czwartek, 12 lipca 2018

Od Higeki'ego CD Muira "Gwiazdy mają oczy"

      Higekiemu nieco trudno było ukryć zdziwienie, gdy nieznajomy przyznał, że nigdy nie widział koto. Wydawało mu się to niemal nierealne, ale zaraz zebrał się w sobie otrząsnął. Cały czas musiał sam sobie przypominać, że w dużej mierze był dziełem swoich czasów i to, co on uważał za oczywistą wiedzę mogło być nieco egzotyczne dla innych. Działało to oczywiście w obie strony – Higeki sam słabo radził sobie z nowinkami technologicznymi i chociaż widok telefonu lub komputera go nie przerażał, to obsłużenie takie sprzętu zajmowało mu dużo czasu i na pewno nie był w stanie odróżnić od siebie różnych systemów operacyjnych – na tego typu pytanie zrobiłby pewnie tylko niezbyt mądrą minę i próbował zbyć jakoś rozmówcę.
Również obietnica “na mały paluszek” wydała mu się dziwna. Higeki czuł się lepiej w nieco bardziej oficjalnych sytuacjach, a takie nie dopuszczały dotykania rozmówcy, jeśli nie wydarzył się jakiś wypadek. Można było złapać kogoś, kto się potknął i niechybnie by upadł, ale już klepnięcie w ramię lub złapanie za rękę było naruszeniem etykiety. Jednak wrodzona uprzejmość mężczyzny bardzo szybko przełamała tę barierę i również wyciągnął rękę, a następnie krótko ścisnął małym palcem palec mężczyzny mając nadzieję, że o to chodziło i nie popełnił jakiegoś błędu. Widział kiedyś taką obietnicę w serialu, który oglądał i był to dla niego jedyny wzorzec mówiący o tym, jak się w takiej sytuacji zachować.
Nie do końca wiedział też, co ma powiedzieć. Samo to, że przybysz zamiast się pożegnać i odejść, albo poprosić jego samego, żeby mu nie przeszkadzał (Higeki nie miałby z tym problemu i bez protestów poszedłby w swoją stronę. Naprawdę nie lubił sprawiać innym problemów) wytrąciło go nieco z trybu. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że będzie musiał zaprezentować swoje nędzne “umiejętności” gry na koto nieznajomej osobie. Sam sobie był winien, jednak w żaden sposób ta wiedza nie umniejszała jego zakłopotania, więc Higeki raczej milczał, co jakiś czas tylko wydając z siebie nieco nieartykułowane pomruki. Musiał to jakoś przeżyć, nie było odwrotu.
Miejsce do ułożenia koto przygotowywał trochę dłużej, niż powinien, jakby próbował instynktownie oddalić od siebie moment, kiedy zostanie zmuszony do skrzywdzenia drugiej osoby swoją muzyką. Usiadł w seizie przed instrumentem, założył też tsume na palce i westchnął, starając się oderwać myśli od tego, co go otaczało. To był jedyny sposób, by zdenerwowanie nie pożarło jego opanowania do tego stopnia, że ręce zaczną mu się trząść, albo że zerwie przez przypadek strunę. Chociaż mogłoby się to wydawać nieuprzejme, starał się ze wszystkich sił nie myśleć o obecności nieznajomego mężczyzny kilka kroków od niego i wyobrazić sobie, że znajduje się w lesie całkiem sam. Nie było to łatwe, ale skutecznie sprawiało, że Higeki potrafił się lepiej skupić na czekającym go zadaniu. Uniósł dłonie nad instrumentem, a potem zaczął grać.
Od pierwszych dźwięków było wiadomo, że nie będzie dobrze, ale może fakt że drugi mężczyzna pierwszy raz widział koto na oczy sprawiłby, że wszelkie przykre dźwięki złożyłby na karb swojego niezaznajomienia z instrumentem. W końcu skala pentatoniczna charakterystyczna dla japońskiej muzyki tradycyjnej była początkowo niemalże bolesna dla przybyłych z Dalekiego Zachodu Europejczyków, którzy śpiewne dźwięki shamisenu porównywali do kociego miauczenia. 
Higeki początkowo grał to, co mu myśli dyktowały, ale potem przypomniał sobie starą melodię, którą kiedyś słyszał idąc przez miasto. Była prosta i łatwo wpadała w ucho, a do tego pełna była miłych dla niego wspomnień, więc w miarę kolejnych taktów Higeki coraz bardziej wczuwał się w muzykę i coraz dalej odpływał myślami. Odpłynął do tego stopnia, że gdy przestał grać i usłyszał głos swojego rozmówcy, lekko drgnął wyrwany z kontemplacji. Zapomniał w końcu o tym, że nie jest w lesie sam.
– Tak – odpowiedział wprost, a potem zacisnął lekko wargi uświadamiając sobie, że w całym tym skupieniu na grze zapomniał się przedstawić, jednak nieznajomy również tego nie zrobił, toteż Higeki postanowił za nic nie przepraszać. Gdyby to zrobił, również i drugi mężczyzna mógłby poczuć się w obowiązku przepraszania i kolejna niezręczność gotowa.
– Jestem bogiem katastrof, nazywam się Higeki. Jestem w Kami już od dość długiego czasu – dodał zupełnie naturalnie, już dawno przyzwyczaiwszy się do tego, jak inni potrafili na to reagować.
A reagowali bardzo różnie – Higeki widział już chyba wszystko, od lekkiego niepokoju, przez zdziwienie aż po niezdrową fascynację. Wielu wydawało się, że skoro mężczyzna był bogiem katastrof, to właśnie spuszczał ludziom na głowy katastrofy, żeby nauczyć ich szacunku do bogów, bądź wdzięczności za to, co już posiadają. Albo że owe katastrofy mają być zemstą za coś. Prawda była jednak zgoła odmienna, bo Higeki na co dzień dwoił się i troił, byle tylko uchronić śmiertelników przed tym, co złego mogło go spotkać. Pamiętał bardzo dobrze słowa, które wypowiedział do niego Najwyższy, gdy go tworzył: “Będziesz chronił ludzi przed najgorszym, co może ich spotkać. Przed utratą tego, co dla nich najcenniejsze, przed gniewem przyrody i przed nimi samymi. Będziesz niczym mur pomiędzy moimi dziećmi i katastrofami. Będziesz bogiem, którego imienia ludzie będą wzywali w obliczu najcięższej próby, kiedy nie będzie już żadnej nadziei.” To było bardzo trudne zadanie, ale na początku swej kariery Higeki nawet się nie wzdrygnął ani nie cofnął przed przyjęciem takiego ciężaru. Brzemienne w skutkach wątpliwości pojawiły się dopiero dużo później, ale mężczyzna nie zamierzał teraz nawet wracać do tego myślami.
Zamiast tego przyjrzał się lepiej swojemu rozmówcy. Wcześniej skupiał się bardziej na sytuacji i na grze na koto, teraz jednak nie musiał się już tym przejmować – skończył już robić z siebie widowisko przy pomocy braku umiejętności gry na czymkolwiek. Nieznajomy wywarł na nim raczej dobre wrażenie – widać było, że był raczej cichy i spokojny, a takie osoby preferował Higeki. Jego strój był dość elegancki, ale nowoczesny i sprawiał wrażenie schludnego. To był kolejny plus, jako że bóg katastrof również przywiązywał wagę do tego, jak się prezentuje. Prawdą było, że nie szata zdobi człowieka, ale ubieranie się w przypadkowe rzeczy wydawało mu się brakiem szacunku dla innych. 
Postanowił, że poczeka na odpowiedź drugiego mężczyzny i dopiero wtedy zdecyduje, jak ewentualnie poprowadzić rozmowę (jeśli ten oczywiście nie postanowi uciec jak najszybciej po usłyszeniu “koncertu” Higekiego). Na razie mógł porozmawiać jedynie o tym nieszczęsnym koto, na które najchętniej spuściłby zasłonę wiecznego milczenia.

