sobota, 12 stycznia 2019

Od Aorine DO Kurushimi'ego " Ból dawnych dni "

Ludzie żyją cały czas w błędnym przypuszczeniu, że Boskie życie jest pozbawione wszelkich zmartwień, czy bólu. Myślą, że wszystko jest idealne , jesteśmy piękni, mądrzy, nieśmiertelni, że po prostu jesteśmy i żyjemy dzięki im wierzeniom. Niby z jakiejś strony jest to prawdą, jednak posiadamy uczucia, które mogą nam przysparzać nie jednego problemu w naszej pracy. Poczucie żalu, straty, którego nie potrafimy od tak zignorować w ważnych momentach, takich jak spełnianie próśb ludzi. Najmniejszy błąd mógł kosztować naprawdę wiele, a właśnie unikanie takich rzeczy było naszą pracą. Akumy, Ayakashi, jak zwał tak zwał te paskudne stwory tylko czekają na okazje , by uczepić się niewinnych i powoli wykańczać ich. Normalnie jak pasożyty, lecz w tym wypadku one są po prostu zbędne.
Boże...proszę. Naprawdę już nie wiem, czy to był dobry pomysł. Zaprosiłem ją na spacer , do parku, lecz boje się, że nie przyjdzie. Mam jednak nadzieje, że to moje urojenia i nie potrzebne obawy, dlatego proszę.. niech przyjdzie. Nie chce znów czuć się odrzuconym. 
Nadzieja... niby złudna, a jednak prawdziwa. Posiadałem nawet drobną moc, która pozwalała mi spełniać różne pragnienia kosztem moich sił, jednak nawet i to czasami nie pomagało. Po prostu, czasami byłem za słaby chyba. Niby teraz dostałem prostą modlitwę... nawet ta boska zdolność nie była warta użytku. Wystarczyło, że podszedłem do owej dziewczyny z modlitwy, nieco ją zagadałem, by poszła w stronę parku, a następnie wycofałem się, by kompletnie o mnie zapomniała. Szkoda, że w boskim życiu nie jest tak łatwo zapomnieć.
- Więc... szczęścia moi mili, ale więcej nie mogę zrobić - Uśmiechnąłem się lekko pod nosem widząc, jak blondynka siada obok tamtego chłopaka. Miałem wrażenie, że spiął się jeszcze bardziej niż wtedy, gdy na nią czekał . Młodzi i ich zapotrzebowanie miłości.
Pokręciłem lekko głową i zawróciłem w swoją stronę poprawiając rękawy bardziej ziemskiego ubrania. Czasami musiałem odpuszczać swoje klasyczne odzienie, gdyż no... rozmowa ze zwykłymi ludźmi w takim stroju może być nieco dziwne. Nie miałem już więcej spraw w tym świecie, więc spokojnym krokiem udałem się w stronę miejsca ska mogłem się bezproblemowo przenieść do wymiaru Kami.
Musiałem Kupić ryż....
I posprzątać....
Zgarnąć śnieg z tarasu....
I ... kupić jeszcze więcej ryżu.
Tak...to był plan idealny jak dla mnie. Szafki miałem już prawię puste, więc przydałoby się zrobić spory zapas tego białego złota. Szkoda tylko, że ostatnimi czasu wróciłem do całkowitej duety ryżowej, co widać zapewne po mojej wadze, czy humorze. Wcześniej sprawiało mi to radość, mogłem się nim objadać godzinami i w ten sposób znikał cały tygodniowy zapas, a teraz? Nie miałem po prostu na niego ochoty, choć tak czy siak go kochałem. Tak samo jak jego... choć nie mogłem sobie przypomnieć ani imienia, ani twarzy. Pamiętałem jedynie to, że istniał, że był piękną czerwoną kataną, a jego oczy oddawały cały jego charakter. I tyle... tylko te drobne przebłyski pamięci zostawił mi stwórca bym nie cierpiał, a i tak zapomniał o paru rzeczach.
