czwartek, 6 grudnia 2018

Od Eredina CD Phoenixa „Zobacz kotku co mam w środku” zadanie 3, Dzień w gorących źródłach

Obudziłem się gdzieś około 9. Usiadłem na łóżku i przetarłem oczy. Tyle wspaniałych pomysłów na sztukę przychodzi w trakcie snu, pomyślałem. Szkoda tylko, że znacznej większości spośród nich, jeśli nie wszystkich, kompletnie nie pamiętałem. Zakląłem z cicha i jęknąłem, bo miałem nieodparte wrażenie, że śniło mi się coś, co po wykonaniu byłby naprawdę genialne. A niech cię, Eredin, żachnąłem się, i postanowiłem przed chwilę ułożyć sobie plan na dzisiejszy poranek. Po chwili  miałem w głowie kolejne milion pomysłów na rzeźby, obrazy, rysunki i inne dzieła sztuki, więc czym prędzej postanowiłem ruszyć się z łóżka i zacząć coś robić.
Pospiesznie wstałem i ubrałem się. Swoje kroki skierowałem do kuchni, cicho pogwizdując i nucąc coś pod nosem. Jak nic miałem dobry humor. Należało więc to jakoś wykorzystać. Zajrzałem do lodówki. Nic tu dla mnie nie ma, pomyślałem, choć urządzenie pełne było smakowitych kąsków. Albo może po prostu na razie nie byłem godny? Nie chciałem się nad tym dłużej rozwodzić, chwyciłem więc szybko butelkę soku pomarańczowego i usiadłem na blacie kuchennym. Otwarłem butelkę i wypiłem szybko to, co w niej było. Po chwili moją uwagę przykuły jabłka na stole. Cholera, jednak jestem odrobinkę głodny, zaśmiałem się w duchu. Chwyciłem jeden z owoców i tanecznym krokiem udałem się do mojej pracowni.
Niektórzy mogliby pomyśleć, że oszalałem. Pląsam po domu, odprawiam jakieś dziwne tańce, wykonuję dziwne ruchy, w dodatku sam. Ale ja nie potrafię inaczej! W końcu jestem bóstwem sztuki, a taniec także przynależy do tej dziedziny. Kiedy najdzie mnie ochota, tańczę, nawet w samotności. W końcu nie ma w tym nic złego. Zanuciłem sobie coś do rytmu, wykonałem kilka ostatnich kroków mojego wyimaginowanego układu tanecznego, dodałem zmyślny piruet i zakończyłem mój pokaz dla widowni, która tak właściwie nie istniała. Chyba, że liczyć sprzęty w pracowni. Ale one nie będą bić mi braw ani wyrażać swoich opinii, pochlebnych czy tez nie. Zaśmiałem się cicho do samego siebie (i mebli, po czym usiadłem przy stoliku, na którym już czekały na mnie przygotowane szkicowniki.
Za co by się tu zabrać, pomyślałem, opierając brodę na lewej dłoni. Projekt rzeźby, szkic rysunku, a może jakieś nowe ubranie? Chwyciłem ołówek w palce, po czym uniosłem go do ust i lekko zgryzłem końcówkę. Przysunąłem szkicownik i zamyśliłem się jeszcze na moment. Hmmm, niech będzie... Tym razem zaprojektuję ubranie. Tak Eredin, pochwaliłem się w myślach, to zdecydowanie dobry pomysł. Przydałoby ci się coś nowego. Tylko co? Od razu przyszedł mi do głowy projekt płaszcza. Koniecznie czarnego, długiego. Koniecznie z kapturem, pod którym mógłbym skryć twarz. Koniecznie lekkiego, ale ciepłego, zważywszy na fakt, że teraz panuje zima. Coś w stylu tych assassynów z gier komputerowych. Taaak, to zdecydowanie dobry pomysł. Przewróciłem strony szkicownika, znalazłem jakąś wolną i rozpocząłem projektowanie mojego przyszłego ubioru, który wydawał się tak okropnie i bosko dobrym pomysłem.
Po godzinie czy dwóch miałem już gotowy cały projekt. Dobra robota, panie Gucci, pochwaliłem się w myślach i natychmiast głośno roześmiałem. Niezłe porównanie Eredin, naprawdę niezłe. Pierwszorzędne, rzekłbym. Wstałem i natychmiast zabrałem się za wykonywanie wykroju. W końcu znałem swoje wymiary doskonale i nie musiałem ich pobierać jak w przypadku rzeczy, które od czasu do czasu robię na zamówienie. Zdarza się, że ktoś spośród bóstw lub nawet ludzi zgłasza się do mnie i prosi, bym wykonał dla nich jakieś ubrania. Zgadzam się, choć niechętnie, bo musiałbym przebywać z ludźmi, których raz, że kompletnie nie znam. A dwa, że ich towarzystwo jest mi w zasadzie zbędne. Z drugiej jednak strony pieniądze na ulicy nie leżą i bez nich ciężko byłoby mi funkcjonować. Tak więc od czasu do czasu, choć z najczęściej nieukrywaną niechęcią, robię coś dla innych. Wyrwałem się szybko z tych zamyśleń i przystąpiłem do wykonywania wykroju.
Gdy ten był już gotowy, szybko zabrałem się za przygotowanie poszczególnych elementów mojego taktycznego płaszcza mroku. Oj Eredin, coś dzisiaj masz wyjątkowo dobry humor. Znów szczerze i na głos się roześmiałem, po czym wycięte już z materiału elementy przeniosłem w pobliże maszyny do szycia. Od razu zabrałem się za zszywanie całości.
Minęło kilka godzin i płaszcz był już całkowicie gotowy. Wstałem, otrzepałem siebie i nowe ubranie z pozostałości nitek i skrawków materiału i przyjrzałem się szybko temu, co wykonałem. No, naprawdę świetny ciuszek. Szybko przymierzyłem to, co uszyłem i podszedłem do lustra. Przyjrzałem się swojemu odbiciu. Wyglądałem świetnie, trzeba było przyznać. Kompozycja moich czerwonych oczu z białymi włosami i czarnymi ubraniami wyglądała naprawdę... bosko. Zarzuciłem kaptur na głowę i gwizdnąłem z podziwem na własne odbicie.
– No Eredin, teraz wyglądasz zdecydowanie lepiej – uśmiechnąłem się.
