wtorek, 16 października 2018

Od Makoto cd. Natsumi "Biedny piesek"


Makoto nie miał za dużo do roboty po tym, jak pożarł wszystkie ciastka z talerza. Oblizał okruszki i zakrył się ponownie kocami, które zjechały mu trochę z ramion i pleców, gdy był zajęty jedzeniem. Na szczęście Natsumi na ten czas wyszła do kuchni i zajęła się przygotowywaniem większej ilości jedzenia, więc mężczyzna mógł się zachowywać trochę naturalniej.
Był w kiepskim położeniu. Mając nieco czasu dla siebie spróbował w ogóle wstać, bo na razie tylko siedział i wiercił się trochę w kocach. Niestety jednak okazało się, że wszelkie jego zapewnienia, że zaraz sobie zmieni bandaże i takie tam były kompletnie chybione - mężczyzna ledwo był w stanie ustać na nogach, nie mówiąc już o chodzeniu gdziekolwiek lub zajęciu się sobą. Z pewnym niepokojem Makoto doszedł do wniosku, że w tym stanie najpewniej nie będzie w stanie założyć sam własnego kimona. Keikogi jeszcze jakoś pewnie narzuci, ale poprawne zawiązanie obi od hakamy już przerastało jego możliwości. Mgliście przypominał sobie, że jego strój może też nie do końca nadawać się do użycia po tym, co zrobiły z nim akumy, no i pozostawała jeszcze kwestia tego, że gdy był w swojej dziecięcej formie, to rzecz jasna ubrania dorosłego na niego nie pasowały. Świetnie.
Na gyozę już się tak nie rzucił. Ciastka zaspokoiły jego pierwszy głód, więc kiedy Natsumi postawiła przed nim kolejny talerz z jedzeniem, spokojnie wziął pałeczki i… pierwszy zgrzyt - wypadły mu z ręki. Wszystko przez to, że wziął je tak, jak brałby je kulturalny dorosły, czyli bliżej końca (inna sprawa że w barze z ramenem Makoto trzymał pałeczki w środku, a twarz miał niemalże zawieszoną nad miską z zupą, jak każdy bywalec takich miejsc), jednak pulchne, dziecięce łapki nie były w stanie sprawnie operować w ten sposób pałeczkami.
— Przepraszam — mruknął pod nosem i, chcąc nie chcąc, zaczął jeść jak dziecko.
Nie zdążył nacieszyć się jednak za bardzo jedzeniem, kiedy Natsumi wyskoczyła mu z kolejnym pytaniem. Makoto zakrztusił się nieco i odłożył do połowy zjedzonego pierożka.
— Nie mogę przecież paradować w negliżu przy damie — prychnął, zupełnie tak, jakby był jakiś bardzo pruderyjny. Była to kompletna nieprawda, Makoto raczej się nie krępował, tylko po prostu dziecięca forma… ale to już było dawno wiadome.
— I nie potrzebuję nowego ubrania, dziękuję. Już i tak wystarczająco dużo nadużywam tu gościny. Moje kimono mi wystarczy - jakoś się przemknę przez miasto z tymi paroma dziurami tu i tam… — Makoto urwał nagle, jakby coś właśnie do niego dotarło. — No chyba, że je wyrzuciłaś…
Kimono nie było jakieś bardzo cenne, przynajmniej nie to. Makoto nigdy nie wyruszał przecież do walki w haftowanym jedwabiu, poza tym nawet nie posiadał tak zdobnych ubrań. I nie czułby się w nich wygodnie, to na pewno.

Liczba słów: 446
Nigdy nie bierz przepisów z internetu, bierz z anime :D

Od Makoto cd. Nexarona "Przedszkolaki"