Ilość słów: 1016

wtorek, 10 lipca 2018

Od Kiyuki'ego CD Niyumi "Papierowy żuraw"



W otaczającej mnie ciemności dostrzegłem drobną iskierkę... jakby promyk słońca na końcu długie tunelu, który rzekomo nie miał mieć wyjścia. Mogłem jedynie się domyślić, że podczas snu Kuroki ponownie bez żadnego problemu przejął nade mną władzę. Ciężko było go przezwyciężyć... zbyt długo zbierał siły czekając na tą jedną małą chwilkę mojego zwątpienia. Jak ją znalazł uderzył z pełną siła i mocą. Światełko z każdą chwilą jednak narastało rozpraszając cały mrok wokół mnie. Wcześniej nie mogłem niczego dostrzec, a teraz z łatwością mogłem stwierdzić, że wciąż wyglądam jak Yang... tylko czemu ? W końcu nie jestem prowadzącym...jestem we własnej podświadomości, gdzie powinienem być sobą. Spojrzałem na swoje ręce, które zacisnęły się lekko w pięść. Mimo wcześniejszej radości zaczynałem mieć lekkie obawy.

A co jeśli znalazł sposób na pozbycie się mnie?

Znów czerpał przyjemność z cierpienia najważniejszej osoby w mim życiu?

Ponownie ją zranił? 

Tsurumaru Kuninaga | 在原業平 Touken RanbuPrzeniosłem wzrok z powrotem na światło, które coraz bardziej się do mnie zbliżało, aż w końcu mnie minęło. Wtedy wszystko zrozumiałem. To nie moja podświadomość, a serce - miejsce w krórym nasze dusze od zawsze ze sobą walczyły. Cień zniknął z niego przez nowe źródło mojej nadziei.. dzięki mojemu małemu promykowi, który kocha jabłka i pieszczoty. Zaśmiałem się cicho pod nosem przywołując na moje usta delikatny uśmiech. Moja szata powoli zaczęła się rozjaśniać zastępując ponurą czerń na czysta jak śnieg biel. Były to w końcu moje kolory... tego dobrego mnie, który racjonalnie zajmuję się Sprawiedliwością. Nie bez powodu przecież zostałem powołany przez samego ojca Patronem Sprawiedliwości. Biel spowiła całe moje ciało, prócz katany, która wisiała u mego boku. Ostrożnie wysunąłem ją z pochwy, by następnie bez chwili zastanowienia wbić ją w ziemię i po prostu odejść. Nie miałem zamiaru po nią wracać... w niej był cały mój żal i gniew, który pozostał po tamtej noc, gdy prawie zostałem zabity. Nie było tego za wiele... nigdy nie było tego więcej... tak było od samego początku. Po prostu Kuroki'emu tylko tyle wystarczyło, by powstać, więc zostawiłem ją w spokoju na dnie serca, skąd za szybko nie powróci. 


~~~*~~~

Delikatnie rozchyliłem powieki widząc przed sobą delikatną, dziecięcą twarzyczkę. Była blisko.... tak blisko, że dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że jej drobne usta trzymają mnie w pocałunku, tak samo jej rączki zaciskały się na krawędzi mojej wciąż czarnej szaty. Żałowałem lekko, że nie zniknie ona od tak, tak samo pewnie jak czarne jak smoła włosy. Przynajmniej oczy powinny wrócić do swojego naturalnego złotego odcieniu...i to w sumie najbardziej mnie cieszyło. Lisiczka delikatnie zwiększyła odległość między naszymi twarzami na co uśmiechnąłem się delikatnie przekazując jej moje szczęście. 
- Mój promyczku... właśnie mnie wyprowadziłaś z mroku - Szepnąłem zgarniając kosmyk jej włosów z oczu. Musiała nie dawni wstać sądząc po jej porannym wyglądzie... czyli Kuroki nie mógł na wiele namieszać. 
- Kiyuki-sama - Szepnęła, gdy pewnie zdała sobie sprawę, że udało jej się pokonać Yang'a. Było to proste... wbrew pozorom oczywiście. W końcu był moim kompletnym przeciwieństwem, więc nie potrafił sobie poradzić  z uczuciami, tak jak ja z użyciem siły na najbliższych. To były nasze najsłabsze punkty o których wypadałoby pamiętać. - J..ja tak bardzo przepraszam Kiyuki-sama. Przepraszam najbardziej na świecie... Przepraszam - Złote oczy Niyumi delikatne się zeszkliły rozczulając moje serce do granic możliwości. Nie mogłem patrzeć jak płacze, a tym bardziej z mojego powodu. Na dodatek w chwili gdy schowała swoją buzię w mojej szacie nadal szepcząc ciche przeprosiny nie mogłem wcale się an nią gniewać. Może mnie w to wciągnęła, ale również uratowała. Wziąłem ją delikatnie na ręce pozwalając, by wtuliła się we mnie chowając jednocześnie zapłakane oczy w ramieniu. Nie mogłem nic powiedzieć... mogłem jednie czekać, aż jej przejdzie. Słowa w takich chwilach nic by nie dały, więc nie rzucałem ich an wiatr. Mogły nawet zaszkodzić zamiast wspomóc lisiczkę.   

