piątek, 17 sierpnia 2018

Od Natsumi cd. Makoto "Biedny piesek"


Natsumi drgnęła, gdy dziecko złapało za skraj jej ubrania i osunęło się na ziemię po wypowiedzeniu jednosłownej prośby o pomoc. Przez ułamek sekundy wpatrywała się w nie zaszokowana do granic możliwości, jej wzrok w szczególności skupił się na zakrwawionych ubraniach i ranach, którymi naznaczone było całe ciało. Tak, tego zdecydowanie nie przewidziała. Poruszyła się znowu, gdy w okolicy usłyszała dziwaczne powarkiwania. Akumy musiały wyczuć krew chowańca, mieli coraz mniej czasu. Nie żeby od momentu przyuważenia inugamiego miała go wiele.
Puściła swoją laskę pozwalając jej swobodnie unosić się w powietrzu, upewniła się tylko, że znajduje się w zasięgu ręki. Przykucnęła przy chłopcu i ostrożnie go podniosła. Jęknął cicho, jednak nie obudził się, niebieskooka była tylko pewna, że brak motyla skazał go na sen niezbyt mocny. Nie zdziwiłaby się, gdyby pomimo nieprzytomności odczuwał wszystko, co wokół niego się dzieje. Na to jednak nie mogła nic poradzić, wolała nie podsuwać mu snów. Jeszcze pogorszyłaby sytuację i stałaby się odpowiedzialna za cudzą śmierć.
Upewniwszy się, że czarnowłosy nie wysunie się nagle z jej rąk usiadła na swojej lasce i wzbiła się w niebo. Portal do Kami znajdował się w sąsiadującym z miastem lesie, więc niewiele myśląc udała się tam przy okazji zastanawiając się, co dokładniej powinna począć. Po pierwsze, nie znała się na medycynie, potrzebowała więc jak najszybciej odnaleźć lekarza. Po drugie... nic nie wiedziała o rannym. Z jej obserwacji wynikało, że ludzie, w takim przypadku, kontaktowali się z lekarzami i podawali informacje na temat poszkodowanego. Chociaż... W Kami pewnie działało to inaczej. Czy w takim razie powinna wykreślić drugi problem? 
Delikatnie przyłożyła dłoń do czoła chłopca. Był rozpalony, a jego pierś unosiła się nierównomiernie. Dziecko, kto posyła dzieci na walki z akumami, parsknęła w myślach i pokręciła głową. Przecież nie miały one jakichkolwiek szans w walce z wielokrotnie od nich większymi potworami. Czy Najwyższemu już do końca wyłączyło się współczucie? Żeby wyniszczać dziecko po jego śmierci, ha, szczyt wszystkiego. Te istotki jako jedyne potrafiły okazać dobroć, jeśli tylko ich dusze nie zostały skażone czynami i naukami dorosłych. Czym mogły sobie zasłużyć na zostanie podwładnym bóstw. Czy zrobiły coś niedopuszczalnego, że dostały rozkaz walki z akumami? Ha! Niech tylko ten stary buc znowu ją odwiedzi, osobiście zrobi mu kazanie. Niech tylko upewni się, że małemu nic nie grozi.
~*~ 
O dziwo wszystko przebiegło łatwiej niż z początku zakładała. Pośpiesznie wróciła do swojej świątyni i tam w jednym z pokoi zostawiła na chwilę dalej nieprzytomnego chowańca. Bez problemu odnalazła medyka, a ten, pomimo później pory, zgodził się zająć rannym. Kobieta zostawiła go w pokoju samego, gdy tylko zapewniła mu wszystko, o co poprosił. Odnosiła wrażenie, że nie dałaby rady przyglądać się zaszywaniu i oczyszczaniu ran. Wzięła więc na siebie obowiązek zajęcia się ubraniami, czy może raczej, podartymi łachmanami inugamiego. Były one sporo za duże na tak małe dziecko, jednak teraz to nie miało już znaczenia. Nadawały się tylko na śmietnik, choćby i rok spędziła przy maszynie do szycia nie dałaby rady ich zszyć. Jednocześnie nie wiedziała czy na pewno powinna to zrobić, nie miała w świątyni chłopięcych ubrań, swoich też raczej mu nie da. Czy powinna zaproponować mu uszycie nowych, jak się obudzi? Gdy będzie przytomny łatwiej będzie pobrać wymiary, a materiałów na pewno starczy.