— … widziałeś? — dopytał dla pewności Makoto i właściwie od razu zaczął się zastanawiać, czy Nex jest w stanie podrapać się po plecach przez portal. Byłoby to doprawdy wygodne. — Jeśli tak, to jakoś sobie chyba poradzimy. Nie chcę zabrzmieć jak pyszałek, ale chyba obaj jesteśmy wystarczająco rozgarnięci, by przemieszczać się po muzeum bez włączenia alarmu, a także pozbyć się akum bez robienia nadmiernego rozgardiaszu.
Chociaż nie można było powiedzieć, by Makoto był jakimś zapalnym filozofem czy lubił ogólnie rozmyślać nad rzeczami (większość rzeczy robił na wyczucie, a decyzje podejmował takie, jakie mu instynkt podpowiadał), to teraz zaczął się zastanawiać nad tym, kiedy ostatnio był w muzeum. Na pewno musiało to być przed jego powołaniem do “życia” jako chowańca, co do tego nie miał wątpliwości. Miał jednak wrażenie, że do muzeów chodził dość często i jego samego to wrażenie zdziwiło. W końcu dorośli ludzie tego raczej nie robili - muzea były domeną dzieci i wycieczek szkolnych, które uwielbiali właściwie wszyscy uczniowie. Wszystko, byle tylko nie mieć lekcji. Można było już nawet przeżyć to, że po takiej wycieczce nauczyciel życzył sobie jakiegoś durnowatego raportu, ale przynajmniej nie trzeba było siedzieć w ławce i słuchać nudnych rzeczy.
— Wiesz co, wydaje mi się, że jestem z Tokio. Znaczy, że tu się urodziłem, gdy byłem jeszcze człowiekiem. I teraz tak się zacząłem zastanawiać, czy to na pewno będzie moje pierwsze wejście do tego muzeum… — rzucił, właściwie nie do końca oczekując jakiejś odpowiedzi lub komentarza. To, co działo się przed śmiercią było trudnym tematem i każdy chowaniec podchodził do tego trochę inaczej. Oczywiście w pamięci pozostawały wszystkie umiejętności, które miało się za życia, zaś wspomnienia osób i relacji znikały, jednak od czasu do czasu niektórzy mieli drobne “przebicia” wspomnień i dopóki nie dotyczyły one okoliczności ich własnej śmierci, wszystko było raczej w porządku. Schody zaczynały się, kiedy ktoś zaczynał przypominać sobie zbyt dużo i chodziły wręcz plotki, że przypomnienie sobie momentu własnej śmierci mogło wręcz roztrzaskać duszę.

Liczba słów: 324

Od Nexarona cd. Makoto "Przedszkolaki"


Słysząc komentarz Makoto nie mógł się po prostu powstrzymać. Wilk poczekał, aż skończy swą wypowiedź, nim splótł ramiona przed sobą, uśmiechnął się przebiegle i wcale nie kryjąc zadowolenia z samego, siebie przemówił...
- Widać, że dobrze kombinujesz, ale diabeł tkwi w subtelnościach. Nie jestem w stanie otworzyć, przejść do miejsc, w których byłem, a które - i tutaj wymownie urwał pozwalając, aby piesek sam doszedł do odpowiednich wniosków. Wierzył szczerze, że nie będzie to dla niego jakimś specjalnym wyzwaniem. Przynajmniej takie miał przypuszczenia na podstawie tego, co zdążył od niego usłyszeć podczas tego krótkiego spaceru.
- I wiesz... Jak będziemy w środku, nie przejmowałbym się alarmami tak bardzo. Nie w sensie, że ich tam nie ma, a raczej są, ale strażnicy na pewno też tam się znajdują. Muszą więc jakoś przemieszać się pomiędzy kolejnymi salami, więc jeśli nie będziemy się bawić zanadto przedmiotami z wystawy, to powinno być dobrze... Prawda? - tak przynajmniej podpowiadał mu jego intuicja, ale przecież nigdy nie pracował w takim miejscu, a przynajmniej nie pamiętał, aby w nim pracował. Niby to nie był bank, lecz w banku jakby co mieli skarbiec, więc ochrona nie była potrzebna tak bardzo. Na dodatek większość pomniejszych oddziałów nie trzymała większych ilości gotówki na miejscu, tylko im ją dowożono w razie potrzeby. Tylko skąd u licha wilk mógł to wiedzieć, prawda? Pomijając jednak ten drobiazg, to co można znaleźć w ścianach budynku, przed którym stali było warte bardzo dużo, aby nie powiedzieć, że było bezcenne i choć część eksponaty jak na przykład szkielet dinozaura ciężko byłoby ukraść, to trafiały się już takie, które można by schować pod bluzę. Z drugiej strony zamknięcie tego na zamek i pozostawienie sensorom wcale takim dobrym rozwiązaniem się nie wydawało. Zamek można zniszczyć, sensory wyłączyć lub oszukać i w takich chwilach warto zawsze było mieć kogoś na miejscu, kto od razu zareaguje.

