wtorek, 19 czerwca 2018

Od Nexarona Do Nathan'a "Pasaż Róż"


   Sztuka to bez wątpienia nie było coś, czego miłośnikiem był Nex. Próby zgadywania co autor miał na myśli, jakoś go nie bawiły, jeśli nie miały one praktyczne zastosowania i dlatego nigdy nie bawił się w jej interpretację. Może również to było powodem dla którego sztuka do niego "nie przemawiała". W najlepszym wypadku coś mu się najzwyczajniej podobało, a i tak nie było wówczas mowa o sztuce wysokiej, a raczej tej ulicznej. Live performance, czy nawet niektóre przykłady graffiti, gdy nie ograniczyły się do wulgarnych słów, oraz przejawów wandalizmów, potrafiły go zainteresować na krótką chwilę. Nie było to jednak coś, co trafiało się za często i dlatego fakt, że coś takiego dzisiaj znalazł, zostanie w jego pamięci na pewien czas. Co to było, że mogło zainteresować kogoś tak opornego na sztukę? Nic nadzwyczajnego na pierwszy rzut oka. Ot zabłąkany promyk światła na moment oślepił wilka, gdy spacerował po mieście. Naturalnie nie przejmował się dziwnymi spojrzeniami ludzki na jego uszy, czy ogon skoro i tak zaraz o wszystkim zapomną. Wracając jednak do tego zjawisko, które zwróciło jego uwagę po odszukaniu źródła Nex wkroczył w jedną z bram zabytkowej kamienicy, a następnie w boczną, ale zadbaną uliczkę, aby dostrzec dość niecodzienny widok. Całe ściany budynku po obu stronach, a były on wysoki na dwa piętra nie miały normalnej fasady, a zamiast tego były przyozdobione na pierwszy rzut oka losowo rozmieszczonymi kawałkami luster. Gdy jednak spojrzało się z większej odległości to tu, to tam dało się dostrzec pojedyncze kształty, które w jego przynajmniej odczuciu miały być kwiatami. Zapewne różami, ale nie dałby sobie za to ręki uciąć. Widok był niemalże magiczny, gdy świeciło słońce i to właśnie sprawiło, że na chwilę przystaną w tym miejscu podziwiając czyjąś pracę.


284 słowa

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Bóstwo Sztuki - Nathan

Imię - Nathan
Przezwisko - Nate, ale tak pozwala sobie mówić tylko zaprzyjaźnionym osobom
Typ bóstwa - Bóg sztuki - wszelkiego rodzaju modlitwy o właściwe i pomyśle odegranie roli kierują się właśnie do niego. Począwszy o 6-cio latki recytującej wierszyk dla mamy aż po najlepszych aktorów. Uwielbia swoją robotę, spełnianie modlitw prawdziwych artystów to dla niego czysta przyjemność.
Płeć - Bóg, nie ma co do tego żadnej wątpliwości.
Charakter - Uwielbiające dobre wino, ceniące sobie spokój, zrównoważone, narcystyczne, małomówne bóstwo. Brak chęci do jakichkolwiek rozmów nie wynika z jego nieśmiałości, wręcz przeciwnie, Nathan uważa iż wdawanie się w bezsensowne dyskusje z osobami niezbyt rozwiniętymi intelektualnie męczy obydwie strony. Na jakiekolwiek uwagi dotyczące jego milczenia
odpowiada zawsze tak samo "dialogu muszą chcieć obydwie osoby, w naszym wypadku, tylko jedna". Mężczyzna jest świadomy swoich wad, i chociaż ma ich całkiem sporo skupia się głównie na swoich mocnych stronach, jak najlepiej je pokazując. Jest wyjątkowo obeznany w kulturoznawstwie, literaturze, historii sztuki i różnych gatunkach muzycznych, można z nim rozmawiać na każdy jestem temat, w skrócie - jest osobą inteligentną, szukającą osób z którymi może poprowadzić konwersację "na swoim poziomie". Wśród składanych do niego modlitw codziennie wyszukuje perełek, np. o pomyślny przebieg sztuki teatralnej i wtedy schodząc na ziemię rozsiada się w pojedynczej loży z kieliszkiem wina i ocenia starania ludzkich istot. Przez swój wygląd może sprawiać wrażenie aroganta, uwielbia bowiem patrzyć na innych spode łba, co jego wysoki wzrost bardzo mu to ułatwia. Nie cierpi dzieci - niesamowicie go denerwują, tak samo jak ograniczeni ludzie, którzy nie mając żadnego doświadczenia w sztuce krytykują jej dzieła. Za swoim charakterem ciągnie pasmo wad - ma skłonność do bójek gołymi rękoma, jeżeli ktoś go sprowokuje. Nienawidzi czarnego humoru i jakichkolwiek żartów na poziomie 0, jawnie to pokazując. Nie lubi rozmawiać na temat swoich poglądów, uważa, że tylko prowokuje to drugą stronę do kłótni i ostrych dyskusji, a po co to komu. W życiu zdążyło mu się śpiewać czy też rozmawiać z samym sobą, o ile upewni się o swojej zupełnej samotności.
Aparycja :