~~~*~~~

Minęło trochę czasu, zanim Niyumi okiełznała szalejące emocje. Wytłumaczyłem jej wtedy wszystko co wiedziałem: Że pokonała go, że mam w sobie dwie dusze ze względu na to, że postrzegane są dwa rodzaje sprawiedliwości...nigdy w końcu nie ma tej pewnej i jasnej. Zawsze znajdzie się przypadek, gdzie zostanie ona źle wymierzona i niewinni ponoszą za to odpowiedzialność. Białowłosa słuchała mnie uważnie siedząc na moich kolanach bawiąc się jednocześnie dłuższym kosmykiem moich włosów. Tak jak podejrzewałem... były czarne i będą , póki nie zaczną rosnąć. Będę chyb przez jakiś czas skazany an odrosty, lub po prostu je jakoś wybielę. Nieco głupio mi było wychodzić w tym stanie do Youkai, którzy znali mnie z czystej bieli. 
- Czyli... -zacząłem ostrożnie temat po ciszy jaka zapadła po moich tłumaczeniach. - Skoro dwóch ludzi darzy siebie silnym uczuciem, to uznaje się ich za ...em...parę? - Przechyliłem lekko głowę na bok patrząc na moją towarzyszkę. Jej uszka automatycznie przyklapły, a buzia bardziej wtuliła się w moje ciało. Tak... z łatwością mogłem to odczytać, jako "czemu ty znów pytasz mnie o takie zawstydzające rzeczy" . Znów rozczulała mnie w ten swój uroczy sposób, który nie oddałbym za żadne skarby wszystkich znanych mi światów. 

<Niyu? Wracamy do normalności > 

823 słowa

poniedziałek, 9 lipca 2018

Od Muira CD Higeki'ego "Gwiazdy mają oczy"