302 słowa

Od Higekiego cd. Duncana "Leniwe popołudnie"


Był taki czas w życiu Higekiego, że jadł wyłącznie rzeczy zgodnie z zasadami komponowania japońskiego posiłku i nie przychodziło mu nawet do głowy, by zrobić inaczej. Nie było do końca tak, że był nie wiadomo jakim miłośnikiem tradycji (trochę niespodziewana rzecz biorąc pod uwagę to, że Higeki na co dzień chodził w kimonie, a za obi zatknięte miał swoje daisho), po prostu nie zastanawiał się nad tym, że inaczej może oznaczać w tym przypadku lepiej. I że tradycje nie zawsze współgrają z indywidualnymi gustami. Kiedy to sobie uzmysłowił, niemal się roześmiał - wniosek był przecież tak prosty, że właściwie oczywisty - i od tamtej pory jadł co chciał i z czym chciał, nie bacząc na to, że może łączenie matchy z sernikiem wydaje się kuriozalne.
— Wydaje się, że jedynym, co pozostaje, to zachować harmonię i umiar między nadmiernym przejmowaniem się, a odpuszczaniem sobie. Przesadzenie w każdą ze stron jest złym podejściem, jednak odnalezienie owej harmonii wydaje się miejscami wręcz niemożliwe do wykonania — zauważył niemal filozoficznie.
Wiele razy poruszali już ten temat z Duncanem, jednak chociaż obaj mieli już trochę lat na karku i sporo związanego z tym doświadczenia, nie byli w stanie dojść do żadnych uniwersalnych wniosków, a Higekiemu wydawało się, że dyskusja kręci się w kółko. Przerzucali się wciąż tymi samymi argumentami i konkluzja była zazwyczaj ta sama - że trzeba zachować umiar, ale z drugiej strony przykładać się do pracy. Niby nie brzmiało to odkrywczo, jednak bywały takie dni, kiedy Higekiemu trzeba było to bardzo głośno powiedzieć, żeby te słowa do niego dotarły.
Bóg katastrof poweselał nieco na wieść o nowych kwiatach. Sam nie miał kompletnie ręki do roślin, chociaż może lepiej byłoby powiedzieć, że nie miał do nich głowy. Mężczyzna zapominał nagminnie o chociażby tak prostej czynności, jak podlanie kwiatów, toteż jeśli w jego domu miały przetrwać jakiekolwiek rośliny, to chyba tylko te namalowane na płótnie. Ogród wokół świątyni utrzymywała za Higekiego matka natura, toteż przypominał on w dużej mierze zachwaszczone i zarośnięte podwórko, o którym ktoś dawno zapomniał (co jak najbardziej było prawdą).
— W takim razie musisz mi je kiedyś pokazać. Kaede by się pewnie spodobały. — Dodał, a z jego twarzy nie zszedł uśmiech.
To też był duży postęp u Higekiego, wspomnieć o żonie, którą utracił, bez smutku i popadania w przygnębienie. Prawdą było, że czas leczył rany i kiedy minęły dziesięciolecia, Higeki odkrył, że pogodził się już ze stratą i ból minął, pozostawiając wyłącznie pogodne wspomnienia i wdzięczność za to, że przeznaczenie złączyło ich losy na tak długi czas. Kaede była w dużej mierze głosem rozsądku w jego życiu i osobą do przesady praktyczną, która nie zastanawiała się ani nie roztkliwiała nad przeszłością. Potrafiła dbać o rośliny, uczynić dom domem, a nie tylko większym pomieszczeniem z futonem i kuchnią, a także zmusić Higekiego do tego, by się nie przepracował i poświęcił nieco czasu dla siebie. Bóg katastrof dobrze wiedział, że gdyby nie ona, na pewno byłby dzisiaj zupełnie inną osobą. O wiele mniej pogodzoną z sobą i ze światem, i o wiele gorzej znoszącą jakiekolwiek trudności. Niby bóg katastrof powinien radzić sobie dobrze z trudnościami, ale tak samo, jak lekarz nie potrafił zoperować samego siebie, tak i bóg chroniący ludzi przed katastrofami nie umiał często poradzić sobie i z mniejszymi rzeczami, które potrafiły spaść mu na głowę. Stoicyzm Kaede i jej całkowity brak przejmowania się rzeczami, na które nie miała wpływu sprawił, że i Higeki nieco spokojniej zaczął podchodzić do różnych spraw.