Westchnąłem zrezygnowany nie zdając sobie sprawy jak szybko znalazłem się w swoim świecie i wszedłem na przedmieścia. Minąłem zaśnieżony park, kwiaciarnię kobiety youkai w podeszłym wieku, która jeszcze niedawno ciężko pracowała by otworzyć własny lokal zamiast cały czas taszczyć drewniany wózeczek. Pamiętam, dobrze jak przychodziłem do niej przez jakiś czas zostawiając napiwki, by spełniła swoje marzenie. Tak...to były dobre czasy. Obok kwiaciarni znajdował się na szczęście sklep , więc nie musiałem wchodzić za bardzo w miasto, by kupić to czego potrzebowałem. Jakieś warzywa, ryż, herbata... wszystko co potrzebowałem do normalnego życia, by przez przypadek się nie zaniedbać pod tym względem. Chociaż... i tak miałem zaszczyt już kilkakrotnie gościć w moich progach samego stwórce, który proponował mi nowych chowańców. Za każdym razem mu odmawiałem, gdyż nie potrzebowałem ich. Ostatnio nawet nie miałem zbytniego kontaktu z akumami, więc nie musiałem z nimi również walczyć. Nie były również zagrożeniem dla mojego zdrowia. Pewnie po powrocie do świątyni również go zastane.. miałem jakieś dziwne przeczucie, że znowu znalazł kogoś "w moim guście i na pewno się z nim dogadam". Nie...nie dogadam. Moje przeczucia się nie myliły z resztą tak bardzo. Przekroczyłem próg mojego domu, by zaraz dostrzec jasną sylwetkę, którą nigdy nie potrafiłem jakoś dokładniej opisać. Po prostu męskie ciało stworzone z lekkiego światła. Żadnych rys ani niczego charakterystycznego.
Westchnąłem cicho pod nosem i ruszyłem do kuchni, by rozpakować tam wcześniej zrobione zakupy.
- Witaj stwórco, i wybacz, że wyprzedzę twoją ofertę, ale nie... naprawdę nie chce chowańca. - Mruknąłem cicho nie spoglądając nawet na Boga. Nie chciałem jakoś tracić czasu na kolejną bezsensowną próbę namówienia mnie.
- Dzisiaj przychodzę nie w tej sprawie Nadziejo - Kątem oka dostrzegłem jego ruch. Zbliżył się w moją stronę, przez co przeszły mnie lekkie ciarki. Był jak prawdziwy duch... wolałbym jednak, by miał jakąś twarz.
- W takim razie, czym zawdzięczam tą kolejną niespodziewaną  wizytę?
- Rozumiem, że każda moja oferta spotka się z natychmiastową odmową, dlatego proponuje inne rozwiązanie. - Spojrzałem na niego w tym momencie nie bardzo rozumiejąc o co może mu chodzić. Inne rozwiązanie? Da mi w końcu spokój? Zrozumie, że dam sobie rade sam? Nie no... nawet ja w to nie wierze chociażby w najmniejszym stopniu. - Jakiś czas temu pojawiło się tutaj nowe bóstwo. Myślę, że mógłbyś mu pomóc w przełamaniu pewnego...muru, który sprawia problemy zarówno mu, jak i innym istnieniom. Do tego myślę, że nauczyłby cię czegoś ważnego.
- Nauczył? Mnie? - Ta rozmowa wydawała mi się coraz bardziej bez sensu. Że niby czemu miałbym mu pomóc? Jestem bóstwem nadziei, a nie jakimś kimś, do przełamania murów. O co mu w ogóle tu chodziło?
- Zgadza się. Udaj się do niego i porozmawiaj. Możecie mieć więcej wspólnego niż ci się wydaje - Po tych słowach stwórca zniknął zostawiając mnie w kompletnej niewiedzy. Zaczynałem nawet podejrzewać, że on lubi robić mi na złość skoro niczego mi nie wytłumaczył, a adres sam pojawił mi się w głowie. No świetnie... nawet nie czekał na moje dalsze słowa, jakby z góry założył, że jednak się przełamie i do niego pójdę. Pewnie... zrobiłbym to... tylko przez zwykłą dobroć serca i ciekawość. To nic więcej nie znaczyło, a tym bardziej, że możemy być do siebie podobni.
Dokończyłem tylko rozpakowywanie siatek i poszedłem pod wskazany adres. Szczerze... musiałem pytać się trzy razy, by w końcu trafić na świątynie dość oddaloną od miast, czy nawet domków wiejskich. Pusto... po prostu pustkowie dookoła. A myślałem, że Kiyuki mieszka na kompletnym odludziu, ale najwidoczniej się myliłem.
- Um.. halo? Jest tu ktoś? - Nie widząc nikogo na zewnątrz podszedłem bliżej rozglądając się przy okazji. Musiałem przyznać, że... nie było tutaj źle. - Przyszedłem tu na zlecenie ojca.... podobno mam ci pomóc...czy coś? - Naprawdę nie byłem pewien swoich słów. Nadal ta sytuacja wydawała mi się podejrzana i całkowicie bez sensu.

