
- Wszystko dobrze.. zejdź mi teraz z drogi.. - warknąłem i już chciałem odchodzić, lecz wyczułem dłoń na swoim nadgarstku.
- Widzę, że chyba nie. Pojebało cię bijąc się z nimi.
- Nie znasz mnie, nic o mnie kurwa nie wiesz i nie będziesz układał mi życia! - krzyknąłem i upadłem wyrypując jeszcze mocniej o chodnik skronią.
To było dla mnie za dużo..

1171
Eredin?

wtorek, 26 marca 2019

Od Hibiki'ego CD Asami "Dzienniki z życia ziemskiego"


- Asami! - w chwili w której ciało Asami upadło na ziemię z głuchym plaśnięciem, poczułem jak zamieram. Serce waliło mi jak oszalałe, a w uszach szumiało. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to ja krzyczałem.

- Mamusiu! Mamo! Nie! - rozpaczliwe wołanie Kishiego po raz kolejny przerwało spokój ciszy nocnej i równomierne cykanie owadów. Chłopak rzucił się biegiem do blondwłosej, a ja korzystając z tego, że bogini zdążyła mnie odwołać, skoczyłem na tych śmierdzących złem ludzi. Chociaż nawet nie wiem czy jeszcze należeli do gatunku homo sapiens. Ich przegniłe dusze capiły wszelkimi możliwymi grzechami i taką ilością zła, że w pierwszej chwili, wziąłem ich za youkai.

Nie zastanawiając się dłużej uderzyłem najbliższego bandziora pięścią w twarz, by po chwili złamać mu goleń. Facet wydał z siebie ochrypły wrzask bólu. Wiedziałem, że już nie wstanie. Zostawiłem więc wijącego się na ziemi pierwszego popaprańca i już po chwili “podawałem dłoń” kolejnemu. Wykręciłem mu rękę do tyłu, po czym przerzucił nad sobą. Wraz z uderzeniem o ziemię, mojemu przeciwnikowi uszło całe powietrze z płuc. Prawdopodobnie połamałem mu parę żeber. Upewniając się, że i ten nie wstanie, chciałem skoczyć na kolejnego, jednak przerwał mi przerażony krzyk Kishimury. Obróciłem się błyskawicznie i zdążyłem zobaczyć, jak przytrzymujący go gangster, przebija jego drobne ciało, długim, zakrzywionym sztyletem. Serce przestało mi bić. Nie. Nie nie nie nie. Nie mogą zabić mojej rodziny. Nie znowu.
Z pomiędzy moich warg wyrwał się krzyk. Poczułem jak po policzkach płyną mi łzy. Chciałem biec do Asami i mojego synka, ale przerwał mi ten oślizgły głos. Głos mojej przeszłości.

- Kumoyuki! Myślałem, że nie żyjesz. Gdzie się podziewałeś? - niski mężczyzna, który wręcz wtoczył się przede mnie, zamrugał małymi świńskimi oczkami
- Papa Chan… - mimowolnie wypowiedziałam jego imię, które od najmłodszych lat prześladowało mnie w najmroczniejszych koszmarach
- Oczywiście, że to ja. Myślałem, że zginąłeś na tej misji osiem lat temu