  • Włosy - Gęste, czarne, opadające na czoło, równo przycięte i zawsze zadbane. Twarz - O wyjątkowo męskich rysach. Zaostrzone kości policzkowe, czynią z niego wyjątkowo przystojnego mężczyznę, wyglądającego starzej, niż jego wiek może na to wskazywać. Cera jest blada, usta przeważnie zaciśnięte w wąską kreskę, oczy zmrużone, brązowe. 
  • Postura - wysoka, szczupła sylwetka (1,90) najlepiej obrazująca jego pewność siebie. Nathan zawsze chodzi wyprostowany, rąk nigdy nie trzyma w kieszeni wyrażając szacunek do ewentualnego rozmówcy. Głowę zawsze ma zadartą do góry, chcąc pokazać, że nikogo się nie boi, czy nikt też mu nie podskoczy. 
  • Inne - chodzi tylko w garnituach, jeżeli jest na ziemi. W swoim wymiarze również nie ucieka za daleko od swojego stylu bycia, na jego ciele, nie zależne od pogody, zawsze zapięta jest koszula i to koniecznie na ostatni guzik.

Głos Andy Black
Chowaniec - -
Broń - -
Relacje :

  • Przyjaciele - - 
  • Wrogowie - można by wymienić paru, co jak na całkiem nowe bóstwo, jest fenomenem, chociaż zawdzięcza to tylko i wyłącznie swojemu charakterowi, który toleruje zdecydowanie zbyt mało osób.
  • Druga połówka - -

Ciekawostki

  • Uwielbia dobre wino, tak samo jak palenie papierosów. Pomimo swojego nałogu jeszcze nigdy nie miał kaca - jego po prostu nie da się upić.
  • W jego świątyni, na każdym możliwym regale, półce, szafce, blacie czy stole wszędzie są książki. Od literatury pięknej po fantasty. Tak samo jak obrazy wielkich malarzy... One po prostu tam są, mężczyzna nie przywiązuje wagi do tego, skąd się tam wzięły. 
  • Mało się uśmiecha. 
  • Ma słabość do krwisto czerwonych róży.


Operator - Na discordzie William.

Od Shinaru CD Kagehiry "Zazdrość jest ślepa"