Postanowiłem zostać w płaszczu. Za bardzo mi się spodobał i zdążyłem się już do niego przywiązać. Szybko posprzątałem pracownię, bo bardzo nie lubiłem nieporządku w mojej artystycznej oazie ostatecznej świętości, i znów poszedłem do kuchni. Teraz naprawdę zgłodniałem. Wyciągnąłem więc z lodówki jakąś sałatkę, do tego sok, i w mgnieniu oka pochłonąłem to wszystko. Zmyłem naczynia i usiadłem znów przy kuchennym stole.
Teraz mam wolne. Żadne modlitwy i błagania od wiernych nie nadchodziły, sprawy toczyły się swoim zwykłym, powolnym torem. Cóż zrobić w tych pięknych chwilach błogiej beztroski? (Tak, bóstwa też moją zezwolić sobie na odrobinę beztroski,  choć brzmi to nieco paradoksalnie i dziwnie). Wybiorę się do gorących źródeł. W końcu przyda mi się odrobina odprężenia. Spakowałem potrzebne mi rzeczy i wyszedłem z mieszkania.
Źródła znajdowały się trochę daleko od mojego domu, bo były raczej na obrzeżach miasta, a ja mieszkałem bliżej centrum. Gardziłem tłokiem, to prawda, ale tutaj były najlepsze sklepy z materiałami potrzebnymi do wszystkiego tego, co robię. I to przeważyło na losie tego, gdzie będę mieszkał. Trudno, jakoś to muszę znosić, pomyślałem, i żwawym krokiem szedłem w miejsce, do którego chciałem się udać.
Gdy zbliżałem się nieco, zauważyłem, że wokół gorących źródeł zebrał się lekki tłumek. Zakląłem z cicha w myślach i pomyślałem, że wybieranie się w to miejsce było jednak złym pomysłem. Z drugiej strony niezbyt chciało mi się wracać do domu. Więc co mi tam, postanowiłem i wszedłem do środka.
Skierowałem się do jak najbardziej odległej i pustej szatni, po czym przebrałem się, wziąłem ręcznik i zacząłem szukać jakiegoś spokojnego miejsca. Po dłuższej chwili znalazłem jedno, w którym siedział samotny mężczyzna z zamkniętymi oczami.
– Mogę? - zapytałem, stojąc na krawędzi źródełka.
– Tak... - odrzekł mężczyzna z lekką chrypką. Cóż za pociągający głos...
– Jestem Eredin – powiedziałem z wyciągniętą do mężczyzny dłonią, nim zdążyłem nad sobą zapanować.
– Phoenix Alexander Montoya Ramirez – powiedział z kamienną twarzą, ściskając moją dłoń, a ja postanowiłem mu się przyjrzeć.
Miał kruczoczarne włosy, zaczesane do tyłu. Miał lekko kwadratową szczękę, co niewątpliwie dodawało mu uroku. Natomiast jego oczy... Gdy się przysiadłem, zaczęły zmieniać kolor - ze złotych pomieszanych z szarością, przechodziły w odcienie rudego. Oho, chyba się wściekał...
– Nie sądziłem, że ktoś przedstawia się jeszcze pełnymi danymi – powiedziałem, badawczo mu się przyglądając.
– Ciesz się, że nie powiedziałem całości... - warknął zezłoszczony i odwrócił głowę.
– Widzę, że nie jesteś zbyt uprzejmy – zauważyłem.
– Jestem, ale akurat nie mam humoru... - odparł i wyszedł.
Chciałem mu jeszcze coś powiedzieć, przeprosić może za moją zbytnią śmiałość wobec niego, ale oddalił się tak szybko, że nie zdążyłem nawet zareagować. Cholera jasna, a był taki ciekawy, taki przyciągający... Westchnąłem zawiedziony i postanowiłem podjąć przerwany relaks w gorących źródłach.
Gdy stwierdziłem, że dość już wylegiwania się, opuściłem budynek i udałem się do swojego mieszkania. Usiadłem ciężko na kanapie w salonie i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Ten jeden, jedyny raz. Wszystkie moje myśli zaprzątał tamten mężczyzna... Phoenix... Rozmarzyłem się z leka i nie zauważyłem, jak kawa wylewa mi się na ubranie. Cholera, zakląłem, i szybo poszedłem się przebrać. A później, z braku lepszego zajęcia, wyszedłem w miasto, żeby przestać myśleć o Phoenixie.
Przechadzałem się po ulicach i udałem się w kierunku centrum. Przechodząc obok miejsca, gdzie znajdowało się więcej ławek, spostrzegłem smoka, wylegującego się na murku. Ciekawe stworzenia, uśmiechnąłem się i postanowiłem zbliżyć się do niego. Akurat chyba spał, więc przysiadłem obok niego. Wydawał się dziwnie znajomy...
– Znowu ty? - warknął nagle i wystawił język, a ja już wiedziałem, kto to. Phoenix był więc youkai... Jeszcze bardziej wzbudził moje zainteresowanie.
– A ty co, jaszczurka? - zapytałem, chcąc, by zabrzmiało to jak żart.
– Jestem smokiem, a to, że robię językiem tak nie oznacza, że jestem jaszczurką! - krzyknął obrażony i wrócił do formy człowieka.
Spoglądałem na niego i zastanawiałem się, co zrobiłem źle i gdzie popełniłem błąd, gdy po chwili znów się odezwał.
– Potrzebujesz czegoś? Twoja żona nie wie, że pochodzisz z ubóstwa i nie chcesz się przyznać, że jesteś jednak kobietą, tyle że z jajami? Czy o co chodzi? Piesowaty? - spojrzał na mnie, a ja tylko zmarszczyłem brwi. - Lis? - znów zadał pytanie, a ja dalej patrzyłem na niego w ten sam sposób. - To czym ty jesteś? Baranem, koniem, kurą? - kolejne pytania wyleciały z jego pięknych ust, teraz już nieco spokojniej, niż przed momentem.
– Boisz się mnie? - zapytałem ze stoickim spokojem?
Nie doczekałem się odpowiedzi, jednak widziałem, że Phoenix uważnie mnie obserwuje. Bał się, obawiał się mojej reakcji czy co?