Mój umysł zalała fala obrazów. Przypomniałem sobie wszystko. Każdą kroplę krwi, każdą łzę. Przypomniałem sobie brata, mamę i cały Gang Nieumarłych. Wszystkich zamordował, a wcześniej w przeważającej części torturował Papa Chan.
Bałem się go i nienawidziłem na równym poziomie, dlatego też tak długo nie mogłem się mu postawić. Pamiętam jak zabierał mnie do piwnicy i torturował. Żeby nie stracić dobrego człowieka jakim był mój brat, wysyłał go wtedy na misje. Przeprowadzał bolesne eksperymenty, po których do dziś zostały mi blizny. Często pomagali mu jego podwładni. Nie mogłem nic powiedzieć bratu. Za bardzo się bałem zemsty. Aż nadszedł ten dzień. Papa Chan wysłała mojego brata na samobójczą misje, której nikt nie chciał sie podjąć. Ichirou zginął. Nie miał szans. Pamiętam jak przynieśli jego zakrwawioną bluzę. Nic więcej po nim nie zostało. Potem uciekłem. Nie na długo. Osiem lat temu Papa Chan i jego sługusy dorwali mnie w opuszczonym budynku. Po pięciu godzinach tortur najwyraźniej mu się znudziłem. Dostałem kulkę w łeb. W sumie dobrze, że tak krótko. Zawsze mógł mnie zabrać do bazy. A tam chyba bym popełnił samobójstwo, żeby tylko wydostać się z łap tego szaleńca.

- Misji? Ciężko nazwać misją zabójstwo. - mój głos brzmiał jak pomruk grzmotu przed burzą. Musiałem bardzo się powstrzymywać, żeby nie skoczyć i nie rozszarpać go na strzępy
- Jakie tam zabójstwo! Przecież żyjesz. Chyba nie jesteś zły o ten głupi żart. Co nie Kuki? - zadrżałem na jego słowa. Zawsze tak do mnie mówił jak zaczynał mnie torturować. Tym razem miałem zamiar się na nim zemścić
- Ja nie żyję Chan. Jestem duchem. Nie możesz mnie zabić. Ale ja mogę zabić ciebie - moje usta wykrzywiły się w upiornym uśmiechu.

***

Wziąłem drżący wdech, nabierając do płuc zimnego nocnego powietrza. Po Gangu Papy Chana zostały same trupy i morze krwi. Strząsnąłem z dłoni gęstą czerwoną ciecz, jakby próbując się oczyścić z brudu.

- Asami… Kishimura… - do mojego serca przebiła się w końcu pierwsza myśl
- Gdzie oni są?! - w panice rozejrzałem się po pobojowisku

Gdzieś przy wyjściu z hangaru leżały obok siebie dwa ciała, prawie, że nie zbrukane krwią. Rzuciłem się biegiem w tam tym kierunku. Wszędzie było pełno osocza i innego typu obrzydliwości. Co chwilę potykałem się ze zmęczenia, czy o kolejnego trupa i upadłem na gęstą od czerwonej cieczy posadzkę. Wstawałem, a następnie biegłem dalej. Musiałem ich uratować!
W końcu dotarłem. Asami leżała trochę dalej. Miała zszarzałą cerę i zsiniałe usta. Trzęsła się z zimna, a jednocześnie jej czoło zrosił pot. Gorączka wzrosła. Teraz skierowałem wzrok na Kishimure. W tym też momencie nogi odmówiły mi posłuszeństwa i upadłem na kolana. Chłopiec miał w piersi wbity nóż. Oddychał ledwo, co chwilę charcząc. Po jego brudnych policzkach, toczyły się łzy, które spływały w dół, rzeźbiąc jasnymi liniami swój ślad. Chwyciłem go delikatnie za rękę, a on uśmiechnął się słabo by po chwili znieruchomieć na zawsze.

-Kishi-chan! - rozpaczliwy krzyk rozdarł ciszę poranka.

Przyciągnąłem blondyna do piersi, zacząłem delikatnie kołysać się w przód i tył. Czemu on musiał umrzeć. Gdybym od razu zabrał ich do świątyni obydwoje by żyli. Jak mogłem do tego dopuścić?!