Podjęła w końcu decyzję i wyrzuciła zakrwawione ubrania a następnie zajęła się sobą. Noszenie malca poskutkowało ubrudzeniem jej własnych ubrań, więc uciekła do łazienki w celu zmycia krwi, po drodze zgarnęła z szafy czyste, długie kimono. Nie spędziła tam dużo czasu. Choć chciała, nie mogła na to pozwolić dopóki ktoś był w jej domu. Mogła marzyć o ciepłej kąpieli, ale nie chciała, by lekarz zwiedził świątynię tylko dlatego, że nie mógł jej znaleźć. Jej wejście tam, nawet jeśli spędziła tam kilkanaście minut, nazwać mogła tylko wejściem i wyjściem, było to dla bogini zdecydowanie za mało czasu by doprowadzić się do stuprocentowego porządku.
Na ten moment jednak wstrzymała się od narzekania. Po chwili namysłu wróciła do pokoju, w którym lekarz skończył właśnie zajmować się najcięższymi ranami chłopca i skupił się na pomniejszych zadrapaniach.
- Jego stan jest ciężki, ale przeżyje - powiedział starszy chowaniec, kiedy usiadła obok. - Zostawiłem kilka bandaży, trzeba je zmieniać, co kilka godzin. Natomiast gorączka powinna zacząć niebawem spadać, prosiłbym o częste zmienianie okładu. 
Białowłosa skinęła głową spokojnie przyglądając się jak mężczyzna zręcznie bandażuje skaleczenia.  Nie wydawało się to trudne, jednak wiedziała, że przyjdzie jej to ocenić, gdy sama będzie musiała to zrobić. Kiedy skończył, osobiście odprowadziła go do wyjścia, dziękując za pomoc. Nie umknął jednak jej uszom cichy komentarz, który medyk wypowiedział, kiedy już się odwrócił i zostawił ją za sobą.
Kto posyła dzieci do walki? Zlustrowała go chłodnym spojrzeniem, chyba nie spostrzegł się, że to usłyszała. Jeśli uważał, że mały jest jej chowańcem to zdecydowanie za słabo ją znał. Większość lokalnych chowańców wiedziała, że Natsumi działała samodzielnie i nie miała żadnego pomocnika. Jak już kogoś miał obwiniać, to powinien razem z nią wytknąć kilka grzechów Najwyższemu.  Może powinna mu to powiedzieć? Co by nie rozniósł innym plotek na jej temat? Chociaż tych i tak pewnie mogłaby trochę poznać, jakby postanowiła się w to zagłębić.
Kobieta wzruszyła ramionami i wróciła do świątyni. Co powinna teraz zrobić? Mały spał, po prostu musiała raz na jakiś czas do niego zajrzeć i sprawdzić, czy wszystko gra. Zrobiła to nawet teraz. Między innymi gnała ją ciekawość, wcześniej nie poświęciła nawet chwili, by mu się przyjrzeć. Czarnowłosy wyglądał teraz bardziej jak opatulona wszystkim, co się napatoczyło pod rękę, kukła, aniżeli żywy człowiek. Jedyne, co świadczyło o tym, że żyje to głęboki oddech, który dało się usłyszeć w cichym pomieszczeniu i unoszące się na wysokości piersi koce, którymi był dokładnie przykryty. Natsumi wpatrywała się jeszcze przez chwilę w jego spokojną twarzyczkę, po czym na palcach wycofała się z pokoju. Zatrzymała się w salonie i spojrzała na stojący przy niskiej sofie koszyk z wełną i druty oraz zaczęty szalik leżące na oparciu.
- No cóż, mam sporo czasu - westchnęła cicho uchylając w tym samym momencie drzwi tarasowe. Gestem wygoniła motyle, które wzbiły się w niebo, by kontynuować swoją pracę. Trochę im zajmie, zanim samodzielnie dolecą do ludzkiego świata, ale na ten moment nie mogła nic na to poradzić. Rozsiadła się wygodnie na sofie i wróciła do dziergania. Jej myśli nie oderwały się jednak od jednego pytania. Skąd ten mały chowaniec się tam wziął? Nawet jeśli już został pomocnikiem bóstw, sam by raczej nie poszedł na pewną śmierć. Kto był na tyle głupi i go tam wysłał? I czemu nie zatroszczył się o niego, tylko zostawił samemu sobie?