<Kuruś? >

1093 słów ;w; 

niedziela, 6 stycznia 2019

Od Asami Cd. Hibikiego "Dzienniki życia ziemskiego"


Przyglądałam się jak w obrazek. Hibiki z pasją i zaangażowaniem przejął się młodzikiem, jaki widocznie popadł w ogromne kłopoty... W jego sercu... Czułam, że nie zaznał matczynej miłości... Pokochał, ale został odrzucony i to w jak okropny sposób. Mimo lekkiego strachu po wcześniejszych wydarzeniach, ucałowałam czoło narkomana, po czym uśmiechnęłam się do Hibisia, unosząc głowę do góry.
- Hibiki... Pomożemy mu, dobrze? Tylko... Musimy znaleźć ciepłe, puste miejsce... Potem go przebierzemy, umyjemy i położymy w spokoju, cieple. Zasługuje na miłość i uczucie... Nie zaznał go, biedny chłopiec... - szepnęła z głosem pełnym delikatności.
Złapałam zwisającą, trupobladą, kościstą dłoń i trzymałam ją chwilę. Potem ułożyłam ją na ciele młodzieńca. Wyszłam z moją bronią z okropnego budynku, rozglądając się za czymś, gdzie będzie cieplej, a chłopaczyna będzie bezpieczny. Po chwili wskazałam na hotelik. Gdzieś miałam jeny, na pewno będę mogła nimi zapłacić za kilka noclegów dla chłopca. Ruszyliśmy tam.
- Hibiki... Musimy mu pomóc, dobrze? Wykupię tutaj nocleg... Na kilka dni, aby tylko chłopiec wyzdrowiał. Potem zaprowadzimy go... D-Do... - szepnęłam ciężko. - Nie chcę, aby trafił do domu dziecka... Nie możemy go zabrać do Kami... - poczułam łzy w oczach.
Przecież dobrze znałam prośby moich wyznawców... Prosili mnie tak wiele razy, abym dała im możliwość zaznania matczynej miłości, że nie chcą być w miejscu, gdzie wszystkie sieroty płaczą za rodzicami, że chcą się przytulić do mamy, że brakuje im kochanego ojca, że nie mają możliwości poznania rodzeństwa, choć bardzo chcą... Nie wiedziałam, jak inaczej mogłabym pomagać, więc zastępowałam miłość rodziców, miłością międzypłciową lub też inną. Nie chciałam, aby się na mnie zawiedli. Ubolewając, głośno płacząc, spojrzałam na Hibikiego, spojrzeniem posyłając mu prośbę o pomoc.
- Proszę... Spróbujmy mu pomóc... Potem... Potem sprawdzimy co możemy zrobić, aby nie był sam i nie cierpiał. - szepnęłam, uśmiechając się blado i z trudem.
Zawitaliśmy do hotelu. Jak bardzo się ucieszyłam, kiedy powiedziano mi, że dzisiaj wykupywanie noclegów było o wiele tańsze. Mogliśmy zostać tutaj na dłużej. Oczywiście, nie wydałam wszystkiego na nocleg. Trzeba będzie kupić ubrania, jedzenie... Gdyby zaistniała potrzeba, byłam gotowa żebrać. Teraz czułam się odpowiedzialna za chłopca. Wzięłam klucz, idąc z Hibikim do pokoju. Kiedy otworzyłam drzwi, ujrzałam dwa łóżka, małą szafę oraz łazienkę i mini kuchnię. Kiwnęłam głową, wskazując na łóżko.
- Połóż go Hibiki... - szepnęłam, po czym kiedy chłopak został ułożony, otworzył lekko zmęczone, obolałe powieki.
Błękitno-szare oczy z rozkojarzeniem przyglądały się miejscu, a potem ulokowały się we mnie. Zaczął płakać. Biedny... Usiadłam przy nim i mocno go przytuliłam, chyba tego własnie potrzebował.
- No już... Nie płacz, jest dobrze... Zajmiemy się tobą... - szepnęłam. - Jak się nazywasz...? - zapytałam go.
- Kishimura... - wydukał z płaczem, więc pogładziłam go po pleckach.
- Kishi-chan... Jestem Asami, a ten pan to Hibiki. Uratowaliśmy ciebie i teraz się tobą zajmiemy. Już nigdy nie będziesz sam, kochanie. - powiedziałam delikatnie, a chłopak widocznie wzruszony, spojrzał na mnie. - Jak będzie ci lepiej, mów do nas jak chcesz... Nie będziemy źli, Kishi-chan...
Młody narkoman spojrzał na nas, po czym uśmiechnął się. Jakiż on był uroczy... Te ukazanie szczerego uśmiechu podniosło mnie na duchu. Wiedziałam, że teraz jest mu lepiej...
- Mama i tata. - powiedział szybko.
Wiedziałam, że tak nas nazwie... Uśmiechnęłam się delikatnie do dzieciaka, wyglądał tak potulnie i niewinnie, kiedy... Kiedy nie był pod wpływem tego świństwa. Spojrzałam na niego i lekko pogłaskałam jego głowę.
- Dobrze, będziemy mama i tata... - szepnęła. - Wygodnie ci? Zaraz pójdziesz się umyć, potem zrobię ci coś do zjedzenia... Pan w recepcji powiedział, że w lodówce jest jakaś puszka z zupa. - powiedziałam cichutko.
Podniosłam się, podając chłopaczynce dłoń, a ten skorzystał z niej. Wstał z moja pomocą, przeciągając się, a potem pochwycił się mnie. Pogładziłam ramię dziecka i poprowadziłam go do łazienki. Tam usiadłam, patrząc na niego.
- Chcesz umyć się sam, czy z mamusia lub tatusiem? - zapytałam.