Liczba słów: 568

Od Higekiego cd. Fjorgyna "Falsum calumniare"


Higeki długo już żył na świecie. Wystarczająco długo, by panujące zwyczaje zmieniły się nie do poznania. Prawdą było, że kiedyś bóstwa były otoczone nimbem uznania i szacunku, mogły iść środkiem drogi niczym ziemski cesarz pośród ludzi, a pozostali mieszkańcy Kami no Jigen ustępowali im z drogi. Niektórzy nawet się kłaniali, ale to wywoływało czasem lekki grymas na twarzach innych chowańców i było odczytywane jako żałosne próby wkupienia się w łaski jakiegoś bóstwa. Cóż, było powszechnie wiadomo, że posiadanie patrona przez chowańca zapewniało wyższy standard życia, a jeśli ów patron miał przy tym licznych wyznawców, dawało też przy okazji prestiż i uznanie. Dawniej, gdy tatemae, czyli publiczna twarz danej osoby były absolutnie wszystkim, niemal nie było chowańca, który gdzieś w głębi serca nie chciałby zamienić swojego lokum na chociażby skrawek tatami w jakiejś bogatej świątyni, nawet gdyby otwarcie próbował się tego wyprzeć.
Jednak czasy się zmieniły. Higeki nie potrafił powiedzieć, czy na gorsze czy lepsze, fakt jednak był taki, że prawie nikt nie podchodził już do bóstw z dawnym pietyzmem i namaszczeniem. Bóstwa przestały być wyjątkowe, a stały się potencjalnym pracodawcą. Nadal stawiało je to na piedestale, ale odzierało z tego świętego nimbu, którym do tej pory były otoczonej. Mogłoby się wydawać, że noszący na co dzień daisho i kimono Higeki będzie zdruzgotany takim obrotem sprawy i będzie zwalał taką postać rzeczy na upadek obyczajów, tak jednak nie było. Mężczyzna przyjął to ze stoickim spokojem i nieco obojętnym wzruszeniem ramion mówiąc, że widać taka kolej rzeczy, a że raczej nie jest to wielka katastrofa, to nie zamierza się tym zajmować.
Dlatego też postępowanie Fjorgyna, jak raczył się przedstawić nieznajomy, zaskoczyło go mile na tyle, że Higeki wręcz zapomniał o tym, jak został potraktowany w herbaciarni. To już wiele znaczyło, jako że mężczyzna odwiedzał to miejsce na tyle często, by być uważanym za stałego klienta. Wydawało mu się, że bycie stałym klientem daje swego rodzaju kredyt zaufania, widać jednak że ciężko się pomylił.
— Dziękuję za Twe słowa — powiedział, mając na myśli wypowiedź Fjorgyna o jego zajęciu. Trzeba było przyznać, że na słowa “Nazywam się Higeki, jestem bóstwem katastrof” ludzie reagowali bardzo różnie. Wielu przychodziło do głowy, że Higeki jest jakimś mściwym bogiem, który spuszcza ludziom na głowy lawiny i powodzie, żeby docenili to, jak dobrze mają w życiu. Inni zaś wyobrażali sobie, że mężczyzna wynosi ludzi z płonących budynków na własnych plecach, albo jest przy nich, gdy konają przywaleni jakimś gruzowiskiem lub od oparzeń po pożarze. Prawda leżała właściwie wszędzie i nigdzie, a na pewno nie pośrodku. W miarę swego dojrzewania jako bóstwa, Higeki zmieniał to, jak wykonywał swoją pracę. Oczywiście zawsze ratował ludzi, ale kiedy on robił się bardziej doświadczony, a katastrofy spadające na śmiertelników zmieniały się odzwierciedlając zmieniający się czas i, co za tym idzie, technologię, musiało też zmienić się jego podejście. Teraz bóg starał się zapobiegać katastrofom, które śmiertelnicy czasem ściągali na własne głowy, a także ewakuować wszelkie potencjalne ofiary z miejsca zdarzenia, zanim zdarzenie owo będzie miało miejsce.
— Niestety jednak nie wiem, kto mógłby chcieć rozsiewać takie plotki na mój temat i jaki miałby w tym cel. Cieszy mnie, że w nie nie wierzysz, chociaż przecież nie dałem Ci żadnego powodu, by pokładać we mnie tak wielkie zaufanie. Muszę jednak przyznać, że ktokolwiek wpadł na tak świetny pomysł, by zszargać moją reputację, zdecydowanie wiedział gdzie uderzyć i jak wszystko przedstawić, by brzmiało to prawdopodobnie… — Tu Higeki westchnął i sam również wypił nieco herbaty. Widać było po mężczyźnie, że cała ta sytuacja wytrąciła go z równowagi, a ci którzy go znali wiedzieli, że doprawdy dużo musi się wydarzyć, by spokojny i niemalże flegmatyczny Higeki po prostu się zdenerwował. Chociaż teraz, kiedy moment już przeminął, bóg katastrof doszedł do wniosku, że nie tyle jest teraz zły, co raczej jest mu po ludzku przykro i czuje się zraniony. Słowa pomówień trafiały w samo sedno dla boga, który zawsze miał wrażenie, że jest nie dość doby, niewystarczająco się stara i mógłby takie czy inne rzeczy robić lepiej. Jego pomyłki mogły przecież kosztować ludzkie życie, więc trudno było mu przejść nad jakimikolwiek do porządku dziennego.
— Można iść przez życie nie łamiąc źdźbła trawy, ale jeśli trwa ono wystarczająco długo, zawsze znajdzie się ktoś, komu i takie podejście nie odpowiada. Zdecydowanie życzyłbym jednak osobie, która ma wystarczająco dużo wolnego czasu, by mnie oczerniać, by spożytkowała swą energię na coś bardziej konstruktywnego.