Makoto? Bez pośpiechu lol
Liczba słów: 1075

czwartek, 16 sierpnia 2018

Od Nao cd. Higekiego "Chwila ciszy"


Nao w ciszy przysłuchiwał się słowom Higekiego. Przestawał teraz się dziwić, że bóstwo faktycznie może już psychicznie nie wytrzymywać sytuacji, z którymi codziennie ma do czynienia. Ludzie zawsze byli... bezczelni i samolubni, coś mu podpowiadało, że za życia miewał podobne sytuacje. Mógł sobie tego nie przypominać, ale gdy usłyszał te słowa coś w nim drgnęło, jakby słyszało coś znajomego. Być może tylko mu się wydawało w końcu nawet teraz Higeki wydał się wyrażać z pasją. Zdecydowanie lubił, to co robił, spora część bóstw zaczynała do tego, po dłuższym czasie, podchodzić z obojętnością, bo tak trzeba, bo to obowiązek. On ciągle szanował swoją pracę i całkowicie jej się oddawał, nawet jeśli powoli go wyniszczała.
To było bardzo szlachetne z jego strony, ale również niezdrowe. Gdyby Yoshiyuki miał wybierać wolałby obojętne bóstwo wykonujące swoje zadania, niż to załamane. Jeszcze istniała szansa, że z czasem gorycz i smutek mogłyby przerodzić się w gniew i mściwość. O nie, lepiej było nie myśleć o konsekwencjach.
- Nie powinieneś się tak zadręczać - powiedział, choć w głębi serca wiedział, że miałby zapewne dokładnie tak samo. Nie odrywał swojego spojrzenia od ciemnowłosego, chciał odepchnąć od niego wyrzuty sumienia i smutek, które wydawały się nadzwyczajnie lubić dręczyć jego myśli. Zaczynał się zastanawiać, czy nie lepiej będzie jak mocniej poruszy emocje targające bóstwem, drobne podsunięcia mogą się okazać zbyt małą pomocą. - Czasy zmieniają się zaskakująco szybko, nie sposób jest za tym nadążyć. Dawniej, standardy ludzkości były inne, życie było krótkie, nikt nie chciał by skończyło się jeszcze szybciej. Dlatego je doceniali. Teraz ważniejszy jest przedmiot. Ludzkie życie dzięki medycynie jest dłuższe, nie przykładają więc do niego takiej wagi. Jednocześnie zapominają, że rzeczy, które tak ubóstwiają nie dorównają im długością istnienia. - Zatrzymał się na chwilę by wziąć głębszy wdech, starał się dalej delikatnie uspokajać swojego towarzysza. - Jestem pewien, że znajdą się ludzie, którzy docenią twoje starania. A ci, którzy teraz chcą cię obwiniać zrozumieją swój błąd. Bardzo często tak jest, że zrozumienie przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie.