– Nie, nie boję się Ciebie – odparł po dłuższej chwili, przyglądając mi się z zaciekawieniem. - Po prostu nie znam cię i nie wiem, kim jesteś.
– Doprawdy? - odparłem, unosząc brew i starając się, by mój głos nie brzmiał zbyt agresywnie. - Całkiem niedawno spotkaliśmy się w gorących źródłach, Phoenix – odparłem zadziornie, akcentując jego imię.
– Och, racja, Eredinie – odparł, z naciskiem akcentując moje imię. - To ty byłeś tym dupkiem, który zakłócił moją oazę spokoju i nie dał mi w spokoju odpoczywać i relaksować się – zaśmiał się i założył ręce na piersi.
– Och, doprawdy? - odparłem przez zaciśnięte zęby i starałem aż tak bardzo nie czerwienić się ze złości. - Może jeszcze powiesz, że teraz też cię nachodzę, co?
– Hmm, jakby na to popatrzeć tak z boku, to tak, owszem, nachodzisz mnie – dalej się śmiał, przysiadając na murku.
– A niech cię wszyscy diabli, bóstwa i patroni pochłoną... - odparłem ze złością i już miałem odejść, gdy poczułem, jak łapie mnie za łokieć.
– Dobra, stary, sorry za moją reakcję, nie mam dzisiaj zbyt humoru – powiedział przepraszająco. - Może zaczniemy od nowa? Jestem Phoenix, po prostu. Youkai, smok, jak wolisz – spojrzał na mnie  i wyciągnął dłoń.
– Eredin, po prostu Eredin – odparłem, nadal lekko obrażony, ściskając jego dłoń.
– A powiesz coś więcej o sobie? Skąd mógłbym wiedzieć, co taki cicho ciemny typ może mieć w spodniach czy też gdzieś indziej – odparł i zaśmiał się.
– Dzięki wiesz... - stanąłem do niego tyłem, obrażając się na uwagę o spodniach.
– Oj no, przepraszam. Mam specyficzne poczucie humoru.  Pokaż kotku, co masz w środku – odparł i poczułem, że stoi za mną i czeka, aż coś mu odpowiem.
Odwróciłem się do niego przodem, wetknąłem dłonie w tylne kieszenie spodni i zapytałem z powagą:
– Miałeś kiedyś do czynienia z bóstwem? - zapytałem i czekałem na jego reakcję.
Phoenix spojrzał na mnie ja na ufoludka i zmierzył mnie poważnie wzorkiem.
– Co masz konkretnie na myśli? - zapytał i podszedł do mnie.
– Zadałem pytanie, w gruncie rzeczy bardzo proste.
– No właśnie, zadałeś... W gruncie rzeczy bardzo proste, jednak równie dziwne, jak twoje zachowanie w tym momencie.
– Pytałem, czy miałeś kiedykolwiek do czynienia z bóstwem. Jesteś youkai, więc rola chowańca nie jest ci obca – poczułem, że teraz to ja przejąłem pałeczkę w tej rozmowie i teraz to ja byłem tym, który może pośmiać się z tego drugiego. Przybrałem więc minę adekwatną do sytuacji – złośliwy uśmieszek bez chwili wahania wystąpił na moją twarz.
– No co ty, Eredinie Panie Mądralo, nie powiesz – odparł po chwili i aż trząsł się ze złości, policzki mu nawet poczerwieniały. - Tak, rola chowańca nie jest mi obca. Wiem, czym są bóstwa, ale nigdy nie miałem okazji z żadnym przestawać. A czemu tak o to dopytujesz, co? - wymierzył we mnie oskarżycielsko palec.
– Eredin Bréacc, bóstwo sztuki, do usług – odparłem, śmiejąc się, i dla wzmocnienia efektu ukłoniłem się nisko.
– Co ty mi tu... - zauważyłem, jak bardzo był w szoku. - No proszę, a ja cię od zwierzaków wyzywałem – odparł po chwili namysłu, gdy zdziwienie z niego zeszło.
– Dlatego zadałem to pytanie. Cóż, pokazując się w formie smoka od razu zdradziłeś to, kim jesteś. Ja chciałem zachować pewne informacje, przynajmniej do teraz, w tajemnicy. Ale już to wiesz – uśmiechnąłem się znów i pokazałem mu język.
– O proszę, to bóstwa mają też języki. Szkoda, że nie tak fajne, jak smoki – próbował udawać obrażonego, jednak po chwili się roześmiał.
– Oj, jakiż ty zabawny, Phoenix – próbowałem go naśladować, ale coś niezbyt mi to wychodziło.
– Więc co, jesteś bóstwem. Sztuki, tak? - zapytał zaciekawiony.
– Tak, owszem, jestem bóstwem sztuki – odparłem.
– No i co robisz tak właściwie?
– Wysłuchuję modlitw, spełniam małe zachcianki, zsyłam błogosławieństwa, takie tam – odparłem znudzony. - A ty? Jesteś chowańcem. Przy jakim bóstwie?
– Przy żadnym – odparł swobodnie.
– No proszę. Samotny youkai smok. Jakież to ciekawe – odpowiedziałem i zacząłem mu się uważnie przyglądać.
– No i czego się gapisz, bogu? - zapytał zaczepnie i tym razem to on wyciągnął na mnie język.
– Jakiż ty niegrzeczny. Ciekawe, czy gdybyś miał bóstwo, też byłbyś taki złośliwy i zadziorny – założyłem ręce na piersi i spojrzałem na niego pewnie.
– Oh, widzisz. Wszystko jest do sprawdzenia – posłał w moim kierunku, zapewne tak zwany, swój firmowy uśmiech.
– Doprawdy? - uśmiechnąłem się. - Wybacz, ale muszę już iść. Miło się z tobą gawędziło, cieszę się, że mogłem cię znów zobaczyć, ale muszę już się zwijać. Bywaj, Phoenix, chowańcu w formie smoka – ponownie się mu ukłoniłem i zacząłem iść w swoją stronę.
– Eredin, zaczekaj! - usłyszałem tylko jak mnie woła, ale już nie zwracałem na niego uwagi.
Swój cel osiągnąłem. Nawet udało mi się ukradkiem wsadzić mu do kieszeni moją wizytówkę z numerem telefonu. Ciekawe, czy ją znajdzie i skontaktuje się ze mną. Z zadowoleniem na twarzy udałem się w kierunku swojego mieszkania, by móc w spokoju popracować nad rysunkiem, na który pomysł wpadł mi teraz do głowy.