   Zakłopotany zamrugałem oczami, podczas gdy w mojej głowie, przewinęło się tysiąc myśli. Koto. Koto… Koto było narodowym instrumentem Japonii — i to jedyne, co o nim wiedziałem. Nie miałem pojęcia ani o jego wyglądzie, ani nawet o dźwiękach, jakie koto wydawało. Nie potrafiłem sobie tego choćby wyobrazić, gdyż nazwa instrumentu kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z pocztą. Dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia.
 - Dobry wieczór — wybąkałem, po kilku sekundach dziwnej ciszy, która, moim zdaniem, była przyczyną napiętej atmosfery. Przez chwilę nawet gałęzie przestały tańczyć w rytm owiewającego nas wschodniego wiatru. Zwierzęta ucichły, zdając sobie sprawę z naszej obecności. To było zabawne, sami przed chwilą nie byliśmy świadomi o swoich obecnościach.
   Potaknąłem do nieznajomego, podszedłem bliżej, naokoło metr od niego, upewniając się, że nie jest nikim niebezpiecznym. I tak niewiele byłem w stanie dostrzec, dlatego zdałem się na intuicję, która nie sugerowała niczego niepokojącego.
   Był uprzejmy, miły — ale na jego twarzy, nawet mimo kiepskiego oświetlenia, zauważalny był dziwny grymas. Ciężko było odgadnąć czy oznacza on zawiedzenie, strach czy zakłopotanie. Nie chciałem nad tym debatować, może po prostu nie był mimiczny, a to jego zwyczajny wyraz twarzy. Taki wyraz, jaki codziennie widują jego sąsiedzi, pani za ladą w sklepie czy rodzina i przyjaciele — jeśli takich posiadał, oczywiście. Gdyby jego oczy nie były ukryte pod ciemnymi — dziwnie przyciętymi — włosami, może jego humor byłby łatwiejszy w rozszyfrowaniu.
   Wbiłem wzrok w koto przybysza. Moje wyobrażenie tego rzadko spotykanego instrumentu bardzo różniło się od tego, jak wyglądało ono naprawdę. W mojej głowie malował się obraz czegoś podobnego do bębna, fletni czy nawet trąbki, jednak był to instrument strunowy…koto nie przypominało skrzypiec, gitary, banjo czy mandoli — nawet jeśli miało drewniany korpus oraz struny. Trzynaście strun — o ile w ciemności wzrok mnie nie oszukiwał. Każda oparta była na podstrunniku, może plastikowym, może kościanym. Ciężko było stwierdzić, w końcu na co dzień nie zajmowałem się takimi sprawami.
   Instrument ten był spory, na oko mierzył jakieś 2 metry, zapewne był ciężki, mimo że dało się go utrzymać jedną ręką, jak robił to on.
 — Nigdy nie widziałem koto — poinformowałem, robiąc wstęp do dalszej, dłuższej, wypowiedzi. Wziąłem oddech, starałem się to zrobić cicho. Nie chciałem być rozpoznawany późnej jako głupiec, więc próbowałem ułożyć wypowiedź w taki sposób, jakbym miał na temat muzyki jakiekolwiek pojęcie. - Więc chciałbym posłuchać, jak grasz. Koto wydaje się interesujące, szczerze mówiąc, bardzo mnie to ciekawi. Widziałem już kilka osób grających na różnych instrumentach, tutaj, w Kami, youkai mają sporo czasu na swoje hobby. Bardzo dobrze im to wychodziło. Myślę, że skoro przyszedłeś w takie miejsce, pewnie próbujesz uciec od zgiełku i grać spokojnie. Obiecuję, że będę cicho. Na mały paluszek!
   Wyciągnąłem prawą dłoń, którą złożyłem w pięść. Wyprostowałem mały paluszek i pomachałem nim najbardziej ostentacyjnie, jak tylko się nim dało.
   Ostatecznie przybysz mruknął. Nie zrozumiałem co. Ba, nie byłem nawet w stanie stwierdzić czy to było chrząknięcie na zgodę, czy może burknięcie oznaczające stłumiony sprzeciw.
   Zagryzłem wargę, czując, jak powoli zaczynam się stresować. Pierwsze objawy braku pewności już się pojawiły — ręce były wilgotne od potu, więc zacisnąłem je w pięści, zakładając je za plecy. Myślę, że nie budziło to żadnych podejrzeń co do mojej niepewności. Cały czas miałem nadzieję, że mężczyzna zacznie coś opowiadać, tymczasem milczał jak grób, próbując ustawić koto w wygodnej dla siebie pozycji. Być może jego milczenie spowodowane było wysokim poziomem skupienia, dlatego postanowiłem nic więcej nie mówić. Zwłaszcza że obiecałem na mały palec.
   Kiedy mężczyzna energicznie i uporczywie uklepywał trawę wokoło instrumentu, miałem czas, aby dokładniej się mu przyjrzeć. Jego kimono zauważyłem już na początku, jednak ukryte wśród materiału miecze, rzuciły się w oczy dopiero teraz. Schowane były do pochew, lecz wyobraźnia podpowiedziała mi, jak mocny musi być ten oręż.
   W mojej głowie tworzył się obraz, w którym ten wysoki chłopak biegnie z daisho w rękach. Nie biegnie jednak byle gdzie — szarżuje wprost na akumę, która nie jest jeszcze świadoma, że czeka ją spotkanie ze śmiercią. Ciemnowłosy atakuje, ostrza przecinają ciało potwora. Słychać krzyk bólu, agonii — miecze wychodzą drugą stroną, uprzednio przecinając kości i mocne mięśnie. Akuma pada, przeklina w myślach… Właściwie kogo?
   Przez dłuższą chwilę biłem się z myślami. Kim był ten mężczyzna?
   Jak od wszystkich mieszkających w Kami No Jigen, wyczuwalna była od niego silna energia duchowa, można rzec, że moc. Silna, choć niepokojąca. Nie próbowałem określać czy to chowaniec, czy może bóg. Tu wszystko było możliwe… Dlatego rozważałem argumenty, wskazujące o tożsamości wojownika.
   Koto wydało pierwszy dźwięk, który rozniósł się echem po krainie. Uniosłem brwi i zaskoczony wbiłem wzrok w chłopaka. Zastygł w takim bezruchu, że przez myśl przeszło mi, że dźwięk ten wywołany był całkiem przypadkiem — może potrącił strunę, może coś uderzyło w instrument. Jego palce drgnęły, zaczęły błądzić po żyłkach. Okolicę rozdarła melodia. Nie potrafiłem określić jaka, koto dziwnie brzmiało. Słuchając muzyki, którą tworzył nieznajomy, ośmieliłbym się powiedzieć, że brzmi to, jakby grał na nim po raz drugi, może trzeci — oczywiście mając staż na innych instrumentach strunowych. Ale czy to było możliwe? Lakier, którym koto było pokryte, był poprzecierany, może zdarty — wszech panująca ciemność utrudniała postawienie trafnej diagnozy. Nie były to dźwięki dla ucha przyjemne. Były głośne, drażniące bębenki, rzekłbym nawet, że niektóre z nich przypominały miauczenie głodnego kota. Nie była to jednak muzyka na tyle zła, aby nie dało się jej słuchać.
   Może mężczyzna przyszedł pod las, aby ćwiczyć w spokoju — bez stresu, w którym komuś będzie przypadkiem przeszkadzał. Hm… w kami obowiązywała cisza nocna?
   Usiadłem wygodniej na trawie pokrytej rosą, która natychmiast wsiąknęła w moje ciuchy. Teraz przy każdym powiewie wiatru czułem chłód na udach i… ekhm, kolokwialnie mówiąc, tyłku.
   Mężczyzna przestał grać, a moje domysły nagle się obudziły. Było późno, więc za jakiś czas planowałem powrót do świątyni — a to prawdopodobnie było jedyną szansą, aby później rozstać się, nie pogrążając się w głębszych rozmowach na swój temat.
   Chłopak wyglądał na zamyślonego, dlatego wizja rozpraszania go, wydała mi się oznaką braku kultury. Ale ciekawość po raz kolejny tego dnia, brała nade mną górę, zmuszała mnie do, być może, nietaktownych zachowań.
 - Jesteś bogiem, prawda? - zapytałem bez zbędnych wstępów, prosto z mostu. Moje spojrzenie zawisło na nim, czekając na odpowiedź w skupieniu. Próbowałem się również uśmiechnąć, bo przecież nie od dziś wiadome było, że jeden uśmiech jest skłonny rozpocząć nową znajomość. A kto wie, kiedy posiadanie w nim przyjaciela, mogło być przydatne.

<Higeki?>
Ilość słów: 1054

niedziela, 8 lipca 2018

Od Yuudai'a CD Niyumi "Miejsce spoczynku"