Higeki? Pseplasam za marny odpis ;-;
Liczba słów: 330

środa, 15 sierpnia 2018

Od Makoto CD Natsumi "Biedny piesek"


Może z tyłu i z góry Makoto wyglądał jak dzieciak, który rozbił twarz piłką i chyba zwichnął kostkę. Albo dostał w nos od akumy, przewrócił się i stłukł kolano. Jednak rany chowańca były o wiele poważniejsze i było to widać dopiero od przodu. Na dźwięk głosu inugami odwrócił się do nieznajomej, ukazując jej oczom trzy szerokie rozcięcia na piersi, które wyglądały na jeszcze bardziej rozległe przez to, że mężczyzna przybrał formę dziecka. Jego kimono było już głównie strzępem, którego barwa zmieniła się niemal na czarną w mdłym świetle latarni. Twarz Makoto była blada jak kartka i usmarowana bryzgami krwi, co nadawało jej jeszcze bardziej upiornego wyglądu.
Rany były na tyle ciężkie, że Makoto słyszał głos drugiej osoby jakby zza grubej szyby, a na granicach jego pola widzenia tańczyły czarne plamy. Dłonie zaczynały mu drętwieć z zimna, chociaż było przecież lato – upływ krwi sprawił, że jego ciało nie potrafiło już nawet utrzymać normalnej temperatury. Gdy był w tak krytycznym stanie z jego głowy uleciały już jakiekolwiek myśli o utrzymywaniu pozorów, czy męskiej dumie. Zatoczył się w stronę nieznajomej i złapał ją poranioną, zakrwawioną dłonią za brzeg kimona.
– Pomóż – zdążył tylko powiedzieć, nim osunął się u jej stóp na ziemię.
***
Makoto nie pamiętał potem, co mu się śniło, jeśli w ogóle coś mu się śniło. Mężczyźnie wydawało się, że co noc miał jakieś sny, ale był typem osoby, która błyskawicznie wyskakiwała z łóżka, byle tylko zacząć dzień, więc wszelkie marzenia senne momentalnie ulatywały z jego pamięci. Wydawało mu się, że gdzieś leci, ale gdzie i po co – tego nie wiedział. Podobno wiele osób latało w snach. Ciekawe, czemu?
To nie był pierwszy raz, kiedy mężczyzna przez swoją lekkomyślność doprowadził się do tak ciężkiego stanu, żeby obca osoba musiała dosłownie zbierać go z ziemi, ale inugami miał na to metodę: najpierw postanawiał sobie, że nigdy więcej do tego nie dopuści i będzie już bardziej uważny, a potem szybko zapominał o incydencie i gdy się powtórzył, uważał że to pierwszy raz było tak źle i niebezpiecznie. I że następnym razem będzie bardziej uważny. Było to błędne koło, które najpewniej miało kiedyś doprowadzić chowańca do śmierci, ale na razie Makoto miał mnóstwo szczęścia. Trudno było powiedzieć, jak długo miałaby trwać ta passa...

Liczba słów: 371
Przepraszam, że tak krótko – następnym razem będzie dłużej i śmieszniej ;)

Od Natsumi cd. Makoto "Biedny piesek"