2235

Eredin, zadanie 1, Walka z Akumą (+16)

Stałem przed płótnem i przyglądałem się temu, co przed chwilą skończyłem. Pozornie błogi i piękny krajobraz, kolejny z wielu, jakie stworzyłem. Następny z serii tych idealnych, bo przecież innych nie potrafiłem wykonać. Moim zwyczajem, wzięło mnie na przemyślenia. A niech cię, Eredin, jesteś bóstwem sztuki, nie umiesz inaczej, niż doskonale i bezbłędnie. Choćbym nie wiem, jak bardzo starał się zepsuć moje kolejne dzieło, to i tak będzie idealne, że aż oczy zaczynają łzawić z tego wszystkiego. Nie to jednak najbardziej zaprzątało moje myśli dzisiejszego dnia. Obraz był tylko przykrywką dla tego, co naprawdę mnie męczyło.
W okolicy pojawiła się silna Akuma. Doszły mnie słuchy, że to, z czego czerpie moc, to cierpienie innych. Eredin, nie masz się za bardzo czym przejmować, pomyślałem, przecież jeszcze się na nią, przynajmniej dotychczas, nie natknąłeś. Po chwili jednak skarciłem sam siebie, bo to wszystko nie było przecież takie proste. Ten demon żywił się już kilkunastoma osobami, a znając te podstępne gady, ma już na pewno na oku kolejną ofiarę. Pomijając tak oczywisty szczegół, ze zagraża poważnie również i mnie. Cholera, muszę się tym zająć. Odłożyłem pędzle i paletę i podszedłem do stołu, by ponownie przejrzeć notatki.
Po raz kolejny przyjrzałem się opisowi wyglądu Akumy. Jak to mają w zwyczaju, wyglądała dość specyficznie. Ta przybrała postać czegoś na kształt węża. Była podłużna, jednak dość gruba i poruszała się podobnie jak te gady. Cały jednak problem polegał na tym, że ciała nie pokrywała skóra, lecz kruczoczarne pióra. Ludzie lubowali się w osobliwościach natury, ale żeby w czymś takim? Nie mogłem wyjść ze zdziwienia, że ktoś mógł chcieć przygarnąć takie coś i myśleć, że to fajne zwierzątko domowe. Jak bardzo można się mylić...
Następnie skupiłem się na notatkach dotyczących zachowania ofiar Akumy. Ta powodowała u człowieka niewyobrażalne cierpienie. Zabierając to „coś:” do domu ofiara nie wiedziała, jak bardzo myli się co do tego, czym to owo coś jest.  Akuma, jak węże miały w zwyczaju, kusiła i zwodziła. Człowiek, w wyniku jej działań, robił najgorsze rzeczy, jakie mógł robić – znęcał się nad rodziną, dopuszczał się przemocy, krzywdził, zostawiał. Generalnie stawał się bestią. A gdy już wszystko tracił, Akuma wkraczała do akcji, stopniowo wyniszczając jego duszę i ciało, w wyniku człowiek popełniał samobójstwo. Ten konkretny demon prawie już wykończył swoją obecną ofiarę, musiałem więc działać szybko, by ją unicestwić i nie dopuścić, by opętała kolejnego naiwnego człowieka.
Postanowiłem zająć się tym wszystkim sam. Po co miałem mieszać w to kogokolwiek, skoro akurat nie miałem i tak nic lepszego do roboty? Zresztą... Trzeba popracować trochę w terenie, a nie siedzieć samemu w domu i tworzyć kolejne beznadziejnie piękne dzieła. Porzuciłem notatki i udałem się do swojego gabinetu, by przygotować broń. Za pasek czarnych dżinsów wetknąłem mój pistolet. Tak na wszelki wypadek, gdyby coś jednak poszło nie tak. Na tę konkretną okazję wybrałem dyskretny nóż i coś, by podpalić gadzinę. Wybrałem klasyczną zapalniczkę, którą dostałem od... Po jaką cholerę ja w ogóle to jeszcze trzymałem? Palnąłem się w czoło, odpędziłem nieprzyjemne wspomnienia i ruszyłem do wyjścia.
Był już późny wieczór, gdy wyszedłem z mieszkania. Tak, teraz najlepiej będzie to  zrobić, pomyślałem, i żwawym krokiem udałem się w kierunku mieszkania człowieka, do którego przyczepiła się ta wężowa Akuma. Byłem ubrany dyskretnie, w moją ukochaną czerń, więc w tej ciemności nie rzucałem się w oczy. Po kilku minutach marszu stanąłem przed kilkupiętrowym budynkiem. Wszedłem szybko do środka i udałem się do tego mieszkania.
Stanąłem przed drzwiami. Cisza. Eredin, nie dziw się, w końcu to noc, każda względnie normalna istota ludzka o tej porze śpi. W momencie,gdy chciałem zapukać do drzwi zobaczyłem, że są otwarte. Cholera, zły znak, bardzo zły. Ostrożnie wszedłem do środka i zamknąłem drzwi. Lepiej, żeby nikt mi nie przeszkadzał.
Rozejrzałem się pospiesznie i usłyszałem cicho syk. Oho, Akuma tu jeszcze jest. Na szczęście moje, albo i zgubę. Ruszyłem przez kolejne pokoje, kiedy spostrzegłem lekko widoczne światło w sypialni. Cicho podkradłem się do drzwi i nasłuchiwałem. Tylko cichy syk i płacz. Wszedłem szybko.
Przy łóżku zobaczyłem siedzącą na ziemi kobietę. Płakała, widać było, że jest zrozpaczona. W ręku trzymała pistolet. Cholera jasna, przekląłem w myśli. Wtedy spostrzegłem i Akumę. Wiła się wężowym ruchem wokół słupka łóżka z baldachimem. Syczała i spoglądała na mnie bezczelnie. Wiedziała...
– Hej, nie wiem, jak masz na imię. Ale, błagam, odłóż ten pistolet – rzekłem spokojnie do kobiety.
– Odejdź... - załkała i podstawiła pistolet do skroni.
– Hej, spokojnie. Na pewno nie jest za późno, bym zdołał ci pomóc. Jak masz na imię? - uniosłem ręce i odsunąłem się kawałek, żeby nabrała poczucia, że nie jestem jej wrogiem.
– Cassandra. I tak, dla mnie już dawno jest za późno... - rzekła kobieta,a  pistolet w jej rękach wypalił.
Kurwa, tego się nie spodziewałem... Głowa kobiety w miejscu, gdzie kula przeszła na wylot, wręcz eksplodowała. Odłamki kości, skóry i tkanki mózgowej wraz z krwią obryzgały nie tylko łóżko, ale też ścianę. Zepsułeś Eredin, kompletnie zepsułeś. Mogłeś poprosić kogoś o pomoc to nie, wolałeś iść sam. Idiota, kompletny idiota. W dodatku nieodpowiedzialny. Już miałem się ruszyć, kiedy poczułem coś na nodze. O cholera, Akuma. Kompletnie o niej zapomniałem. W kolejnym momencie poczułem już tylko, jak wężowe ciało, choć z ptasimi piórami, zaciska się na moim gardle... Ja pierdole, pomyślałem... Zacząłem się szarpać z całych sił bo wiedziałem, że nie mam zbyt wiele czasu. Ten demon za chwilę mnie udusi...
Już czułem, jak uciekają ze mnie resztki sił. Już myślałem, że nie podołam... W ostatniej chwili udało mi się zerwać to coś z własnej szyi. Popatrzyłem na to cholerstwo.
- Ale jesteś paskudna, Akumo – rzekłem wściekły i zdyszany, po czym szybkim ruchem odciąłem jej głowę nożem. Ups, skończyło się życie tej paskudy. Zebrałem szybko do worka to, co zostało z demona i zadzwoniłem po odpowiednich ludzi. Przyjechali, wyjaśniłem im całą sytuację. Nie pytali i zajęli się ciałem. Popatrzyłem z nieukrywanym smutkiem na tą kobietę. Przynajmniej na to, co z niej zostało. I wyszedłem z mieszkania.
Dotarłem do mojego mieszkania. Zamknąłem za sobą drzwi i udałem się do piwnicy. Czym prędzej musiałem spalić tego gada. Usiadłem na podłodze i wyciągnąłem to cholerstwo z worka. Dalej wrednie się na mnie gapiło. Dobrze, że zdechłeś, pomyślałem. Potem jednak przypomniało mi się, co przez tę  Akumę zrobiła ze sobą Cassandra... Od razu posmutniałem. Nie zdążyłem, zawiodłem... Położyłem ciało demona na worku i odmówiłem krótką modlitwę. Po chwili wstałem, polałem to benzyną z kanisterka i podpaliłem.
– Won do piekła kurwo wściekła – wysyczałem wściekle przez zaciśnięte zęby.
Popatrzyłem i zaczekałem, aż wszystko doszczętnie spłonie. Zebrałem popiół i wrzuciłem do pieca. A potem poszedłem do kuchni się upić.