< Asamiś? Ale drama o-o >

803 słowa

sobota, 16 marca 2019

Od Asami cd Hibikiego "Dzienniki z życia ziemskiego"


- Hibiki... - wydyszałam z bólem przez sen.
Miałam bardzo wysoką gorączkę i to tylko przez to, że na nodze miałam zarazę od cholerstwa jakie wcześniej skrzywdziło prawie moją rodzinę. Teraz na szczęście byli bezpieczni, a ja mogłam wreszcie odpocząć... Okropna gorączka. Kiedy Hibiki użył wody, aby mi ulżyć, odetchnęłam. Nareszcie mi się troszkę polepszyło. Nie było już tak dużego bólu... Czułam, jakby zaraza na nodze powolutku zanikała. Może to były złe myśli Hibikisia? Może po prostu się martwił i zwątpił? Już nie wiedziałam, pogubiłam sie w tym wszystkim. Blado uśmiechnęłam się do chłopaka, kiedy ocierał mi twarz z potu, kiedy robił mi ostrożnie okłady na czole. Niesamowity... Mój kochany Hibiki. Wierzyłam, że zawsze się mną zajmie i się nie myliłam, naprawdę tutaj ciągle był, ciągle się mną zajmował... Po chwili... Usnęłam...
Obudziłam się, kiedy usłyszałam dzwonienie klingi mojego ostrza. Niespokojnie otworzyłam oczy i ujrzałam Kishimurę, jaki wychodził z pokoju hotelowego i kierował się... Sama nie wiem gdzie. Wstałam z ogromnym trudem i poszłam za nim. W odstępie, kierowałam się tam, gdzie czułam mojego Hibikiego. Kishimura... Czemu go zabierasz? Czemu zabierasz mojego Hibikiego? Co się stało? Chcesz nas obronić? Nie, nie musisz. Naprawdę, nie musisz mój malutki Kishi... Zamknęłam słabo oczy, idąc za nimi.
- Boli... - powiedziałam bardzo cicho i słabo, co się dzieje, dlaczego mnie tak boli ciało.
Po chwili dojrzałam, jak mój malutki synek biegnie w stronę starej, zniszczonej fabryki, a tam czeka ktos na niego. Kim jesteście, okropni ludzie i czego chcecie od mojej rodziny. Co robisz, Kishimura? Dlaczego biegniesz i dlaczego chcesz mi odebrać mojego kochanego Hibikiego? Byłam słaba... On biegł, ja się słaniałam z bólu, z cierpienia. Gorączkę czułam w całym ciele, co sie dzieje, nie rozumiem... Nigdy nie czułam się tak źle, nigdy nic mnie tak mocno nie bolało... O rety, cierpienie. Tak bolało.
- Hibiki... Kishimura... - powiedziałam.
Nagle dotarłam do miejsca. Stanęłam spokojnie w ukryciu, patrząc jak moje dziecko oddaje Hibikiego obcym.
- A teraz mnie zostawcie... Mama... Tata... Oni zawsze byli przy mnie, chcą, abym był szczęśliwy. Juz nie potrzebuję waszych narkotyków. Już jestem szczęśliwy. - powiedział.
W moich oczach stanęły łzy, kiedy ujrzałam, że mężczyźni dotykają świętej broni. Nie. Nie. Zostawcie go. Nagle uderzyli Kishimurę, a ja w ostatkach swoich sił, wybiegłam do nich.
- Hibiki! - wrzasnęłam, a potem upadłam na ziemię z ogromnym impetem.
- Asami! - odpowiedział krzykiem mój kochany obrońca.
Spojrzałam na niego. Walczył, a Kishimura podbiegł do mnie, łapiąc moje ramiona. Miał tak delikatne dłonie...
- Mamusiu! Mamo! Nie! - krzyknął.
Ujrzałam jak ktoś go łapie, a Hibiki stara się walczyć. Dlaczego... Dlaczego nie mogę nic zrobić...
- Po...mocy... - wyszeptałam.
Po tym, straciłam przytomność. Ciemność, okrutna ciemność. Tak zimno i brzydko pachnie, gdzie jest ciepło i piękny, słodki zapach?
Ilość słów: 441

Od Hibiki'ego CD Asami "Dzienniki z życia ziemskiego"