Pierwsze modlitwy Natsumi usłyszała w swojej głowie około godziny dwudziestej. I o tej porze z szczerą chęcią opuściła swoją świątynię, udała się do ludzkiego świata. Wyjątkowo nie miała ochoty zostawać dłużej w swoim domu, dziwnym trafem ciągnęło ją dzisiaj do jej codziennych zajęć. Świat ostatnimi czasy poprawił się nieco. Skazanych na koszmar trafiało się niewielu, jeśli już byli w ten sposób karani następnego dnia się poprawiali. Czegóż mogła chcieć więcej? W jej lampionie kłębiły się teraz same przyjemne marzenia, mniej i bardziej realistyczne. Widziała je. Sny o kucykach, pięknych krainach, byciu superbohaterem.
Ludzie byli prości w obsłudze. Rodzili się i umierali, mieli niewiele potrzeb, łatwych do zrealizowania. Mogli być zupełnie różni, ale wszystkich dało się tak łatwo kontrolować. Wystarczyło ich ukarać, wznosili wtedy modły i poprawiali się zgodnie z zapewnieniami. A jeśli nie, to wystarczyło ich karać kilka dni z rzędu. Dla każdego z nich brak snu był bardzo szkodliwy, miała więc nad nimi kontrolę. Podobało jej się to. Uśmiechnęła się, gdy w jednym z okien dostrzegła zasypiającą dziewczynkę przytulającą małego, pluszowego pieska. Jeden z motyli wyczuwając zainteresowanie białowłosej poleciał w stronę dziecka i przysiadł na jego czole, by po chwili rozwiać się niczym poranna mgła.
Nie musiała nic mówić. Motyle same kierowały się ku ludziom, którym były przeznaczone, dotykały ich i znikały. A ona nie odczuwała potrzeby by usypiać kogoś osobiście. Nie, wystarczyło, że obserwowała łagodnym spojrzeniem jak świat powoli zasypia, jak gasną światła pogrążając pustoszejące ulice w świetle księżyca. Panował spokój, którego nic nie powinno zmącić przez całą noc. A tak przynajmniej myślała dopóki nie zobaczyła pod sobą akum krążących między budynkami.
Westchnęła cicho i machnęła dłonią, dwa koszmary pofrunęły ku stworom i niepostrzeżenie przysiadły na ich głowach. To powinno je na chwilę zatrzymać, jeśli zasną w miarę szybko. Chyba, że byłyby silniejsze, wtedy mogłyby złamać czary motyli. To jednak nie było na ten moment ważne. Co je mogło tu sprowadzać? Gdyby czaiły się na nią, zaatakowałyby już dawno. W dodatku wydawały się być nieco poranione, musiały z kimś lub z czymś walczyć. Inne bóstwo czy może chowaniec?
Natsumi zniżyła lot i sama zaczęła przyglądać się wąskim uliczkom. W jednej z nich panował niemały bałagan. Śmietniki były powywracane, śmieci walały się po ulicy. Tak, zdecydowanie z kimś się biły. Pokręciła z dezaprobatą głową, tyle z dobra i spokoju. Przemknęła cicho dalej nie przestając się rozglądać, dopóki jej wzrok nie padł na drobną sylwetkę posuwającą się powoli do przodu.
- Dziecko? - zapytała cicho wbijając zdziwione spojrzenie w małego chłopca ukrywającego się w cieniu budynków.
Kobieta sfrunęła nieco niżej, by móc mu się przyjrzeć. Maluch usilnie próbował przeć na przód opierając się o ściany budynków, jednak nie dało się nie dostrzec plam krwi, które za sobą zostawiał. W oczy od razu rzuciły jej się również uszy i ogon, tak charakterystyczne dla większości chowańców z Kami. Czyżby Inugami? Taki młodziutki? Najwyższy chyba lubił wybierać do tej funkcji najbardziej nieodpowiednie osoby, które powinny zasłużyć na wieczny spoczynek. Przecież to dziecko. Ha, wielki i wspaniały ojciec bogów, a jednocześnie bezczelny. Żeby zmuszać nieletnich do walki z akumami. Chyba będzie mogła wytknąć mu kolejny błąd, jaki popełnił.
Widząc, że jeden z motyli krążących wokół niej zaczyna kierować się ku obserwowanemu zawróciła go do lampionu. W takiej sytuacji sen mógł być dla małego zgubny, nawet jeśli miał zapewnić ulgę w bólu. Bogini powoli wylądowała na ziemi zaraz za młodym chowańcem, wzięła swoją laskę do ręki. Inugami musiał wyczuć jej obecność, bo drgnął i obrócił się.
- Co taki maluch robi sam tutaj o tej porze? - zapytała spokojnie nie odrywając od niego wzroku. - Zgubiłeś się i wdałeś w walkę z akumami?