Spoglądnąłem na obecną tu dziewczynę. Byłem wściekły i zarazem szczęśliwy. Nie chciałem, żeby tu była, ale jak ją widziałem, to chciałem ją uściskać. Wyciągnęła w moją stronę katanę.
-Nie będę rozwiązywać za ciebie twoich spraw. Bierz to.
Ledwo wstałem na nogi i podniosłem moją prowizoryczną broń, a nie jej katanę. Rzuciłem się znowu na akume, ale skończyło to się znowu wylądowaniem obok Niyu. Patrzyła na mnie ze wzrokiem, który znaczył tyle, co zwykłe Baka. Ciągle miała wyciągniętą katanę, by mi ją dać. Wiedziałem, że to nie ma sensu. Więc podniosłem się i chwyciłem miecz, a następnie, udałem się znowu w stronę bestii, ale tym razem ciosu nie uniknęła. Dostała w bok swojego ciała. Jej wrzask przypominał zgrzytanie po tablicy nożami. Jednak to mnie nie zniechęciło. Zrobiłem zamach i wykonałem kolejny i, kolejny i kolejny cios. Miałem głęboko gdzieś, że ten stwór broni się i również mnie rani szponami. Byłem jak w transie. Opuściłem miecz. Nie miałem już siły. Ledwo trzymając się na nogach, uniosłem głowę i spojrzałem za siebie. Ona ciągle tam stała i się patrzyła. Nie chciała chyba interweniować i dać mi samemu rozwiązać ten problem. Odwróciłem głowę teraz w stronę, gdzie stał mój cel. Uśmiechało się to do mnie. Jej oczy i jej wygląd. Miałem tego dosyć. Całą swoją siłę przeniosłem do rąk i nóg. Zrobiłem coś, czego nie rozumiałem. Tupnąłem nogą i zamachnąłem się mieczem prosto w głowę bestii. Miecz trafił w szyje, ale dziwniejsze jest to, że spod moich nóg wyleciała fala dźwięków. Akuma zwiła się z bólu. Jej ciało zaczęło się kurczyć a głowa znikać. Nim znikła wbiłem katana prosto w nią. Zniknęło i ciało i głowa i miecz. Upadłem na podłogę. Usłyszałem głos. Nie byle jaki głos. Były to słowa mojej ukochanej.
-Dziękuję Ci i przepraszam.
Następnie była cisza. Siedziałem jeszcze na podłodze przez chwile, a następnie wstałem i odwróciłem się w stronę drzwi gdzie stała widownia w postaci upartej Niyu.
-Brawo dałeś sobie sam rady.
-Nie. To nie tylko moja zasługa.
Stanąłem przednią, a następne co zrobiłem, to samego mnie zadziwiło. Pocałowałem swoje dwa walce i przeniosłem palce na jej usta, odwzorowując pocałunek. Ta rozszerzyła oczy, ale nie zdążyła nic powiedzieć, bo wyszedłem i udałem się w swoją stronę. 
~~~~~~
Przez całą drogę miałem gdzieś czy ona mnie śledzi, czy zaraz rzuci we mnie kataną, czy nawet lodówką. Udałem się w stronę miasta, aż znalazłem wysypisko śmieci, na którym leżał jakiś wywalony stary materac i to właśnie na nim poszedłem spać. Leżąc, wpatrywałem się w gwiazdy. Czemu akurat tak się musiało stać ? Czemu to akurat ja ? Co to była za uderzenie fali dźwiękowej ?
Miałem wiele pytań, lecz mało odpowiedzi. Chciałem iść spać, lecz coś przykuło moją uwagę. Pomiędzy śmieciami leżała srebrzysta katana. Jedynie miała uszkodzoną rączkę, lecz wiedziałem, co muszę zrobić. 
~~~~~~
Po paru godzinach katana była w miarę użyteczna. Chciałem odwdzięczyć się dziewczynie za tamto, więc udałem się w miejsce położenia świątyni z nadzieją, że ją tam znajdę. Co prawda dalej byłem w ranach po walce i śmierdziałem śmieciami i miałem podarte ubranie, ale ważne było dla mnie to by zrewanżować się kobiecie. 

<Niyumi?>

512 słów

sobota, 7 lipca 2018

Od Higeki'ego CD Muira "Gwiazdy mają oczy"