Nie wiedziałem co miałem tak właściwie robić. Moje czyny mogły mieć różnorakie skutki....nie koniecznie takie jakie zamierzałem. Naprawdę nie chciałem, by z mojego powodu cierpiał czy zamartwiał się. Nie od tego tu w końcu jestem. Musiałem otaczać go ramionami, by chronić go przed wszelkim złem, choć tak naprawdę ja zaliczyłem się do nich. 
Opuściłem pokój bóstwa przeznaczenia, a następnie świątynie. Przeciągnąłem się wstępnie na ganku biorąc jednocześnie głęboki wdech dla uspokojenia nerwów. Wieczorne powietrze działało na mnie kojąco i nim się spostrzegłem moje ciało zaczęło powoli biec w bliżej nieznanym mi kierunku. Rozpiąłem na dodatek bluzę, by chłodne powietrze na bieżąco chodziło moje ciało i nie pozwalało mi się zatrzymywać. Chciałem wyzbyć się w ten sposób wszystkich zmartwień i przekonać samego siebie, że jestem w stanie nagiąć własne limity by osiągnąć postawiony mi cel - a jest nim obrona mojego ukochanego bóstwa.
Przemierzałem wpierw ubite wiejskie drogi obserwując znajdujące się niedaleko centrum miasta. Wysokie budynki z tej odległości i o tej godzinie wydawały się takie odległe i niedostępne dla kogoś takiego jak ja. Zawsze mieszkałem na przedmieściach, gdzie każdy domek wyglądał prawie, że identycznie, dlatego duże miasta wydawały się dla mnie zbyt duże... a w szczególności to w Kami. Nie było tu w prawdzie samochodów, czy aż takich tłumów ludzi, lecz uczucie pozostawało niezmienne. 
Skręciłem w jedną z dróg prowadzącej do tej pięknej metropolii...o ile mogę to tak nazwać. Słońce akurat zachodziło za miastem, co dawało piękny efekt...jakby budynki były podświetlane. Aż przyjemnie się na to patrzyło, tyle że przez to nie patrzyłem zbytnio pod nogi. Normalnie bym zauważył i wyminął przejeżdżający wóz na moście, lecz tym razem... ani ja , ani youkai prowadzącego konia nie mieliśmy szans na uniknięcie tego. Koń ciągnący przyczepkę widocznie się czegoś wystraszył, przez co farmer siedzący na niej nie mógł nad nim zapanować. Była to dosłownie chwila, by koń na mój widok stanął na tylnych nogach . Próbowałem zahamować przed wierzgającymi kopytami, lecz skończyło się to jedynie spotkaniem z twardym gruntem....oraz na-na moje nie szczęście- z kołami drewnianego wozu. Koń zaczął biec dalej, przez co znalazłem się pod jego kołami. Jedno z nich przejechało mi po dłoni, a krawędź zaczepiła o moją głowę. Nie wiem jakim fartem to uderzenie nie odebrało mi przytomności, chociaż może i to lepiej. Poczułem jak ciepła ciecz powoli spływa po moim czole, mija oko i płynie dalej przez policzek aż nie zaczęło kapać na ziemie. Krew... no to się ładnie wkopałem. Już po chwili nie widziałem nic poza czerwienią na jednym oku... i to najgorsze, że to było prawe na które głownie patrzyłem. Grzywka nie radość. 
Mogłem przysiąść, że ktoś mnie wołał...albo pytał czy nic mi nie jest, jednak słyszałem to jakby z drugiego końca tunelu. Czułem jak w głowie mi się kręci, a ręka podejrzanie pulsuje. Na bank kości dłoni były połamane... wóz w końcu do lekkich nie należał. Podeszło do mnie dwa duszki... nie mogłem w na nich spojrzeć, zrozumieć czy nawet odpowiedzieć. Czułem się ogłuszony, a już po chwili obraz przed moimi oczami z czerwieni zmienił się w głęboka czerń. 
Miałem jedynie nadzieje, że Kage nie będzie zły jeżeli nie wrócę za szybko do świątyni. 

<Kaguś? ;-; Wiem, że mało... i kiepsko... > 

519 słow

niedziela, 17 czerwca 2018

Od Higekiego Do Adrestii "Zemsta i odwet"