Makoto?
Liczba słów: 598

Od Tarou Do Mikleo " Oczy koloru włosów"

Obudziłem się rano. Słońce ogrzewało mnie przez okno. Otworzyłem oczy i zostałem oślepiony przez promień słońca. Wstałem i leniwie się przeciągnąłem. Podrapałem się po głowie i udałem się w stronę łazienki. Wszedłem pod prysznic i jak zwykle woda nie leciała.
-Głupi prysznic.
Uderzyłem pięścią w ścianę gdzie była rura i woda od razu zaczęła lecieć na moje ciało. Wziąłem żel do mycia ciała o smaku czekoladowym i zacząłem się myć, lecz musiałem być silny, by go nie zacząć jeść. Po szybkim prysznicu wyszedłem i ubrałem się w krótkie luźne spodenki i elegancką koszulę. Włosy związałem czerwoną wstążką i udałem się do kuchni. Jak tylko otworzyłem lodówkę, a mój brzuch głośno zaburczał. Lodówka była pusta.
-Kurde… Nawet czekolady nie mam. Cóż trzeba do sklepu się wybrać.
Zamknąłem lodówkę, włożyłem buty i wychodząc, zabrałem z sobą parasol z przyzwyczajenia.
Udałem się do miasta. Każdy w mieście się spieszył. Bóstwa do świątyń albo za chowańcami.
-Cóż ja już mam swoją Viki, która i tak jest wredna.
Pomyślałem i ruszyłem we wcześniej ustalonym kierunku, lecz niestety mam słabą wolę. Zatrzymałem się przed lodziarnią i kupiłem świderka czekoladowego. Siadłem na ławce i delektowałem się smakiem zimna w ustach. Wtedy usłyszałem modlitwę:

„Boże. Chciałbym, żebyś zesłał na mojego sąsiada, gdy będzie miał grilla potworny deszcz”.

Gdy modlitwa się skończyła, to parsknąłem śmiechem.
-Modlitwa cudowna nie ma co, ale niestety nie spełnię tego.
Pokiwałem głową i dojadłem mojego loda. Wstałem i udałem się w końcu do sklepu.
Po wejściu do środka udałem się na dział z jedzeniem i wybrałem to, co umiałem przyrządzić, czyli chleb, jakieś masło i trochę szynki i sera. Następnie udałem się na dział słodyczy i chwyciłem za cały karton czekolad o różnych smakach.
-To chyba wszystko.
Poszedłem do kasy i stanąłem w kolejce. Nagle coś przykuło moją uwagę. Przede mną w kolejce stał jakiś chłopak. Co jak co ale sam musiałem przyznać, że jest to naprawdę ładny chłopak. Włosy białe niczym biała czekolada. Twarz miał dziwną. Uroda jego twarzy przypominała dziewczynę, a jego rysy dawały mu młodzieńczy urok. Lecz najbardziej moją uwagę przykuły jego kątem oka widziane fioletowe oczy. Nie wiem czemu, ale nie mogłem oderwać od niego wzroku. Było w nim coś uroczego. Spojrzał na mnie, a ja szybko odwróciłem wzrok. Kolejka ruszyła naprzód. Starałem się na niego nie gapić, ale było to trudne.
-Toru co się z tobą dzieje. Przecież to facet.
Dodałem w myślach, aż była moja kolej, a chłopak ruszył w stronę wyjścia. Zobaczyłem, że na głowie ma uszy, czyli był on chowańcem.
Zapłaciłem za zakupy i przy kasie wybrałem sobie jeszcze zimny napój o smaku czekoladowym i wyszedłem.
Szedłem chwilę, lecz musiałem się wrócić, gdyż zapomniałem parasola. Ciężko się szło z dwoma torbami i parasolem w ręku, lecz jakoś dawałem rade.
Zamyślałem się o tym chłopaku, aż w końcu coś uderzyłem i cały napój wylał się na mnie i trochę na zakupy. Artykuły powypadały z toreb po chodniku, a ja upadłem na ziemie mokry.
-Jak idziesz ty ba…
Urwałem, bo zobaczyłem, że nade mną stoi ów młodzieniec i się na mnie patrzy.