<Kochany chłopczyk <3 >
Ilość słów: 614

sobota, 5 stycznia 2019

Od Hibikiego Cd. Asami "Dzienniki życia ziemskiego"


Delikatne, drobne dłonie bogini po raz kolejny przyłożyły zimny kompres do czoła narkomana. Ona…. Jest taka dobra… Taka piękna…
Co ty gadasz Hibiki! Nie wolno tak myśleć o swojej Pani! Zamknij się mózgu!
Potrząsnąłem gwałtownie głową odrzucając niechciane myśli. Co się ze mna działo? Miałem wrażenie, że tracę kompletnie władzę nad ciałem i umysłem. To takie… dezorientujące? Dawno już nie miałem tak, że co chwile musiałem przywołać się do porządku i nie pozwalać myślom na bezwładne unoszenie się po bezmiarze oceanów mojego mózgu. Zdecydowanie działo się coś dziwnego. Coś czego nigdy przedtem nie doświadczyłem.

- Chcesz mi pomóc, Hibiki? - cichy głos bogini wybił mnie z otępienia- Tylko rób wszystko najciszej jak umiesz... Uspokoił się. Jak mu pomożemy, wrócimy do domu... - błękitne jak niezapominajki oczy wbiły się w moje, pomarańczowo złote. Po chwili jej twarz rozjaśnił nieśmiały uśmiech, a policzki pokryły się czerwienią. Prędko też spuściła wzrok ponownie zwracając całą uwagę na narkomana.

Do twarzy w jej rumieńcach.

Zawstydzony własnymi myślami zagryzłem wargę, a następnie bezszelestnie przysunąłem się do Asami by w razie potrzeby służyć jej pomocą.
Wpierw trzeba było z pewnością wykąpać i osuszyć chłopaka. Tu jednak nie mieliśmy odpowiednich warunków. Dlatego też jedną rękę wsunąłem pod plecy, a drugą pod zgięte kolana, nieprzytomnego od wysokiej gorączki narkomana.

- Trzeba go zabrać w czystsze i bezpieczniejsze miejsce, Pani. Tu prędko zginie - oceniłem lustrując wzrokiem sylwetkę trzymanej przeze mnie postaci. Wystające żebra wbijały się w moje ciało. Głębokie cienie pod oczami, chorobliwie sina skóra i wystające kości policzkowe, nadawały mu wygląd trupa. Mógł mieć najwyżej czternaście lat.