1075

Od Phoenixa Do Eredina + Quest numer 1 "Zobacz kotku co mam w środku"

Piękny sen, opowiadający o tym jak cudowne jest tutaj życie, życie, którego i tak nienawidzę, ale czy mam wybór? Śpiew ptaków, powarkiwanie Akum, to wszystko przerwał najbardziej irytujący dźwięk jaki istnieje na każdym kontynencie czy nawet planecie, przecież nie wiadomo czy w galaktyce nie ma innych stworzeń, które nienawidzą tego uporczywego dźwięku jaki wydaje z siebie - budzik.
To cholerstwo w plastikowej obudowie, oberwało silną ręką, więc usłyszałem tylko odgłos spadającej sprężyny na ciemne panele. Nikt nie ma prawa mnie teraz budzić, ja nic tutaj nie muszę robić, więc z chęcią pośpię trochę dłużej, choć dziwnie brzmi, to jeśli orientujesz się, że to dopiero godzina piąta nad ranem
Położyłem się na plecach i gapiłem się w śnieżnobiały sufit. Ktoś mi powie dlaczego to robię?
Szczerze chyba z czystego lenistwa.
Po dobrych dziesięciu minutach zwlokłem się z łóżka, podchodząc do szafy, z której wyciągnąłem czarną bluzę i szare spodnie dresowe gdyż stwierdziłem, że czas iść pobiegać.
Szybko się przebrałem i wyszedłem z chatki, która znajduje się na obrzeżach miasta. Centralne umieszczenie, mego cichego miejsca, nie wchodzi w grę, za głośno tam.
Dzisiaj nadałem sobie spore tempo, którego żałowałem pod koniec mej wycieczki krajoznawczej, ponieważ moje kolano nie dawało mi żyć. Głupie łączenia nogi.
Podziwiałem po drodze tereny, widziałem kila bóstw, patronów czy też innych chowańców. Niektórzy niepokorni, inni ulegli. Co się stało z tym światem, dlaczego on jest tak prostolinijny?
Truchtając do domu zastanawiałem się, co by było gdyby wszystko to co jest teraz okazało się wizją, bądź też snem, a ja nadal leżałbym w łóżku z Alvesem. Na to wspomnienie zrobiło mi się przykro, mały Dante zawsze nas podziwiał, choć pytał milion razy kiedy mama po niego wróci my zawsze odpowiadaliśmy, że mama musiała wyjechać daleko do pracy, bo pracuje ciężko na niego, a on jest u nas na wakacje. Choć mały nie zwracał na to uwagi, ale był u nas już dwa lata. Miał ojca, którego nie poznał wcześniej więc Alves postanowił, że zmierzy się z rodzicielstwem. Został jego ojcem, a ja dalej byłem najlepszym wujkiem, który dawał wiele zabawek na święta.
A teraz? Wszystko przepadło i nic już do mnie nie wróci.
Wzdychając ciężko usiadłem pod murem, który był niedaleko mojego domu. Potrzebowałem chwili aby to wszystko ułożyło się w jasną całość.
Podkurczając nogi, oparłem brodę na kolanach i zorientowałem się, że jeśli będę to wszystko robił jak do teraz to daleko nie zajdę.
Ostatnie moje dni wyglądały tak, że wychodziłem rano na bieg, szedłem spać, zjadłem coś małego i ponownie się kładłem.
Stanie w miejscu nie jest w moim stylu, ale nie mam sił aby ruszyć swe cztery litery i iść gdzieś aby poznać kogokolwiek.
Siedziałem tak do czasu kiedy koło mnie nie przebiegł jakiś pies, który wydawał się dość zagubiony, wyglądał dość zwyczajnie, ale przypuszczam, że to był jakiś chowaniec.
Podnosząc się otrzepałem spodnie i ruszyłem do domu, aby wziąć szybki prysznic.
Mijały godziny, a ja dalej siedziałem i nie wiedziałem co ze sobą począć.
- Dobra Ramirez wstawaj, bierz ręcznik i ruszaj na gorące źródła, które są umiejscowione niedaleko mojego aktualnego miejsca zamieszkania.
Po tej myśli przebrałem się w coś bardziej odpowiedniejszego niż jeansy i zabrawszy wszystko ze sobą ruszyłem w stronę miejsca, które ma pozwolić mi zapomnieć, choć na chwilę o wszystkim.
Dochodząc na miejsce zrzedła mi mina. Cholera, liczyłem na to, że nikogo nie będzie, bądź też spotkam garstkę osób.
Wzdychając zrezygnowany z powodu sporego zatłoczenia zarzuciłem na ramię ręcznik i już miałem wracać do domu, gdy moim oczom ukazało się wolne miejsce. Odludzie, nikogo tam nie ma, a ja tego właśnie potrzebuję.
Udałem się do tego źródła i wszedłem do niego zamykając oczy i odprężając się, pozwalając na to prawie wszystkim mięśniom.
- Mogę? - z pięknej chwili poszło wszystko w pizdu. Chciałem posiedzieć sam, a tu mi jakiś dziad będzie dupę pchał w moją oazę spokoju.
- Tak.. - rzekłem lekko zachrypnięty, starając wrócić do mojego błogiego stanu.
- Jestem Eredin - rzekł wystawiając w moją stronę dłoń.
Ja pizgam serio?! Chciałem mieć spokój a tu wszystko idzie na nic?
- Phoenix Alexander Montoya Ramirez - uścisnąłem jego dłoń z kamienną twarzą, przy okazji przyglądając mu się. Jego czerwone oczy były interesujące, tak samo jak włosy koloru bieli. Ten za to  patrzył na mnie, jak by było coś ze mną nie tak. Nie facet nie mam żółtych papierów. Fakt jeśli by sobie poszedł było by o wiele lepiej, ale jeśli zamilknie może siedzieć.
- Nie sądziłem, że jeszcze ktoś przedstawia się pełnymi danymi.
- Ciesz się, że nie powiedziałem całości.. - warknąłem odwracając głowę.
- Widzę, że nie jesteś zbyt uprzejmy.
- Jestem ale akurat nie mam humoru.. - po tych słowach wyszedłem, miałem po prostu dość, czas się ulotnić.
Ruszyłem do domu aby ubrać się w czerwoną koszulkę, me trapery oraz skórzaną kurtkę, która jest najlepszym prezentem jaki tylko dostałem.
Gdy zakończyłem rytuał ubierania się ruszyłem na miasto w poszukiwaniu murku, na którym bez karnie będę mógł się wylegiwać.
Dotarłem do takiego miejsca. Fakt było to centrum, a dookoła znajdowali się ludzie, ale kto normalny podejdzie do leżącego na kamiennym murku smoka, aby im spalił włosy, gdyż wzniesiona ma ostoja była trochę wyższa niż stojąca przed nią drewniana ławeczka.
Cóż mogę rzekną. Nie wyglądam oczywiście na wielkiego smoka, mam jakieś pół metra, gdzie kolor czarny dominuje w mym ubarwieniu. Znajdą się też szczegóły, gdzie barwa jest czerwona.
Aktualnie nie posiadam skrzydeł, gdyż nigdzie nie mam zamiaru latać, chyba, że po piwo do sklepu.
Zamykając oczy z nadzieją, że prześpię kilka godzin poczułem, że jakiś popapraniec usiadł właśnie w tym miejscu. Czy na prawdę oni przestają się bać smoków? - otworzywszy oko dostrzegłem jego.
- Znowu ty? Warknąłem wystawiając przy okazji język.
- A ty co, jaszczurka? - zapytał mężczyzna.
- Jestem smokiem, smokiem, to że robię językiem tak,
nie oznacza, że jestem jaszczurką! - krzyknąłem wracając do człowieczej formy.
- Potrzebujesz czegoś? Twoja żona nie wie, że pochodzisz z ubóstwa i nie chcesz się przyznać, jesteś jednak kobietą, tyle ze z jajami czy o co ci chodzi.. Piesowaty? - spojrzałem na niego, a ten zmarszczył brwi. - Lis? - znów to samo - To czym ty jesteś? Baranem, koniem, kurą? - powiedziałem spokojniej, lecz obserwowałem go uważnie, bo nie chcę zaraz czymś oberwać. Nie wiadomo co taki cicho ciemny typ może mieć w spodniach... Czy też gdzie indziej.