Mój spokojny sen przerwał cichy szept bogini. Blond włosa drżała delikatnie pod grubą kołdrą, a jej ciało pokrywały maleńkie kropelki potu. Tego nam jeszcze brakowało. Westchnąłem ciężko i udałem się po raz kolejny tej nocy do kuchni gdzie namoczyłem zimną wodą ręczniki i wraz z miską lodowatej cieczy wróciłem do pokoju. Dokładnie wycisnąłem ścierkę, a następnie delikatnie położyłem ją na czole bogini. Drugą szmatką otarłem jej spoconą twarz. To będzie długa noc! Jednak nie przeszkadzało mi to ani trochę. Dla Asami wszystko.

Koło piątej nad ranem obudził mnie cichy szmer. Poderwałem głowę, a raczej próbowałem to zrobić, jednak przeszkodziła mi w tym forma miecza jaką ponownie przybrałem. Najwidoczniej niebieskooka musiała przez sen wymówić moje drugie imię i w ten oto sposób ponownie zmieniłem się w katane. Westchnąłem cicho. Musiałem poczekać, aż dziewczyna się obudzi i mnie odwoła. W tym momencie ponownie dało się słyszeć skrzypienie drzwi oraz tupot bosych stup na panelach. Nim się obejrzałem do pomieszczenia, wślizgnął się Kishimura.

~ Co on tu robił? ~ to jedno pytanie wzbudziło podejrzenie w moim sercu

Chłopak podszedł bliżej łóżka. Rozejrzał się uważnie, najwyraźniej czegoś szukając. Jego uwagę przykułem ja. A raczej miecz którym byłem. Chłopak przełknął ślinę chwytając za rękojeść.

- Przepraszam Mamo. Mam nadzieję, że nie będziesz zła, jak sprzedam ten miecz. Muszę się uwolnić od tych ludzi. Potem wrócę - to rzekłszy Kishimura ucałował delikatnie czoło Asami i mocniej zaciskając na mnie palce, wymknął się na zewnątrz.

Początkowo próbowałem jakoś dostać się do umysłu chłopaka jednak był jak za murem obronnym. Takim jak w średniowiecznych zamkach. Kamień wymieszany z betonem. Wspaniale. Właśnie jestem porywany/kradziony? przez przybranego syna/brata na sprzedaż/spłacenie długu!? Nawet nie wiem jak nazwać całą tą sytuację.
Najwyraźniej zostało mi czekać na dalszy rozwój sytuacji, bo póki Asami mnie nie odwoła, będę siedział w tej przeklętej formie miecza po wsze czasy.

< Asamiś? >

307 słów

sobota, 9 marca 2019

Od Satoshiego do Nao, "Toshi i Yoshi"