   Higeki odłożył słuchawkę telefonu i wyszedł spod krótkiego daszku osamotnionej budki telefonicznej. Było sobotnie, późne popołudnie i wąska, osiedlowa uliczka była kompletnie pusta. Panowała cisza i spokój - wielkomiejski hurgot skutecznie tłumiły przydomowe ogródki, które okalały schludne i zadbane domy. Widać było, że mieszkają tu ludzie zamożni, ale nie na tyle, by stać ich było na nadmierną ekstrawagancję. Żyli spokojnie i wygodnie, nie martwiąc się o to, co przyniesie jutro.
   Higeki przeszedł kawałek, starając się nie wyglądać zbyt podejrzanie i zerknął w stronę jednego z budynków. Miał szczerą nadzieję, że jego plan zadziała i niepokojący telefon sprawi, że rodzina opuści zagrożony dom. Higeki po prostu czuł, że rury z gazem, które biegły wewnątrz ścian są na granicy swojej wytrzymałości - wszystko przez jeden błąd konstrukcyjny, który sprawiał, że ściśnięty wylanym betonem metal był nadmiernie naprężony. Jeszcze chwila i w końcu jedna z rur pęknie wypełniając cały dom kulą morderczego ognia.
   Na szczęście jednak ojciec rodziny codziennie modlił się o bezpieczeństwo swojej żony i dzieci, i teraz jego sumienność popłacała. Higeki usłyszał jego głos i poczuł, że owo bezpieczeństwo jest zagrożone, a że nie uchylał się już od obowiązku chronienia śmiertelników, zareagował niemal natychmiast.
   I w końcu zobaczył to, czego chciał.
   Z domu wyszła kobieta z dwójką dzieci. Widać było, że nie szykowała się tego dnia na wychodzenie z domu, bo ubrana była nadal w fartuch kuchenny i kapcie, a włosy spięte miała w luźny koczek. Pospiesznie zamknęła za sobą drzwi i wyszła przez bramę, trzymając jedno dziecko w nosidełku na plecach, a drugie niemal ciągnąc za sobą za rękę. Mały chłopiec nie wiedział za bardzo, co się dzieje i nie rozumiał, dlaczego jego mama tak bardzo się spieszy, więc opierał się nieco, a jego oczy niebezpiecznie wypełniły się łzami. Kobieta przeszła kilka kroków, a potem wzięła na ręce i drugie dziecko widząc, że nie zdąży, jeśli chłopiec zaraz się rozpłacze. Ledwie zdążyła przejść za róg ulicy, kiedy ciszę panującą na wąskiej, osiedlowej uliczce przerwał ogłuszający huk. Sam Higeki zachwiał się na nogach, gdy dotarł do niego podmuch gorącego powietrza z wybuchu. Gdzieś w oddali zawył alarm w samochodzie, w domach obok wyleciały szyby, a w miejscu, gdzie do tej pory stał budynek, pojawił się słup ognia. Wszystko stało się po prostu w mgnieniu oka, kompletnie bez ostrzeżenia. Higeki usłyszał płacz dzieci i odwrócił się by spojrzeć w kierunku uciekającej kobiety. Podmuch przewrócił ją na ziemię i teraz podnosiła się ciężko, ale ani jej, ani jej dzieciom nie stała się żadna większa krzywda ponad odrapane dłonie i kolana. Kobieta spojrzała za siebie tam, gdzie do tej pory stał jej domu, z którego niedługo miały zostać tylko zgliszcza, a potem przytuliła swoje dzieci, dziękując bogom za to, że oszczędzili jej rodzinę.
   Higeki uśmiechnął się łagodnie. Katastrofa nastąpiła, ale chociaż wybuch wyglądał bardzo poważnie i poczynił mnóstwo zniszczeń w okolicy, nikt nie zginął, a wszelkie rany ograniczały się do zadrapań i rozcięć, jeśli ktoś znalazł się zbyt blisko okna. Jego praca tutaj została zakończona.
***
   Higeki przymknął oczy, starając się wsłuchać w swój wewnętrzny zmysł, który mówił mu, skąd ma nadciągnąć katastrofa i zmarszczył brwi.
   Kiedy przyroda postanawiała doprowadzić do katastrofy, postrzegał to jako coś zupełnie naturalnego. W końcu nikt nie był w stanie przemówić płytom tektonicznym do rozsądku lub na zawsze uciszyć oceany. Trzeba było pogodzić się z tym, że tego typu rzeczy będą się zdarzały i po prostu minimalizować straty i ofiary. Jednak kiedy do katastrofy miał doprowadzić człowiek, Higeki czuł w sercu pewnego rodzaju smutek. Na świecie wydarzało się wystarczająco dużo wypadków, zaś śmiertelnicy mieli wystarczająco dużo problemów, by nie musieć dokładać sobie następnych, jednak widać, że sami śmiertelnicy mieli inne zdanie. Higeki nie rozumiał do końca motywu i sprawcę wyczuwał jak przez mgłę. Może to też dlatego tak ciężko było mu zapobiegać tego typu katastrofom? Mężczyzna zacisnął wargi, kiedy umysł sam podsunął mu wspomnienie, bodaj najtragiczniejsze w całej jego boskiej karierze. Wspomnienie dwóch miast, które w jednej chwili zniknęły z powierzchni ziemi. To były dwa dni, kiedy Higeki miał wrażenie, że umiera wraz ze swoimi wiernymi. Krzyk tysięcy modlitw, bardzo często pozbawionych w ogóle słów i pełnych najczystszego przerażenia niemal go ogłuszył, a potem nastąpiła cisza tak świdrująca i upiorna, że mężczyzna był pewien, że po prostu ogłuchł. Potrząsnął głową. Nie, nigdy więcej. Nigdy.
   Bóg Katastrof nie zamierzał się poddawać. Cokolwiek sprawca zamierzał zrobić, musiał się jakoś do tego przygotować, a żeby się przygotować, musiał dobrze poznać pole walki. Czyli dom, który miał spłonąć wraz z całą mieszkającą w nim rodziną, jeśli Higeki nic nie zrobi.
   Mężczyzna stał w osiedlowej alejce, łudząco podobnej do tej, w której korzystał z budki telefonicznej ledwie tydzień temu, i starał się wyglądać mało podejrzanie. Pracę tę psuł nieco fakt, że Higeki rozglądał się nieco zbyt intensywnie, szukając wzrokiem niedoszłego podpalacza. To mógł być ktokolwiek i mężczyzna wiedział, że w identyfikacji nie pomoże mu nic poza jego własną spostrzegawczością i intelektem.