W moim sercu coś drgnęło. Poczułem się momentalnie związany z tym chłopcem, który tak wiele przecierpiał przez okrutny świat. Miałem poczucie, że sam kiedyś tego doświadczyłem i czułem, że trzeba pomóc temu chłopcu i to jak najprędzej. Nim będzie zbyt późno. Przycisnąłem delikatnie wątłe ciało do piersi. To jest tak zwany instynkt macierzyński wersja męska? Serce zabiło mi jeszcze mocniej. Tak jakby chciało otrząsnąć się z kurzu. Pod którym ukryło się trwając nieruchomo przez tyle lat.

< Adoptujemy go? *oczy szczeniaka* >

330 słów 

piątek, 4 stycznia 2019

Od Victorii CD Mikleo i Tarou "Spotkanie Trojga"


Gdy tylko usłyszałam o pomyśle Toru, który bez powiadomienia mnie zaprosił tego psa do domu, będący moim, tylko i wyłącznie moim domem do cholery!
Szlag mnie zaczął trafiać. Może bożek chce mnie zirytować jeszcze bardziej niż ostatnio. Świetnie mu to wychodzi, mam nadzieję, że jest z siebie dumny.
Kiedy ten kręcił się w kuchni, ja leżałam na kanapie w czarnej bokserce, która kończyła się przed brzuchem, oraz w krótkich spodenkach koloru białego. Z irytacji i kumulacji tego, co się właśnie dzieje, podrzucałam gumową piłeczką i ją łapałam pownowie, czasami też odbijałam od ściany.
Chcą złapać już lecący do mnie przedmiot, został on bezczelnie zatrzymany.
- Możesz zachowywać się normalnie? - warknął niezadowolony.
- Powiedział to ten, co ugania się za psem. Jeśli jesteś taki hej do przodu to może następnym razem zaproś go do świątyni.. - byłam wkurzona, ale starałam się nie krzyczeć, bo aktualnie nie miało to większego sensu.
Toru, wrócił do szykowania jakże przypalonej jajecznicy. Co za dzban.
- Vici, otwórz - powiedział z kuchni.
- Co ja jestem, pies? Sam sobie otwórz, ja mam lepsze rzeczy do roboty niż otwieranie drzwi człowiekowi, którego nie znam. To nie ja w końcu zapraszałam go na śniadanie.
Slyszałam doskonale, jak ten klnie pod nosem, gdy wypowiedziałam te słowa.
Pan parasolka, przywitał się z nim, a następnie zaprosił do środka. Kazał mu się czuć jak u siebie i inne bzdury, które mówi się gościom.
- Vici, choć coś zjeść - rzekł tylko i wyłącznie z czystej grzeczności.
- Podziękuję, nie mam ochoty na spaloną jajecznice... - rzekłam odbijając piłkę dalej, ale zauwarzyłam, że oczy chłopaka wędrowały za gumowym przedmiotem, więc przestałam.
- Idę coś zjeść.. - rzekłam ozięble i w drzwiach przemieniłam się w lisa, aby pognać zjeść jakąś sarnine czy inne chodzące tu cholerstwa.
Biegłam tak daleko, że w końcu nie wiedziałam co ze sobą zrobić, wszystko dla mnie bylo tutaj inne, nowe. Natrafiłam na dom, który również jak mój był oddalony od tłumów.
Nagle z niego ktoś wyszedł, była to zakapturzona postać, ale podchodząc bliżej zauważyłam jego twarz, po czym rzuciłam się na tego człowieka.
- Fenek... co ty tu robisz? - mężczyzna leżał pod ciężarem demona, więc po chwili wróciłam do swojej formy.
- Black.. to ja powinienem zadać tobie to pytanie..