Liczba słów: 724

niedziela, 14 października 2018

Od Niyumi CD Yuudaia "Miejsce spoczynku"


 - Naprawdę było, aż tak źle? - Łagodny śmiech Sprawiedliwości, który zwykle poprawiał mi humor, w tym jednym konkretnym przypadku niezmiernie irytował.
 - Ciebie to śmieszy? Zniszczył moją katanę. Dosłownie. Nie mam cię czym teraz bronić, a ty się śmiejesz. - Fuknęłam na niego, wydając z siebie po chwili głośny pisk, kiedy namoczony wacik zetknął się z kolejnym rozcięciem na moich plecach. Jęknęłam cicho, przytulając do siebie mocniej swoją białą szatę. Mimo wszystko wolałam nie zostawać naga przy patronie, dlatego zarzuciłam na ramiona coś, co swobodnie mogłam zsunąć z pleców, by mężczyzna miał dostęp do ran.  - Chodzący kłopot... Nie musiałbyś teraz tego bawić się w pielęgniarkę, gdybyś wcześniej pozwolił mi wywalić go ze świątyni.
   Czułam, że chciał mi odpowiedzieć, jednak uprzedziło go pukanie do drzwi. Oboje spojrzeliśmy w tamtym kierunku, zastanawiając się kogo mogło przywiać o tej porze do świątyni. Westchnęłam cicho i podniosłam się, poprawiając materiał, by zakryć to, co nie powinno być na widoku. Czułam jak szata przykleja mi się do wciąż otwartych ran, piekąc nieprzyjemnie i ciągnąc przy gwałtowniejszych ruchach. Podeszłam szybko do drzwi, otwierając je na oścież i... Dosłownie zamarłam. Przede mną stał Yuudai. Okropnie brudny, poraniony i... Ugh, jak on cuchnął. Odruchowo zakryłam nos luźnym rękawem stroju, żeby jak najmniej czuć ten odór lecący od rudowłosego. 
 - Czy ty się do cholery kąpałeś w śmieciach?! - Warknęłam, zaciskając mocniej palce na drewnie. Tak bardzo chciałam mu je zatrzasnąć przed nosem, ale białowłosy, który stanął w przejściu do głównego holu wcale mi tego nie ułatwiał. Nawet gorzej, jego obecność sprawiała, że nie potrafiłam tego zrobić. 
 - To nie jest ważne. Chciałem ci podziękować, więc przyniosłem to. - Wyciągnął w moją stronę dłoń, w której ściskał... Katanę? Uniosłam jedną brew, przyglądając się jej uważnie. Z pewnością nie była moja, ale... Na najgorszą także nie wyglądała. Zabrałam ją ostrożnie od niego i odstawiłam pod ścianę obok wejścia, po czym zerknęłam za ramię chłopaka. Nie było nikogo widać, dlatego złapałam go za podartą odzież i wciągnęłam do środka, zatrzaskując po chwili drzwi. Raczej nie tego się spodziewał, bo nawet nie zdołał utrzymać równowagi bez podparcia się ręką. 