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Od Nexarona cd. Makoto "Przedszkolaki"


- Nie wiele bardziej niż otwieranie drzwi - przyznał bez chwili zastanowienia i uśmiechnął się z satysfakcją. Umiejętność wilka sama w sobie przecież nie była niczym niezwykłym. Po prostu otwierał przejściu z punktu A do punktu B. To nie tak, że tworzy on ognia, wodę, czy błyskawicę z nicości, wpływa na pole grawitacyjne w swym otoczeniu, zamienia się w cień, lub chwyta światło, aby tworzyć z niego na przykład broń. Nex potrafił "tylko i aż" otworzyć "drzwi" tam, gdzie ich nie było pierwotnie prowadzące do miejsca, którego było w zupełnie innym miejscu. W zawiązku z tym moc nie wymagała od niego wiele wysiłku, a to jakie jej wykorzystanie dawało efekty, było już skutkiem samej pomysłowości wilka.
- Niby tak, ale jeśli będę nieostrożny to może "zeżreć" pół muzeum i ciebie przy okazji, więc wiesz - i choć Nex starał się, aby brzmiało to poniekąd jako żart, to zostawił wyraźną aluzję, że wcale tak nie było. Ostatecznie wszystko zależało od tego, jak bardzo skupiłby się na zadaniu. Mimo iż mogło się wydawać takie proste, to w pewnych sytuacjach (na przykład po wypiciu za dużo) nawet chodzenie wydawało się zadaniem niemożliwym. Pomijając już zupełnie fakt, że pozbawiało to możliwości walki osobiście wilka.
Teraz przyszła jednak najwyraźniej pora na to, aby Makoto się trochę rozgrzał i nie trzeba było go nawet do tego zachęcać. Ochoczo skierował swoje kroki do korytarza, które zalała cienista maź bez ładu i składu. Może próbowała ich wystraszyć samą swoją wielkością, lecz Makoto nic sobie z tego nie robił. Ciął na przemian na lewo i prawo śmiało idąc przed siebie. Za każdym razem, gdy opadało jego ostrze, kolejna część cielska potwora znikała. Nie będzie więc niespodzianką, że nie minęła nawet minut nim po akumie nie pozostał nawet ślad, a wokoło zapanował pozorny spokój. Żaden jednak z chowańców nie dał się temu oszukać. W powietrzu wisiała burza i niemal dało się poczuć krążące wokół napięcie. Bez wątpliwości niepożądani mieszkańcy tego muzeum zaczynali się budzić i chyba czuli się na siłach, aby podołać ich dwójce. Normalnie fakt, że byli w stanie usłyszeć ruch z każdej niemal strony byłby czymś złym, bo oznaczał, że zostali otoczeni, ale czy było to też prawdą w tej sytuacji? Osobiście Nex uważał, że to świetna sprawa, bo gdzie się nie obejrzy, powinien znaleźć wroga.