- Byłam pierwsza, więc słucham.. - po tych słowach Phoenix zaprosilł mnie do domku na chociażby głupią kawę i papierosa.
Opowiadaliśmy sobie o wszystkim, dlaczego tutaj jesteśmy, co się właściwie stało. Uwielbiałam chłopaka, w sensie jego walki, zawsze siedziałam w pierwszym rzędzie i tak zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. W ten sposób zdobyłam najlepazego kumpla.
***
Wychodząc z domu Fenka, zabrałam jego bluzę, która mi była trochę duża, ale przynajmniej było w niej ciepło, bo kto mądry zimą wychodzi w krótkich spodenkach i koszulce? Tak, tylko ja.
Zaciągając kaptur, ruszyłam dość szybko w stronę swojego lokum, w którym było ciepło.
Wchodząc do mieszkania, od razu udałam się do kuchni aby zrobić sobie coś ciepłego, aby się rozgrzać.
- Skąd masz tą bluzę? - no proszę, widzę, że to mu nie umknęło.
- Nie twój interes - warknęłam niezadowolona i zalałam sobie kubek, w którym był sok malinowy. Złapałam go w ręce, po czym udałam się do salonu.
Słysząc za sobą kroki, myślałam, że zaraz mnie coś trafi.
- Masz gościa, zajmij się nim a mi daj w końcu, kurwa spokój! - krzyknęłam nim ten się odezwał.
Nic nue odpowiedział na to, poszedł tam. Poszedł do tego chłopaka i zaczęli rozmawiać o czymś chyba zabawnym, bo się śmiali, ogólnie wyglądali jak by się znali z trzy lata, a nie kilka godzin.
Wkurwiona klnęłam pod nosem jak szewc, wkurwiała mnie cała ta sytuacja.
***
Jakiś czas później chłopak wyszedł, a Toru przyszedł do mnie, usadawiając się obok.
- O co ci chodzi? - zapytał patrząc na mnie.
- O co? Ha ha, proszę cię nie bądź głupi, cieszysz się jak dziecko kiedy widzisz tego chłopaka, może kurwa znikne? Odczynimy jakoś więzy chowańca, bo widzę, że ty masz większą ochotę na niego, niż na mnie. Wolisz mnieć psa, niż kitsune!
- Czy.. czy ty jesteś zazdrosna? - w tej chwili się zaśmiał, a mnie trafił szlag, więc odkładając kubek z resztką napoju, wymalowałam mu piękną listwę z pazurami.
- Nie jestem zazdrosna, po prostu mnue ostatnio wkurwiasz i nie, nie przekupisz mnie paczką fajek! Tak tania nie jestem!
Możesz wypierdalać do świątyni, ja mam ciebie dość w moim domu! - krzykłam.
- Tak stawiasz sprawę?! Jesteś nic nie wartym tchórzem! Boisz się zmian, masz beznadziejne moce i ogólnie się do niczego nie nadajesz! - na te słowa zakrył sobie dłonią usta, a me oczy zaczęły robić się szkliste. Powoli przestawałam widzieć wyraźnie świat.
- V..Vici.. - usłyszałam i zobaczyłam jego zbliżającą się do mojej twarzy dłoń, którą odgoniłam uciekłam, po drodze krzycząc, że go nienawidzę.
Biegłam w niewiadomą mi stronę, nie widziałam praktycznie niczego. Wiem, że wpadłam na tego psiego chłopaka po drodzę, bo jego zapachu nie da się zapomnieć.
Biegnąc dalej powoli traciłam siły, przemieniłam się, biegnąc dalej.
W końcu się zatrzymałam przy domu, nie wiem co to za dom, ale oparta o ścianę zaczęłam płakać, przed oczami zrobiło mi się ciemno, a ostatnie co pamiętam to moje imię, ale z ust kogoś innego niż Toru...
830
Mikleo?