<Mikleo?>

504 słów

wtorek, 14 sierpnia 2018

Od Higekiego CD Nao "Chwila ciszy"


To brzmiało dość prosto, może nawet trochę za prosto, jak na gust Higekiego. Ale z drugiej strony nie było przecież tak, że chowańce mogły mieć tylko skomplikowane umiejętności, których działanie trzeba było tłumaczyć zaczynając od wstępu teoretycznego z fizyki, biologii lub onmyoudou. Higeki odchylił się lekko i splótł dłonie.
– Jak już wspominałem, jestem bogiem katastrof. Moim celem jest ochrona śmiertelników przed najgorszym, co ich może spotkać. Nie chronię ich przed drobiazgami w postaci upuszczenia telefonu prosto do studzienki kanalizacyjnej lub potknięcia o własne rozwiązane sznurowadło. Moją domeną są pożary, powodzie, wypadki drogowe, osunięcia się ziemi… słowem, prawdziwe katastrofy. Nie zawsze mam dość sił i szczęścia, by wyciągnąć z nich wszystkich. Słyszę tylko tych, którzy chociaż od czasu do czasu się modlą, więc jeśli czyjś domowy ołtarzyk zarósł pajęczynami, nawet nie będę wiedział, że grozi mu jakieś niebezpieczeństwo. Ale zawsze staram się chociaż uratować życie danej osoby, nawet jeśli całe jej mienie zostanie pochłonięte przez żywioł.
Higeki zrobił lekką pauzę i wypił łyk herbaty.
– Kiedyś… Kiedyś ludziom to wystarczało. Teraz jednak coraz częściej okazuje się, że to za mało. Miałem niedawno taki przypadek z Kitagawą Miyoko.
Nazwisko popularnej aktorki grającej chętnie rolę damy w opałach w filmach akcji, a także pojawiającej się często w przeróżnych operach mydlanych brzmiało dziwnie w ustach mężczyzny, który na co dzień chodził w kimonie i nigdy nie wychodził z domu bez swego daisho.
– Miała wypadek samochodowy. Jej ferrari wyleciało przez barierkę i gdybym nie wyciągnął jej zza kierownicy, pewnie zginęłaby w pożarze. Bak pękł przy uderzeniu i jej samochód stanął w ogniu.
Mężczyzna ponownie zrobił pauzę, obracając w dłoniach kubek z herbatą. Wypowiedzenie następnych słów trochę mu ciążyło.
– Myślę, że nie usłyszę już więcej żadnych jej modlitw. Pozwoliłem, by jej ferrari uległo zniszczeniu, chociaż to nie ja siedziałem za kółkiem. Kitagawa mogła zginąć, albo pozostać oszpecona do końca życia, co dla aktorki jej kalibru jest jednoznaczne z końcem kariery. – Higeki westchnął i popatrzył przez chwilę na ogród. – Wiem, że ludzie tacy są. A raczej mój umysł sobie to uświadamia, ale serce nie chce tego przyjąć. Choćbym nie wiem, ile razy spotkał się taką niewdzięcznością, będzie mnie to zawsze bolało tak samo. Zawsze będzie mi się wydawało, że popełniłem gdzieś błąd i mogłem to wszystko rozegrać jakoś inaczej, może lepiej…
Słowa Higekiego były pełne goryczy i smutku, i te właśnie emocje można było wyczuć również w jego duszy. Ale gdzieś tam, dużo głębiej, było również poczucie winy, które sięgało daleko w przeszłość, przypominając nie do końca zaleczoną ranę, która może na co dzień nie bolała, ale potrafiła odezwać się w najmniej spodziewanym momencie.