 - Co ty sobie niby myślisz, co?! - Spojrzałam na niego wściekle, łapiąc kątem oka ruch Kiyuki'ego, który chciał mnie powstrzymać. - Że będziesz narażać siebie, mnie, mojego patrona, niszczyć  moją broń, całować mnie w usta, a po wszystkim przyjdziesz, dasz kawałek metalu i wszystko będzie dobrze?! - W tym momencie Yuki zrezygnował z próby powstrzymania mnie i uśmiechając się łagodnie, odwrócił się, by wrócić do stolika, przy którym wcześniej siedzieliśmy wspólnie. 
 - Zasadniczo, to nie był pocałunek... - Yuudai próbował się tłumaczyć, jednak kiedy drewniana skrzynia roztrzaskała się o podłogę tuż obok niego. Jak dobrze, że jeszcze ich nie oddaliśmy po ostatniej dostawie jabłek. Okazały się nad wyraz przydatne. 
 - Milcz, zapchlony kundlu. - Warknęłam, pochodząc do niego i obracając go przez ramię na brzuch, złapałam za ręce i pociągnęłam w tył, przystawiając do jego pleców nogę. - Będziesz błagał o litość. 
   Rzecz jasna nie chciałam mu zrobić krzywdy. No... Zbyt wielkiej. Ale nawet Kiyuki nie kiwnął palcem, kiedy kitsune wołał o pomoc. Siedział jedynie po turecku przy stoliku, popijając herbatkę i uśmiechając się łagodnie jak to miał w zwyczaju. A jednak coś w tym uśmiechu różniło się od tego, którym obdarzał mnie czy pozostałych, coś co wywołało ciarki na moich plecach. 
   Po kilku minutach odpuściłam Yuudai'owi, gdyż mój nos naprawdę nie mógł już ścierpieć tego okropnego zapachu. Siłą wyrzuciłam go do łazienki, żeby się umył, a sama wróciłam do mojego patrona. 
 - Będziesz chciała go tu przenocować? - Zerknął na mnie znad swojej filiżanki. Westchnęłam cicho, opierając się na rękach za swoimi plecami. Odchyliłam głowę w tył, kręcąc nosem, w którym wciąż miałam ten nieprzyjemnie gryzący wręcz zapach. 
 - Jeszcze jedną noc, jeśli się zgodzisz. Trzeba mu coś znaleźć, bo nie może sypiać na śmietniskach. 
 - Jednak obchodzi cię to co się z nim dzieje. - Zaśmiał się cicho, odstawiając porcelanę na stolik i rozkładając ramiona w zapraszającym geście. Uniosłam jedną powiekę, by na niego spojrzeć, nieco urażona tymi słowami. 
 - Nie jestem bezduszna. Może i mnie irytuje, ale niewygodnie mi z myślą, że mogłabym go od tak zostawić na pastwę Akum. - Odparłam cicho, pakując się na kolana białowłosego, od razu się w niego wtulając. 
 - Niestety nie będę mógł wam towarzyszyć w poszukiwaniu lokum, ale mam nadzieję, że coś znajdziecie. - Otulił mnie szczelnie ramionami, składając ciepły pocałunek na czubku mojej głowy. Taaaaak, już widziałam jak łatwo i gładko nam to wszystko pójdzie, ale wolałam się już nie odzywać.