Można było się z tego śmiać, ale Higeki zaznaczał sobie wolne dni w kalendarzu i starannie je planował. Dla większości wolny czas nie wymagał żadnego planowania – jeśli można było odpocząć, to każdy robił to, na co miał ochotę i nie musiał się zastanawiać. Jedni spotykali się z przyjaciółmi, inni zaś woleli spędzić ten czas samotnie, czytając książkę, oglądając film lub po prostu podsypiając przed telewizorem. Higeki żył już dość długo i znał samego siebie na tyle dobrze by wiedzieć, że jeśli nie przypilnuje tej kwestii, to po prostu się przepracuje i w pewnym momencie zwyczajnie zasłabnie w przedsionku własnego domu. Dlatego swój dzień wolny miał starannie przemyślany i zaplanowany co do godziny.
Poranek spędził w parku. Jako bóstwo był w stanie przemieszczać się po całej Japonii niemalże jak chciał, dlatego zamiast spędzać czas w przypadkowym miejscu udał się do Korakuen w Okayamie, który uważał za najpiękniejszy z trzech najbardziej znanych ogrodów Japonii. Jak wypoczywać, to skutecznie, prawda?
Park już o tej porze pełen był turystów, głównie z Chin, którzy zdecydowanie przewyższali liczebnie zarówno samych Japończyków, jak i każdą inną grupę etniczną. Higeki wiedział jednak, gdzie się udać, by zaznać nieco spokoju i już po chwili był przy starym pawilonie herbacianym, gdzie w cieniu rozłożystego cedru siedział przygarbiony mężczyzna. Przed nim stała wysłużona, składana plansza do go, a sam mężczyzna przekładał na niej kamienie, co chwilę zerkając do trzymanego w drugiej ręce czasopisma. 
– Można się dosiąść? – zapytał, a mężczyzna drgnął lekko, zaskoczony, ale uśmiechnął się i wskazał dłonią miejsce naprzeciwko.
– Bardzo proszę. Może zechce pan rozegrać jedną partię? 
– Chętnie – odpowiedział Higeki z uprzejmym uśmiechem, który tylko się poszerzył, gdy jego towarzysz napomknął coś o tym, że nieczęsto spotyka się takich młodych ludzi zainteresowanych tradycyjnymi grami. 
Bardzo szybko jednak uśmiechy gdzieś poznikały, gdy okazało się że obaj mężczyźni nie traktują gry jako prostej rozrywki i każdy z nich jest doświadczonym graczem. Higeki marszczył brwi i składał dłonie w kontemplacyjnej pozie, zaś jego przeciwnik wzdychał od czasu do czasu, przeczesując dłonią przerzedzone włosy. Świat przestał dla nich istnieć na długi czas, a słońce niepostrzeżenie minęło szczyt nieba, gdy w końcu drugi mężczyzna ukłonił się Higekiemu, uznając jego zwycięstwo. To był naprawdę dobra rozgrywka i sam Higeki miał niemały problem podczas partii. Do ostatniej chwili nie był w stanie stwierdzić, czy uda mu się wygrać, czy też nie. 
Pożegnał się ze starszym mężczyzną, a potem odszedł kawałek i rozpłynął się w powietrzu, wracając z powrotem do Kami no Jigen. Na ten dzień miał zaplanowane jeszcze pójście do sklepu i zaopatrzenie własnego domu w cokolwiek do jedzenia. Odkąd mieszkał sam, musiał troszczyć się też o takie “przyziemne” sprawy, jak to, czy w spiżarni jest jeszcze chociaż z kilogram ryżu, czy wyszło wszystko co do ziarenka. Higeki najchętniej stołowałby się wyłącznie na mieście (naprawdę nie lubił gotować i kiepsko mu to wychodziło), ale przykra prawda była taka, że jego budżet zwyczajnie by tego nie wytrzymał. To był jeden z tych momentów, kiedy Higeki po raz kolejny zaczynał zastanawiać się nad tym, że potrzebuje chowańca. Nawet nie musiałby być bardzo bojowy – wystarczyłby mu ktoś, kto po prostu by z nim mieszkał i chociaż trochę zaopiekował się domem. Nic więcej. Z drugiej jednak strony bóg katastrof boleśnie sobie uświadamiał, że obecnie nadal nie jest gotowy na to, by mieszkać z kimkolwiek pod jednym dachem i że w najbliższej przyszłości niewiele się pewnie zmieni w tej materii.
Ulice Kami no Jigen przypominały mu Japonię taką, jaką pamiętał ze swoich wcześniejszych lat. Większość budynków była zachowana w tradycyjnym stylu, domy były niskie, a ludzie chętniej ubierali się w kimona. Próżno było tu szukać mężczyzn w garniturach i kobiet w garsonkach, którzy spieszyli na poranny pociąg, niosąc w jednym ręku aktówkę, a w drugim smartfona, na którego lśniącym ekranie czytali najnowsze wiadomości. Wydawało się, że w tej krainie czas płynie jakby osobnym, wolniejszym tempem i prawie nikt się nigdzie nie spieszy.
Higeki w końcu kupił wszystko z kartki i postanowił przysiąść na chwilę, i posilić się kubkiem zielonej herbaty, kiedy wpadła mu w oko wystawa jednego ze sklepów.
Mężczyzna zawsze był dość muzykalny, ale jego zainteresowanie muzyką ograniczało się wyłącznie do słuchania tego, jak grają inni. Chociaż sam miał w ręku kilka razy różnie instrumenty – próbował swoich sił zarówno z bębnami, shamisenem jak i prostym fue – to jednak gra na instrumencie wydawała mu się umiejętnością na tyle trudną i ulotną, że nie był w stanie wydobyć z żadnego instrumentu dźwięków, które byłby mało drażniące dla ucha, nie mówiąc już o tym, że miałyby być przyjemne. Pod wpływem impulsu jednak wstał, odstawił kubek na ladę i udał się do sklepu, prawie nie odrywając wzroku od wystawionego za szkłem koto. 
Instrument ewidentnie miał lata świetności już dawno za sobą - lakierowane drewno było zmatowiałe, a na wysokości strun wręcz przetarte. W instrumencie było jednak coś, co przyciągało i Higeki zwyczajnie nie mógł się powstrzymać. Zazwyczaj nie był impulsywny, a już na pewno nie kupował żadnych rzeczy pod wpływem impulsu – może dlatego był nieco zdziwiony własnym zachowaniem, gdy dotarł do domu trzymając w jednym ręku zakupy, a w drugim stare koto. 
Pierwszym jego pomysłem było, by od razu spróbować cokolwiek zagrać, jednak szybko doszedł do wniosku, że byłoby to bardzo egoistyczne z jego strony, by narażać sąsiadów na konieczność wysłuchiwania jego kociej muzyki tylko dlatego, że mieli pecha mieszkać koło niego. Z tej przyczyny Higeki z powrotem zapakował koto do pokrowca i udał się w wieczorne mroki szukać miejsca, gdzie na pewno nie będzie nikomu przeszkadzał. Mogło się to wydawać nieco dziecinne, ale bóg katastrof bardzo przykładał się do tego, by nie być dla innych problemem ani ciężarem. 
W końcu jego kroki skierowały go do lasu – miał nadzieję, że o tej porze nikogo tam nie będzie, a gęste gałęzie drzew stłumią dźwięki. Jakże się jednak pomylił! Już kiedy miał zdjąć instrument z pleców i rozłożyć wszystko, zauważył jakąś osobę i niemalże drgnął zaskoczony. Panująca wokół ciemność nie ułatwiała sprawy i choć mniej więcej widział sylwetkę nieznajomego, nie był w stanie rozpoznać jego twarzy. Czy był równie zaskoczony? Czy może raczej poirytowany, że ktoś właściwie naszedł go na takim odludziu? A może się zgubił? Tego Higeki nie wiedział, więc postanowił pokonać zakłopotanie i odezwać się do nieznajomego, kimkolwiek był, zanim zaczął odchodzić. To byłoby doprawdy niezręczne spotkanie, gdyby obaj po prostu popatrzyli na siebie i się rozeszli, nie zamieniając ani słowa. 
– Dobry wieczór – zaczął dość neutralnie, nie będąc pewnym, jak ma się zachować. – Bardzo przepraszam, jeśli w czymkolwiek przeszkodziłem. Nie taki miałem cel. Jeśli moja obecność tutaj jest bardzo niepożądana, to oczywiście odejdę. Chciałem tylko pograć trochę na koto…
Ostatnich słów Higeki pożałował w sumie w momencie, kiedy tylko je wypowiedział. W końcu chciał oddać się grze bez żadnych świadków, bo w jego przypadku naprawdę nie było czego słuchać, ale cóż. Słowa poszły już w świat i nie było odwrotu.

1139 słów

Od Higeki'ego CD Nao "Chwila ciszy"