374 słowa

Chowaniec Inugami- Azazel

Imię: Azazel
Przezwisko: Najczęściej używanym jest Kairos. Pozostają jeszcze wszelkie odmiany jego imienia, jednak na nie pozwala mało komu.
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Inugami
Moc: Najzwyczajniej w świecie panuje nad ogniem. Najwidoczniej los postanowił sobie z niego zadrwić i pozwolić mu panować nad tym, czego najbardziej się boi od czasu ostania chowańcem.
Charakter: Z początku chłopak wydaje się wyobcowany i samotny. Mało się rusza i mówi jeżeli nie jest mu to potrzebne do szczęścia. Na pierwszym miejscu stawia swojego pana, potem siebie, a potem słabszych od siebie. Osób silnych nawet nie zaszczyci swoją uwagą, jeżeli oni się nie zaczną o to ubiegać. Jeżeli takiego spotka przeleci po nim wzrokiem. Zawsze jednak wszystkich bacznie obserwuje. Jego charakter nie należy do logicznych, bo i po co. Mimo to należy on do agresywnych osób, jeżeli tylko dotkliwe zranisz jego pana jest w stanie wyszarpać ci serce na miejscu. Za lekkie pobicie może pozbawić ręki, którą zadałeś mu ból. Nie nawiedzi osób, które krzywdzą słabsze osoby. Zawsze stanie w ich obronie, nawet jak ich nie zna. Jednak rzadko kiedy wdaje się potem z nią w dyskusje, zależy mu na braku dręczenia, a nie na znajomościach. Mimo bycia psem, jest raczej samotnikiem, któremu wystarczy tylko ta jedyna osoba, osoba przy której zostanie na zawsze, aby jej bronić. Nie należy do wiernych osób, jest taki tylko dla swojego pana. Cała reszta go już tak bardzo nie obchodzi. Dla swojego boga/bogini zrobi dosłownie wszystko, jednak jeżeli obca mu osoba o coś go poprosi najzwyczajniej prychnie. bóg jest alfą, a on bethą, cała reszta to nic nieznaczące omegi, które nie mają brawa mieć do niego jakich kolwiek próśb. Trzeba też brać pod uwagę, że jest nieufny do osób, które z grzeczności spytają jaka jest pogoda. Raczej odpowiedzą, bo ktoś go męczy głupimi pytaniami. Miły jest jedynie wobec tej jedynej osoby.
Aparycja: Jak wygląda Twój chowaniec
  • Włosy: Włosy Azazela są koloru czarnego, tak samo jak sierść w psiej postaci. Są one krótkie, bowiem sięgają jedynie kawałek za uszy. Są one jednak gęste i lekko pofalowane. Jako pies ma przyjemną w dotyku sierść, w której dłonie same się zatapiają. Łatwo jednak się kołtuni i łapie brud, przez co trzeba ją często czyścić. 
  • Twarz: Jego twarz jest łagodna, jednak w oczach ukrywa się jego cała agresja. Oczy są koloru niebieskiego, a w nocy pobłyskują żółtym blaskiem. Rysy twarzy ma delikatne i mało kiedy widać na niej jakie kolwiek emocje. Czasem jeżeli się dokładnie przyjrzysz widać lekkie drgania mięśni, świadczące że chłopak jednak ma uczucia. Z ust wystają mu dwa kły, typowo psie kły. Jako kundel ma czerwone oczy i długi pysk, z którego wystają długie zębiska. W obydwóch postaciach posiada długie i szpiczaste uszy ruchliwe we wszystkie strony. 
  • Postura: Chłopak nie należy do wysokich i barczystych obrońców, a mimo to nadaje się do walki. Ma on zaledwie 164 cm wzrostu i lekki zarys mięśni. Jest a to szybki i zwinny co często daje mu przewagę nad osiłkami, którzy myślą że są silniejsi. Jak wiadomo ochrona to nie tylko dawanie w łeb innym, ale też wyprowadzanie z katastrof. W postaci psa jest natomiast wysoki, ponieważ jest wielkości typowego mastifa ( 74 cm w kłębie ). To tego ma długie nogi, które pozwalają mu szybko i długo biegać, oraz masywny tułów. 
  • Inne: Z reguły nosi na sobie ciemna, a najlepiej czarne ciuchy, adekwatne do sytuacji i temperatury. Na jego szyji można dostrzec dwie rzeczy, albo jest to nieśmiertelnik z jego danymi, albo czarna obroża z fragmentem smyczy. Posiada też kolczyk po lewej stronie w dolnej wardze, oraz tatuaż przypominający płomienie na prawym ramieniu. 
Bóstwo: Szuka osoby, której będzie mógł chronić za wszelką cenę. Osoby, która potrzebuje tej ochrony, a nie tylko jej chce. Azazel nie wybierze kogoś kto jest w stanie poradzić sobie sam, albo ma już innego chowańca i chce jedynie powiększyć swoją kolekcje.
Relacje:
  • Przyjaciele: On i przyjaciele? Raczej w to wątpię, ale może kiedyś, kto go wie.
  • Wrogowie: Każdy kto podnosi rękę na słabszego staje się wrogiem w jego oczach.
  • Druga połówka: Biorąc pod uwagę, że jest wierny tylko jednej osobie to jedynie jego bóg/bogini mógłby/mogłaby nią zostać, więc raczej o tym zapomnijmy. 
Ciekawostki:
  • Nie pamięta dokładnie swojego życia jako człowiek, a jedynie urywki. Był osobą, która mieszkała w domu dziecka i od zawsze pomagała innym. Nie lubił dręczyć słabszych, wręcz przeciwnie. Nienawidził osób, które pastwiły się nad innymi. Zginął w pożarze jednak nie pamięta ile dokładnie miał lat. Na pewno coś koło osiemnastki. 
  • Mało kto o tym wie, ale Kairos uwielbia śpiewać i często robi to kiedy myśli, że jest sam. Może kiedyś uda ci się go podsłuchać?
  • Pomimo tego jaki jest dla obcych, lubi być głaskany przez tą jedyną osobę, która jest dla niego całym światem.
  • Jako pies jest najzwyklejszym kundlem, podsobnym trochę do owczarka,a trochę do dobermana. 
  • Może nie wgląda, ale zalicza się do całkiem dobrych kucharzy i piekarzy. 
  • Jest typowym mięsożercą, chociaż czasem je roślinne pożywienie. 
Operator: Akuma / wikusia1331@gmail.com

Bóstwo Sztuki - Eredin Bréacc

Imię: Eredin Bréacc
Przezwisko: Nigdy żadnego nie miał
Typ bóstwa: Sztuki
Płeć: Mężczyzna
Dar: Na swoich wyznawców zsyła natchnienie, które pozwala im tworzyć sztukę doskonałą. To, co pod wpływem tego błogosławieństwa zostanie wytworzone, jest piękne i wzbudza powszechny zachwyt.
Charakter: Eredin to bez wątpienia artystyczna dusza. Kocha wszystko, co związane ze sztuką - uwielbia rysować, grać na instrumentach, malować, rzeźbić, a nawet szyć. Ma milion pomysłów na minutę i najczęściej nie wie, w co włożyć ręce, a c za tym idzie, nigdy się nie nudzi i nie lubi się lenić. Jest miły dla innych w swoim otoczeniu, choć niezbyt przepada za większym towarzystwem. Woli spędzać czas raczej w wąskim, nawet bardzo wąskim gronie osób. Przyjaciół traktuje jak największe dobro i błogosławieństwo, dba więc o nich, jak tylko może. Ponad wszystko ceni sobie szczerość oraz lojalność. Sam jest niezwykle prawdomówny i nie boi się wyrażać własnego zdania, choć jest bardzo oszczędny w słowach. Można powiedzieć, że nie rzuca ich na wiatr. Niektórzy mogliby pomyśleć, że jest milczkiem, choć prawda jest zupełnie inna. Niezbyt przejmuje się sobą samym i, jeśli już o sobie myśli, to tylko wtedy, kiedy brakuje mu płótna do obrazu czy materiałów do szycia. Jeśli chodzi o jego humor, to pasuje całkiem do jego charakteru. Jest powściągliwy w okazywaniu emocji i swoje uczucia woli zachować dla siebie, trzymając je tak głęboko, jak tylko jest to możliwe.
Aparycja:
  • Włosy: Nosi krótko obcięte włosy, bez zbędnego ich układania. Ich kolor można najłatwiej określić jako biały lub siwy.
  • Twarz: Jego twarz ma trójkątny kształt, lecz jest lekko zaokrąglona. Bez wątpienia przyciąga jednak uwagę innych. Głównym tego powodem są oczy - mają czerwony kolor i widać w nich czasami przebłysk fioletu.
  • Postura: Jest drobnej budowy ciała, choć bez wątpienia nie jest słabeuszem. Ma około 180 cm wzrostu.