Yuudai? 
Słów: 727

Od Kanako cd. Desideriusa "Run"



Nie posiadała jakiś super mocy którymi mogą pochwalić się Bóstwa czy inne Chowańce. Była raczej bardzo młodym Chowańcem z smykałką do elektroniki i hakowania. Jednakże i jedno i drugie nie przydawało się w Świecie Kami No Jigen. W tym całym Świecie Bóstw. Duchów. Czy jak tam je zwał. Ona wciąż bardziej należała do świata ludzi, nawet pomimo śmierci i nieoczekiwanego zwrotu akcji. Nie wiedziała dlaczego Najwyższy postanowił akurat ją uczynić Chowańcem. Nigdy nie była specjalnie religijna o ile pamiętała. Może dlatego też próbuje wciąż to wszystko sobie poukładać. I może również dlatego wciąż uparcie przebywa bardzo dużo w Świecie Ludzi. W otoczeniu które zna i rozumie. I aktualnie próbuje ją zabić. Albo przynajmniej bardzo ładnie jej wychodzi takowe udawanie.
Tak jak myślała, osoba która oglądała ją w ukryciu pojawiła się w momencie gdy przechyliła się przez krawędź dachu. Właściwie gdy zaczęła spadać zaczynała już żałować swojej decyzji a jej przypuszczenia o altruizmie przypadkowej osoby pękły jak bańka mydlana lecz wtedy poczuła jak ktoś ją łapie za nogę. Zdążyła tylko z tej perspektywy spojrzeć w kierunku tajemniczej osoby lecz wszystko co dojrzała to kolor żółty gdyż chwilę później leciała już rzucona w kierunku dachu. Musiała przyznać, iż dosyć efektywnie udało się jej całkiem zgrabnie wylądować na dachu dzięki swej zręczności. Nie zwracała raczej uwagi na nabite siniaki traktując je jako część planu. W końcu trudno żółtemu jegomościu było by wciągnąć siebie i ją jednocześnie na dach wisząc na jednej ręce. Praktycznie leżała na dachu dziękując Bogom, iż plan wypalił. Gdy doszło do niej co robi zaśmiała się krótko. Słysząc głos żółtego Pana podniosła obie brwi do góry. To chyba były pierwsze najdziwniejsze pierwsze słowa jakie ktoś do niej skierował. Potaknęła energicznie głową i zaśmiała się krótko.
- Cieszmy się, że nie odleciała gdy mnie za nią złapałeś! - ponownie się zaśmiała kładąc głowę na nowo na dachu. Leżąc na plecach podniosła dłoń do góry.
- Ach, tak poza tym dziękuję za ratunek Panie Dorito. Byłam pewna, iż już po mnie przez… a właśnie. - przechyliła głowę i wyciągnęła kartę z pamięcią zza prawego ucha robiąc przy tym minę niczym obrażony pięciolatek. Zgniotła kartę w palcach z charakterystycznym syknięciem po czym ponownie położyła dłoń na dachu. Podniosła się nagle do siadu z cichym “ouch!”. Spojrzała na żółtego jegomościa z jednym zamkniętym okiem.
- Jestem Kanako Yanagimoto! Kano vel Pupencja. - zaśmiała się krótko wciąż jednak siedząc na tyłku na dachu i chyba nie mając zamiaru w najbliższej przyszłości ruszać się stamtąd. Odezwała się ponownie z szerokim uśmiechem.
- Często bywasz na dachach i łapiesz ludzi za ich metalowe kończyny? - nie była pewna co do tego, czy Żółty Pan jest w jakikolwiek sposób powiązany z Kami No Jigen. Nawet jeśli patrzeć na jego niecodzienny wygląd… różni ludzie chodzili po Świecie, nieprawdaż? Prawdaż. Dlaczego też nie mógł okazać się człowiekiem? A nie spyta się go wprost “Hej, jesteś Bogiem?”. Chociaż musiała przyznać, iż chyba gdzieś go już widziała. Albo o nim słyszała? O osobie która jest cała żółta? Nie mogła po prawdzie oderwać od niego wzroku ze względu, iż żółć to jej drugi ulubiony kolor na równi z niebieskim.

Ilość słów: 508

Cyferko?~