środa, 2 stycznia 2019

Od Tarou Cd Mikleo i Viktorii "Spotkanie Trojga"


Poszedłem w alejkę, do której udałą się Viki. Mimo że padał deszcz, ale miałem to gdzieś. Zwłaszcza że była ona w krótkich spodenkach. Znalazłem ją siedzącą na murku i palącą papierosa. Widać było, że to już czwarty po resztkach, które leżały na ziemi. Podszedłem do niej.
-Viki…
-Daj mi spokój. Nie chce cię znać. Zawsze mam tylko przez ciebie kłopoty i masz mnie gdzieś.
-To nie prawda. Mnie naprawdę zależy, byś była szczęśliwa.
Ta wstała i podeszła do mnie. Spojrzała się na mnie i zaczęła okładać mnie po piersi, rękami zwiniętymi w pięści.
-Nie chce cię znać. Czemu ciągle mi to robisz? -Krzyczała i była bliska płaczu.
Chwyciłem ją i przytuliłem. Cała drżała z zimna. Powoli się uspokajała.
-Chodź, wracajmy, bo się przeziębisz. -Okryłem ją moją bluzą i poszliśmy w stronę domu. Przechodząc koło sterty desek, zauważyłem chłopaka, który się nam przyglądał, więc pomachałem mu i poszliśmy dalej.
~~~~~~
Po dotarciu do domu usadziłem chowańca na kanapie i poszedłem do łazienki, nalewając wody do wanny i biorąc ręcznik i szlafrok ze sobą. Podszedłem do niej i jej podałem rzeczy. Ta nic nie mówiła, tylko wzięła te rzeczy ode mnie i udała się do ciepłej wody. Ja natomiast udałem się do kuchni i przyrządziłem coś do jedzenia. Po 40 minutach dziewczyna wyszła i usiadła, dalej bez słowa, przy stole.
-Viki… Przepraszam cię. Wiem, że trochę przesadziłem. Nie powinienem cię tam wysyłać, a potem tam iść, żeby sprawdzić, czy wszystko dobrze. Znam cię i po prostu wiem, że bywasz wybuchowa i chciałem zobaczyć czy wszystko dobrze.
Po wysłuchaniu mnie i przełknięciu jedzenia powiedziała cicho.
-Czemu kazałeś mi tam iść ?
Usiadłem obok niej.
-Widzisz, sam tego nie wiem. Może po prostu z głupoty albo jestem idiotą, ale w tym chłopaku jest coś, co przypomina mi ciebie. I widzę w nim też cząstkę siebie. Wydaje się szczęśliwy, ale widzę, że jest mu ciężko. Zrozum... Zrobiłem to z dobroci, ale to, że dla niego jestem dobry nie znaczy, że dla ciebie nie będę, ale muszę też z nim porozmawiać i w ogóle.
Sięgnąłem do kieszeni i podałem jej paczkę fajek oraz mały wisiorek z czaszką.
-Pasuje ci.
Ta się uśmiechnęła i po krótkiej rozmowie udała się spać. Ja natomiast posprzątałem po jedzeniu i udałem się w jedno miejsce.
~~~~~~
Zapukałem do drzwi, które otworzył mi od razu chłopak, którego chciałem zobaczyć.
-O co… chodzi ? -Zapytał, lekko ściszając głos.
-Więc chciałbym cię przeprosić i zaprosić jutro do mnie i Viki na śniadanie. Nie chce byś się mnie, czy jej bał i chce ci pomóc. Nie znam dalej twojego imienia, ale poznamy się jutro, o ile przyjdziesz.
Chciał coś powiedzieć, możliwe, że się przedstawić, ale mu przerwałem mu, dając kartkę z adresem i wróciłem do domu. Po czym udałem się na spoczynek.
~~~~~~
Od rana krzątałem się po kuchni, robiąc cokolwiek zjadliwego. Viki była średnio zadowolona, że go zaprosiłem, ale dałem jej paczkę fajek i od razu była bardziej potulna.


<Viki?>

 482 słów

wtorek, 1 stycznia 2019

Od Natsumi cd. Makoto "Biedny piesek"


- Niech sobie myśli, co tylko chce. - Natsumi machnęła lekceważąco ręką na zmartwione słowa Makoto. - Prędzej czy później ktoś wyprowadzi go z błędu. Albo zapomni o całej sprawie. Kto tam wie. Medycy spotykają się z przeróżnymi sytuacjami, ta raczej nie powinna go zdziwić. - Zawiesiła się na chwilę. - A jeśli zgłosi to, dajmy na przykład, do Najwyższego to sprawa rozwiąże się w try miga. - Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się, co nie do końca pasowało do jej delikatnie agresywniejszych słów na temat stworzyciela.