Prawdą było, że wiele bóstw czuło się nieco skrępowanych lub zmęczonych własną boskością, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało. W Kami no Jigen przytłaczającą część mieszkańców stanowiły jednak chowańce, więc siłą rzeczy bóstwa nieco się wyróżniały – emanowały tą specyficzną aurą, która przyciągała wzrok i wzbudzała zainteresowanie. Higeki rozumiał, że sposób, w jaki wpływało to na relacje ze wszystkimi wokół mógł być niektórym nie w smak, sam jednak nigdy nie czuł, by było to dla niego ciężarem bądź niewygodą. Ponownie – mogło to być efektem tego, w jakiej epoce Najwyższy postanowił powołać go do życia, ale dla Higekiego nieco bardziej oficjalne kontakty wydawały się wygodniejsze i bardziej naturalne. Mężczyzna potrafił płynnie odnaleźć się w relacjach, które były ciepłe i szczere, jak wśród przyjaciół, ale jednocześnie uprzejme, bez wychodzenia poza granice tego, co wypada w towarzystwie, a co nie. 
Sposób, w jaki został przyjęty, oraz sam dom Nao właściwie już zaczęły pozytywnie wpływać na jego zszargane nerwy, jakby całe mieszkanie było przesiąknięte mocą chowańca. Higeki zdjął geta przed wejściem i ustawił je przodem na zewnątrz, a potem wszedł do środka za gospodarzem. Zajął miejsce na jednej z poduszek wokół niskiego stolika, wyjął zza pasa daisho i ułożył po swojej prawej stronie, jak nakazywał obyczaj. Kiedy Nao zostawił go samego, pozwolił sobie obejrzeć nieco pokój, w którym się znajdował.
Shouji były rozsunięte, wpuszczając do pomieszczenia letnie słońce i woń kwiatów porastających przydomowy ogródek, a rozstawione tu i tam doniczki z roślinami sprawiały, że zacierała się granica między pokojem i ogrodem. Dom wydawał się nieodłącznie spleciony z naturą, która go otaczała, co jeszcze bardziej wpływało na aurę spokoju i odprężenia otaczającą cały przybytek. Higeki zauważył, że choć jego własny dom również został zbudowany w tradycyjnym, japońskim stylu, to jednak bardzo różnił się od tego – bóg katastrof był minimalistą i nie dało się uświadczyć w żadnym z jego pokoi niczego poza podstawowymi sprzętami i niezbyt wyrafinowanym kakemono będącemu jedynym urozmaiceniem gołych ścian. Żyjąc samotnie, Higeki nie miał nawet czasu zatroszczyć się specjalnie o ogród, w którym rośliny rosły tak, jak natura chciała i nie było ogrodnika, który chociaż trochę by je poprzycinał. Było to chyba wyraźnym znakiem, że mężczyzna po raz kolejny za mocno wpadał w wir pracy. Kiedyś miał u swego boku kogoś, kto potrafił wydobyć go z tego wiru i przypilnować, by Higeki nie podupadł na zdrowiu z przepracowania, ale ten czas miał już nigdy nie wrócić i mężczyzna musiał sam się pilnować. Co niestety różnie wychodziło, jako że mężczyzna miał w sobie coś z japońskiego pracownika biurowego 
Podniósł głowę, gdy Nao wszedł do pomieszczenia i skinieniem głowy podziękował mu za herbatę. 
– Jedno nie wyklucza drugiego – odpowiedział na jego słowa. – Łódka pruje fale, jednak roztrzaskuje się na skałach, te zaś ustępują wytrwałości wody. Który z tych trzech elementów jest najpotężniejszy, a który najsłabszy?  – Zapytał filozoficznie i pociągnął łyk z kubka. 
Higeki uważał, że każde ze stworzeń Najwyższego miało swoje miejsce w świecie, a próby zmienienia tego były nie tylko głupie, ale i od razu skazane na porażkę. Z tej samej przyczyny dziwnym wydawało mu się, by czuć się źle z powodu tego, gdzie akurat przeznaczenie daną osobę postawiło. Sam był bóstwem i sądził, że właściwym jest okazywanie mu szacunku, jakkolwiek dumnie by to nie zabrzmiało, ale ze swej strony starał się, by ów szacunek miał swoją podstawę. Nie było nic gorszego ponad bóstwo, w którego postępowaniu nie było nic godnego szacunku.
– Kilka osób opowiadało mi o tym, że potrafisz uspokoić cudze emocje i zdjąć z barków ich ciężar, jednak nikt nie potrafił dokładnie opisać, jak ów proces następuje – zaczął, przechodząc od razu do sedna. Był mężczyzną konkretnym i nie lubił niepotrzebnie zajmować innym czasu. – Przyznam, że chciałem nieco się o tym dowiedzieć, nim cokolwiek nastąpi. Nie jest tak, że wątpię w Twoje umiejętności, tylko po prostu martwię się, czy nie będę prosił o zbyt wiele...

641 słów

piątek, 6 lipca 2018

Od Muira "Gwiazdy mają oczy"