Księżyc na dobre rozsiadł się na rozgwieżdżonym nieboskłonie. Sato siedział na schodach przed swoją świątynią i wpatrywał się w gwiazdy. Rozmyślał jak by tu spędzić resztę nocy. O tej porze wyboru wielkiego nie miał. Albo przesiedzieć tu jeszcze chwilę i się położyć spać, bo z pewnością jutro znowu będzie jakiś człowiek z prośbą o spełnienie modlitwy. Albo, co atrakcyjniejsze, ale bardziej bolesne dla portfela, mógł zajść do jakiegoś baru i spędzić resztę nocy pijąc sake. Był z tym jednak pewien problem. Był sam. A gdyby tak poszedł pić samemu, bez nikogo, znaczyć by to mogło tylko jedno. Był alkoholikiem. Nawet ktoś taki jak Satoshi to wiedział. Niestety na to poradzić nic nie mógł. Dlatego też, z posmutniałą lekko miną, wyciągnął paczkę ciastek z dżemem wiśniowym. Odgłosy otwierania opakowania oraz chrupania ich ściągnęły do niego małego puszystego gościa. Bezdomny kociak podszedł ostrożnie głośno pomiaukując oraz szeleszcząc kawałkiem foliowej torebki, który przyczepił mu się do łapki. Bożek zaśmiał się i odczepił prychającemu zwierzakowi zbędną dekorację z białego futerka. Wyjął jedno ciastko i podsunął je pod nos kota. Przynajmniej teraz miał towarzysza do nocnego posiedzenia. Myślał jednak co dalej robić. Co prawda siedzenie przez całą noc i patrzenie na zimowe niebo nie było nieprzyjemne, ale... Ale kot właśnie wsadził pyszczek do torebki z ciastkami. Sato chwycił futrzaka i odciągnął go od jedzenia. Przy okazji zarobił kilka ran na policzku od kocich pazurów. I wtedy doznał olśnienia. Trzymał oburzone stworzonko na wyciągniętych rękach by nie zarobić po raz kolejny w twarz. I wtedy go olśniło. Właśnie gdy spoglądał w te rozeźlone fiołkowe oczka. Skoro uznał, że zwierzak mógł być kompanem na resztę nocy, to czemu miałby nie zostać kompanem na wypad do baru? Toshi uśmiechnął się do swojego nowego towarzysza. Wziął ciastko i wepchnął mu do pyszczka by uniknąć pogryzienia i podrapania, a następnie wsadził go za połę kimono, tak by tyłeczek kota opierał się o pas, a jego łepek swobodnie mógł podziwiać zmieniający się krajobraz w drodze do knajpy. Widać zwierzęciu przypadła ta pozycja do gustu. W końcu nie musiało sobie łapek wychładzać na oblodzonych chodnikach i miało zapewnione osłonę od wiatru z dołączonym w pakiecie ogrzewaniem. Ale co ważniejsze regularnie dostawało papu od srebrnowłosego.
Sato wszedł do najbliższego otwartego lokalu. Podszedł od razu do baru i zajął przy nim miejsce.
- Proszę dwie butelki sake dla mnie i butelkę mleka dla mojego kumpla. - wskazał barmanowi ciekawski pyszczek wystający spod ubrania. Kotek niechętnie wyszedł z ciepłego schronienia i niepewnie stawiał kroki na barze. - Spokojnie, jesteś tu ze mną. - powiedział z lekkim uśmiechem, po czym podrapał zwierze za uchem.
***
Trzeźwiejący w ekspresowym tempie bożek szedł pośpiesznie za miasto. Gdzieś po drodze zrzucił podarte ubranie i teraz szedł w środku nocy przyodziany jedynie w buty i bokserki. Na rękach niósł swojego nowo poznanego puchatego koleżkę owiniętego w szalik i łapką usztywnioną skrawkiem kimona.
W końcu dotarł do chatki na skraju lasu. Z tego co kojarzył to ponoć tu mieszka ten cały tutejszy centaur mnich-weterynarz. A przynajmniej miał nadzieję, że dobrze kojarzył. Strzelił kręgami w karku. Wziął głęboki wdech i zaczął się wydzierać.
- YOOOOOOSHI! YOOOOSHI! OTWIERAJ! - takim krzykiem powinien obudzić nawet umarłego. A to się nawet dobrze składało. W końcu zdecydowana większość mieszkańców tej krainy umarła żeby tu trafić. Jednak minuta czekania na mnicha-weterynarza okazała się zbyt długa i powodowany resztkami alkoholu Satoshi pomyślał, że doskonałym pomysłem będzie wybić dziurę w dosyć cienkich drzwiach, żeby samemu sobie otworzyć. Jak pomyślał tak zrobił. Zgarnął największy nieprzymarznięty kamień jakim mógł operować jedną ręką i przygrzmocił nim parokrotnie w drzwi przebijając się na wylot. W nowo powstałym "judaszu" zobaczył zdziwioną minę gospodarza, który schylał się by przekręcić kluczyk w zamku.
- Trochę ci to zajęło. - powiedział zupełnie poważnie.

<Yoshi?>