Chowaniec: Na razie nie jest z żadnym związany, choć nie wyklucza, że nie ma nikogo na oku.
Relacje:
  • Przyjaciele: Ma ich niewielu, a tak naprawdę tylko jednego.  Kochanków i partnerów dawno już nie widział. Raczej jest samotnikiem.
  • Wrogowie: Choć bardzo starał się o tym zapomnieć, ma ich kilku. Omija ich jednak szerokim łukiem.
  • Druga połówka: Jest homoseksualny i obecnie wolny.
Ciekawostki:
  • Jego kolor oczu oraz włosów spowodowany jest albinizmem.
  • Ponad wszystko z wszelkich sztuk ceni sobie muzykę. Kocha wszelkie podgatunki muzyki rockowej czy metalowej.
  • Jego ulubionym kolorem jest czarny.
  • Ma słabość do mundurów.
  • Od czasu do czasu można go zobaczyć z gitarą elektryczną, choć niezbyt lubi się z nią pokazywać przed innymi.
  • Ma cudowny głos.
  • Jeśli rysuje, to głównie kredkami akwarelowymi.
  • Wstydzi się, gdy ktoś widzi, jak tworzy.
Operator: Anonim


Chowaniec Youkai - Phoenix

Imię: Phoenix Alexander Montoya Ramirez
Przezwisko: Każdy się go boi, więc nie ma za dużo przezwisk, ale spotkał się już z Fenkiem i Alexem.
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Youkai
Moc: Potrafi zmieniać swój rozmiar niezależnie od tego czy jest w formie człowieka, czy też nie. Poza tym porusza się bezszelestnie. Ogranicza go tylko brak bóstwa, który to jest mu potrzeby do osiągnięcia pełnej formy wielkiego smoka. Gdy już znajdzie swojego "przewodnika" może wykorzystać swoją wielką formę tylko raz na dwa miesiące, gdyż po tym jest bardzo osłabiony i jego organizm musi się zregenerować.
Charakter: Co można powiedzieć o mężczyźnie, który w jeden dzień stracił wszystko co miał? Jak każdy, jest wściekły na wszystkich i na wszystko, potrafi nawet spalić oddechem motylka, bo będzie go denerwował, ale czy on jest taki przez cały czas? Wszyscy będą się zastanawiać, gdzie można wpisać typa z wypisanym mordem na twarzy. Fakt, nie wygląda na miłego, lecz właśnie taki jest, towarzyski jak i rzadko ostatnio uśmiechnięty. Ochrona najbliższych przyjaciół czy też kogoś w niebezpieczeństwie jest dla niego priorytetem. Uwielbia się lenić, lecz nigdy mu to nie było dane. Upór jest zgubny, ale co mu po tym, nie umrze milionowy raz. Stara się pocieszać każdego smutnego osobnika, jednak średnio mu to wychodzi. Uległości nauczyła go rodzina, więc nie stawia się byle komu, czasami jednak warto odpuścić. Jego humoru nie idzie opisać tak łatwo, ale skracając to do kilku słów, nie radzę ci go denerwować, gdyż może mieć akurat ochotę na morderstwo.

Aparycja: 
  • Włosy: Fryzura Fenka, jest zazwyczaj schludna i nie wyróżnia się za bardzo na tle innych. Jego włosy są koloru kruczoczarnego, zwykle zaczesane do tyłu.
  • Twarz: Posiada lekko kwadratową szczękę, twierdząc, że to dodaje mu lekkiego uroku, gdzie jego oczy odstraszają, które są koloru rudości, jeśli się wścieka, bądź też złota pomieszanego z szarością, jeśli jest spokojny i nic go nie denerwuje.
  • Postura: Alex jest wysportowanym mężczyzną, gdyż kto widział ulańca w profesjonalnym starciu na ringu, gdzie walczył, aby zarobić na rodzinę, którą kochał nad życie. Nie jest za wysoki, gdyż jego wzrost to zaledwie 175cm. Nie przejmuje się tym za bardzo, lecz chciałby mieć chociaż te pięć centymetrów więcej. Na rękach chłopaka widnieją tatuaże, przedstawiające krzyże, czy też smoki.
Bóstwo: Jest skory wysłuchać każdej propozycji.
Relacje:
  • Przyjaciele: Na ziemi posiadał swojego przyjaciela, jak i również kochanka, ale twierdzi, że tamten już o nim zapomniał.
  • Wrogowie: Większość z nich umarła, choć raczej znajdą się osoby, które chcą go zabić, chociażby dla łusek.
  • Druga połówka: Jest homoseksualny, lecz bi romantyczny, więc będzie mu ciężko kogoś znaleźć.

Ciekawostki:
  • Wychowywał wraz ze swoim chłopakiem pięcioletniego syna swojej siostry, kiedy ta popełniła samobójstwo.
  • Został otruty przed walką i zmarł na miejscu.
  • Nie posiada żeber wolnych, gdyż musiał je wyciąć z powodu ich połamania.
  • Jest mańkutem.
  • Gdy trafił do tego świata często izoluje się od wszystkiego, zamieniając się w smoka kieszonkowego i wyleguje się całymi dniami na ławkach, dachach czy płotach.
  • Jego prawa łydka jak i stopa, jest wykonana z metalu, gdyż jako dzieciak stracił nogę w wypadku samochodowym
  • Pali tylko dla towarzystwa, głównym jego nawykiem jest alkohol.
  • Codziennie rano biega.
  • Gra na gitarze elektrycznej.
  • W swoim lokum posiada czaszkę Akumy, którą sobie przystroił metalowymi elementami, oraz posiada z nią zdjęcia.
  • Kocha muzykę i próbował kiedyś śpiewać.
  • Jego ulubionym kolorem jest czarny i biały.
Operator: Konia 2000