Niebieskooka myślami przeskoczyła jednak znowu na ubrania. Stara yukata? Z reguły szybko pozbywała się ciuchów, które już nie nadawały się do noszenia na co dzień. Po co miały zajmować miejsce skoro nie były potrzebne? Kompletnie bez sensu. Gdyby była pod tym względem chomikiem jej świątynia od dawna tonęłaby w nawałach ubrań albo miałaby dobudowane piętro specjalnie dla ich zbierania. Niby coś mogło uchować się na dnie szafy, w której od jakiegoś miesiąca nie robiła porządków ale... Dobra, poszuka, sprawdzi, może będzie, skoro czarnowłosy tak nalegał.
- Niech tak będzie. Coś powinnam znaleźć -  podsumowała krótko kładąc dłonie na biodrach i ledwo powstrzymując chęć ziewnięcia. - Jak wrócę z medykiem to poszukam. - Podniosła się z podłogi i nagle wycelowała palcem w stronę chłopca. - Ale jeśli nic nie znajdę to uszyjemy ci nowe.
Nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć kobieta opuściła pokój a następnie świątynię. Medyk mieszkał dość blisko, ale i tak wolała załatwić wszelkie formalności z nim jak najszybciej. Tak by nie błąkał się po jej domu dziesiątki razy, było to całkowicie zbędne. Po pierwszej wizycie nieszczególnie za nim przepadała.
***
- To ja was zostawię samych, co by nasz nieśmiały chłopiec na spokojnie wygrzebał się z kokonu - odezwała się, gdy wróciła w towarzystwie starszego chowańca do siebie i odprowadziła go do pokoju, w którym aktualnie był Makoto. Gdy zamykała drzwi zdążyła jeszcze puścić oczko do małego Inugamiego i powędrowała do swojej sypialni w celu przeszukania swojej garderoby.
A gdyby tak udawać, że nic nie znalazła? Natsumi uniosła brew na tę myśl i ziewnęła przeciągle. Nie, chyba już wystarczająco zakłopotała swojego gościa, chociaż dalej do końca nie rozumiała dlaczego tak bardzo nie chciał skorzystać z oferowanej pomocy.

Marność, wszędzie marność
I nietaktyczne przeskoki w akcji
Liczba słów: 349

Od Nao cd. Higekiego "Chwila ciszy"


Nao skinął głową, gdy Higeki lekko się ukłonił, a na jego słowa zgody rozpromienił się i wstał szybko.
- Cieszę się, że mogłem chociaż trochę pomóc - odpowiedział uprzejmie i przechylił lekko głowę. - Dom jest zawsze otwarty, jeśli będziesz czuł potrzebę rozmowy nie krępuj się, pora dnia nie robi różnicy.
W międzyczasie zielonooki podniósł ze stolika puste już kubki z zamiarem odniesienia ich do kuchni. Myć teraz naczyń raczej nie zamierzał, jak już zaoferował się do odprowadzenia swojego gościa to nie chciał i nie miał zamiaru ich obydwu spowalniać. W końcu nie na tym to polegało. Kultura zobowiązywała, w szczególności nie chciał popełnić błędu przed bóstwem. Sumienie by mu chyba spokoju nie dało.
W mgnieniu oka umieścił więc brudne naczynia w zlewie i wrócił do przedpokoju, gdzie Higeki zakładał geta. Sam rogacz był już gotowy, ciepła pora roku sprawiała, że nie musiał brać ze sobą jakiegoś dodatkowego nakrycia, tunika absolutnie wystarczała. A butów z jasnego powodu nie nosił, wyglądałby w nich przezabawnie, o ile nie spadłyby mu przy pierwszym kroku. Odczekał więc chwilę, aż bóstwo będzie gotowe i otworzył gościowi drzwi.
Mężczyźni wyszli przed dom, Yoshi przymknął tylko drzwi, nigdy ich nie zamykał na klucz. Nie raz zdarzało się, że ktoś przychodził pod jego nieobecność, nie chciał więc by bezczynnie czekano na niego przy wejściu. Stali goście i najbliżsi mieszkańcy wiedzieli, że domostwo jest zawsze otwarte i mogą po prostu wejść i się rozgościć czekając na właściciela. Nikt też jeszcze go nie okradł, nie posiadał nic szczególnie wartościowego, więc nie czuł potrzeby zabezpieczania dobytku.
- Duszenie wszystkich wątpliwości w sobie nie jest dobrym rozwiązaniem - odezwał się nagle chowaniec spojrzawszy kątem oka na Higekiego, gdy powoli szli w stronę centrum miasta. Nie umknęło wcześniej jego uwadze, że ciemnowłosy chciał powiedzieć coś jeszcze, jednak nagle zawiesił się i zamilkł, znów otoczył się trapiącymi go myślami. - I nie nalegam tutaj, abyś opowiadał o tym mi czy innym, kiedy nie chcesz tego robić. Czasami dobrze jest nawet porozmawiać samemu ze sobą, na głos. Myśli brzmią inaczej, gdy się je wypowie, pomaga to nie raz rozjaśnić umysł. 

*chowa się*
Liczba słów: 339