   Przyglądając się ośmioletniemu dziecku, które płakało koło zmarniałej róży, zastanawiałem się, ile osób jest tak urocze w swoich prośbach do bogów. Sytuacja, w której się teraz znajdowałem, była wyjątkowo rozczulająca dla mnie, a zarazem bolesna dla mojego wierzyciela.
”Boże, proszę cię, żeby ten kwiatek zakwitł na jutro” 
   Dzieci nie potrafiły dobierać słów tak dokładnie, jak robili to dorośli, za to częściej używały słowa “proszę”, co szalenie sobie ceniłem.
”Moja mama ma jutro urodziny, a ja jestem bez pieniędzy i nie mogę nic jej kupić” 
   A głos tej dziewczynki drżał jak pajęczyna, w którą wpadł nieostrożny owad. Była bliska płaczu, niemal czułem, jak bardzo dławi się poczuciem swojej bezsilności. A starsze od niej osoby są w stanie powiedzieć, że jej problem to sprawa błaha, gasząc tym samym jej zapał do czegokolwiek innego. Czy w ten sposób uczono obojętności?
”Jest w szpitalu i…” 
   Modlitwa się urwała. Zmarszczyłem brwi, uśmiechając się przy tym pobłażliwie. Kochane dziecko, które koniecznie chciało sprawić przyjemność chorej mamie. Nie znałem dokładnego stanu zdrowia tej kobiety, to była sprawa innego boga — a ja, choć mogłem przekonać się o sytuacji na własne oczy, nie chciałem angażować się w życie ludzi. Mimo wszystko… w takiej sytuacji nie da się odmówić.
   Odczekałem kilka długich chwil, aż dziewczynka odejdzie — a kiedy to uczyniła, zmanipulowałem kwiatem, który do następnego dnia powinien rozkwitnąć. Postanowiłem dodać do niego mały bonus, korzystając z czystego serca małej… Im bardziej będzie jej zależało, tym piękniejszą barwę będą miały płatki róży. Miałem też cichą nadzieję, że okoliczności pozwolą jej wejść na salę szpitalną z tym nieoryginalnym, ale i tak cennym prezentem.
   To był wieczór — taki, jakich sporo. Słońce powoli zachodziło za niekończącą się linię horyzontu, dając tym znak zakochanym parom, że właśnie wieczorem kończy się ciekawość innych i mogą spokojnie, chowając się w zapadającym mroku, iść na spacer, spędzać razem czas. Widziały je tylko gwiazdy, a wiatr szeptał im plotki na temat miłości. 
   Bogiem nie byłem długo, modlitw usłyszałem niewiele, ale… Czułem się źle, spełniając niektóre z życzeń ludzi. Oni zawsze modlili się do mnie nocami, jakby bali się, że gdyby ktoś ich usłyszał… no właśnie. Co by zrobił?
   Niektórzy w swoich próbach budzili odrazę — bo prosili o swój sukces, ale i o szkodę, dla drugiej osoby.
   Byli i tacy, którzy w swoich życzeniach zachowywali się bardzo egoistycznie.
   Byli jeszcze inni. Oryginalni, uroczy i charyzmatyczni.
   Ale nie wszyscy we mnie wierzyli, właściwie to modlili się tylko przez cichą nadzieję na spełnienie ich marzeń. Kiedy urealniałem ich prośby, zapominali o mnie, zachwalając za sukcesy tylko siebie.
   Odchyliłem głowę do tyłu, wydając cichy pomruk zakłopotania. Znałem swój cel, wiedziałem, co powinienem robić, ale czułem się niepotrzebnym bóstewkiem. W dodatku dopiero co pojawiłem się na tym świecie, a przepełniało mnie okropne uczucie strachu przed zniknięciem. Jak leniwe bóstwo, w które nikt nie wierzył.
   Przyglądałem się bogom, youkai i innym chowańcom. Wszyscy byli zajęci sobą albo innymi. Przechodziłem wśród nich niezauważony — bo byłem taki jak inni. Nikt nie interesował się nowym mieszkańcem tych niezwykłych okolic, w końcu tu cały czas coś się działo.
    A ja w tym wszystkim w ogóle się nie odnajdowałem.
   Bóg powinien być silny, budzący respekt, ale i zaufanie. Znający swoją potęgę, ale i rozważny w swoich poczynaniach. Żaden nie jest wszechmogący, a jednak ludzie tak ich odbierają. Jak nadnaturalne istoty mogące wszystko — i w taki sposób bogowie wpadali w pułapkę, w której byli potępiani, często za to, że robili wszystko, co mogli, widocznie i tak za mało, aby zadowolić pazernych ludzi.
   Idąc przez ulice świata ludzi, naprawdę obleciał mnie strach. Bałem się, ale ciekawość wzięła górę, dlatego postanowiłem przyjść do tego nieznanego dla mnie miejsca. I chyba się zawiodłem.
   Pomijając fakt, że będąc, na razie, słabym bogiem cały czas byłem narażony na ataki akum, co psuło cały nastrój… Tu było brudno. Smród spalin szczypał mnie w nos, na trawnikach znajdowały się odchody ludzkich pupili, a i papierki nie znajdowały się w koszu, tylko na chodnikach. Czy im było przyjemnie żyć w tym na co dzień? A może po prostu trafiłem w takie okolice?
   Niewiele się zastanawiając, wróciłem do naszego wymiaru. Bezpiecznego wymiaru.
   Tu było inaczej. Czułem tę magiczną atmosferę, te zapachy… i widok tak zróżnicowanych stworzeń. Minął mnie właśnie chłopiec z rogami i krowim ogonem, dziewczyna przypominająca kota i… wiele innych. Wszystko wydawało się takie zachwycające!
   Oparłem się o ścianę jednego z budynków, chciałem przyjrzeć się, w jaki sposób zachowują się mieszkańcy Kami.
   A robili to, co zwykli ludzie. Nie było w tym nic ciekawego, dlatego ruszyłem do swojej świątyni.
Po drodze starałem się zapamiętywać ulice, budynki, może nawet bardziej rozpoznawalne bóstwa. W razie problemów chyba mogłem prosić ich o pomoc.
   Czy byliśmy rodziną, ponieważ pochodzimy od jednego stwórcy?
   Zboczyłem nieco z trasy, zaciekawiony tym, co znajdowało się za przedmieściami. Narzuciłem sobie szybkie tempo, dlatego w stosunkowo krótkim czasie mogłem już obserwować urodzajne pola i sady. Powietrze w tych okolicach było… Inne — odświeżające. Parłem dalej, ignorując, powoli zapadającą noc.
   Daleko na niebie pojawiła się pierwsza gwiazda, której nazwy nigdy nie mogłem zapamiętać. Wyglądała, jakby sprawdzała bezpieczeństwo okolicy, zanim jej przyjaciele rozgoszczą się na ciemnym niebie.
   Dotarłem do lasów, które ominąłem szerokim łukiem, nie chcąc się pakować w kłopoty z żyjącymi tam stworzeniami. Zamiast przedzierać się przez gąszcz w poszukiwaniu pasożytów, wolałem przysiąść na jednym z pagórków, które pojawiały się w moim polu widzenia.
   Usiadłem wśród gęstej i ciemnozielonej trawy. Była przydługa, ale dało się to znieść — a w dodatku ślicznie pachniała.  
   Wbiłem zmęczony wzrok w las, przyglądając się drzewom i krzewom, tańczącym, jak im wiatr zagra. Wziąłem głęboki oddech, ciesząc się, że mam szczęście egzystować w tak wspaniałym środowisku. Dreszcze przyjemności przechodziły mnie raz po raz, aż do momentu, kiedy usłyszałem czyjeś kroki. Obróciłem się w stronę cichych dźwięków, zastygłem w bezruchu i przyglądałem się nadchodzącej postaci. W ciemności nie dostrzegałem niczego szczególnego. Nic. Ani koloru ubrań, ani choćby dokładniejszych rys sylwetki, podpowiadających płeć wędrowca.
   Milczałem napełniony niepokojem. Co jeśli idzie na spotkanie komuś innemu, a ja będę przeszkadzał?
   Rozejrzałem się dokładnie, szukając choćby śladów kogoś innego. Takowych nie znalazłem.
   Postanowiłem więc poczekać, aby chociaż się przywitać.
   Ręce delikatnie mi drżały z zimna. Koszula nie była najlepszym wyborem na taką wyprawę.
   Przechodzień chyba mnie zauważył. Stanął i kierował wzrok w moim kierunku. Wyciągnął rękę i podrapał się po karku, wyrażając tym samym swoje zakłopotanie.
   Obaj byliśmy sobą zaskoczeni.
  Dlatego wstałem, postanawiając nie przeszkadzać obcemu, podążyłem trasą, którą mnie tu przywiało.

<Ktosiu?>
Liczba słów: 1060