Liczba słów: 432

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Od Charlotty CD Lavi'ego "War of hearts"


     Fioletowowłosa ćwiczyła w typowym dla siebie miejscu, między sadami oddalonymi od miasta. Rzadko kiedy ktoś tam zaglądał, nie licząc właścicieli tych pól i zbieraczy w czasie, gdy gałęzie drzew uginały się pod ciężarem dojrzałych owoców. Wtedy zwykle po prostu przenosiła się dalej nad jeziora i tam kontynuowała swoje treningi.
     Jednak tego dnia było inaczej. Od samego początku coś jej przeszkadzało, nie pozwalało się skupić nawet, gdy się wyciszała. Nic nie pomagało, a nie potrafiła nawet znaleźć źródła tego, co ją rozpraszało, bo wokół niej były tylko drzewa i niekiedy przelatywały jakieś ptaki. Ale nic poza tym. Zupełnie nic. Przynajmniej do czasu.
     Czerwone tęczówki uważnie śledziły mężczyznę, który biegł prosto na nią. Nie przypominał kogoś, kto chciał zaatakować, dlatego przez dłuższy czas po prostu mu się przyglądała. Wyglądał raczej jakby mocno go coś wystraszyło, a do małych ludzi nie należał, więc tym bardziej zaciekawiło to Lottę. Co mogło aż tak wystraszyć rosłego mężczyznę, że ten jakby w jakimś transie biegł przed siebie? Wydawało się, że w ogóle nie widział co działo się dookoła niego.
     Kiedy obserwowana postać, w końcu wkroczyła na teren, który Charlotta uznawała za swój prywatny, jej broń natychmiast poszybowała w górę i zatrzymała na drodze intruza. Ten w ostatniej chwili spojrzał przed siebie i dostrzegł zagrożenie, zatrzymując się niemal natychmiast. Ręce mężczyzn poszybowały w górę, w geście poddania, a na usta wkradł się niewinny uśmiech. Broń jednak nie dała się zwieść, już za duży razy widziała takie sytuacje, by uwierzyć w tą niewinność.
 - Czego tu szukasz? - Warknęła, mierząc go uważnym spojrzeniem. Wyglądał raczej.... Typowo dla wymiaru Kami. Ani rude włosy, ani tym bardziej zielone tęczówki nie były tu niczym nowym ani nietypowym.
 - Kogoś kto odpowie na moje pytania? - Nieco szerszy niewinny uśmiech. Czerwone tęczówki pociemniały, chowając się częściowo pod powiekami.
 - Najpierw się przedstaw. - Zażądała, nie mając przed tym żadnych skrupułów.
 - Nazywam się Lavi. - Skinął głową, uważając nadal, by nie nadziać się na czerwone ostrze.
 - Bóg czy chowaniec? - Uniosła lekko brew w górę. Wyglądem raczej się niespecjalnie, za to jego głos... Kobieta z pewnością mogła stwierdzić, że był przyjemny dla ucha. Po jego minie zrozumiała, że nawet chyba nie do końca rozumie pytanie, które mu zadała, dlatego tylko wywróciła oczami i zabrała broń sprzed jego nosa, układając ją między swoimi łopatkami. - W takim razie masz naprawdę mnóstwo pytań... - Wywróciła oczami i wskazała palcem pobliskie drzewo, pod którym stała drewniana ławka i stolik, przy którym odpoczywali sadownicy w przerwach między zbiorami. - Siadaj i pytaj, ja w tym czasie dokończę trening. - Przyłożyła dłoń do jego pleców i popchnęła we wcześniej wskazanym kierunku. Nawet jeśli zdecydowała się mu pomóc, niewiadomo z jakiego powodu, to nie odpuści sobie treningu. To byłoby nieodpowiedzialne.

Liczba słów: 453