Słów 807

sobota, 16 czerwca 2018

Od Williama CD Kioku "I nie było już nikogo..."


Pewnego razu, nie tak dawno temu, małe miasteczko Castle Rock nawiedził potwór. (...) Nie był wilkołakiem, wampirem, upiorem ani żadnym innym tajemniczym stworem z zaklętego lasu albo śnieżnych pustkowi, był zwykłym gliniarzem i
nazywał się Frank Doot (...)
Kolejny genialny thriller, kolejny nudny początek, kolejna nieprzespana noc "jeszcze tylko jeden rozdział"
Mijał czas. Upłynęło pięć lat.
Potwora nie było, nie żył. Frank Dodd dawno zgnił w trumnie.
Parsknął śmiechem, wystawiając nogi na biurko. W ogóle dziwnie siedział. Krzesło było oparte o ścianę, Will trzymał nogi na biurku a książka zawieszona była na jego kolanach, co chwilę, przy każdym przewinięciu kartki spadając niecona jego uda.
Tylko że potwory nie umierają. Czy to będzie wilkołak, czy wampir, czy upiór, czy tajemniczy stwór z pustkowi. Potwory nie umierają.
I potwór nawiedził Castle Rock wiosną 1980 roku.
Czyli tutaj zaczyna się akcja. No, może niekoniecznie, bo żaden szanujący się autor nie przedstawia sedna fabuły na 11 stronie. Przeczesał włosy, popatrzył przez okno i wyobraził sobie scenerię pasującą do książki.
Zabita deskami dziura, dziki zachód, pomarańczowa, popękana od słońca ziemia aż wrzeszcząca o deszcz i krwiście czerwone góry gdzieś daleko na horyzoncie. Do tego jakiś mały sklep, w którym pomimo "pustych" półek jest wszystko i sprzedawczyni przy kości, w sile wieku, znając każdą żywą duszę w miasteczku. Tak, tak sobie to wyobraża. Chociaż może dla równowagi dodać by parę starszych niż ludzie pamiętają drzew, nieco suchej, mało wymagającej "trawy" i paru
uroczych w swojej istocie, zachwaszczonych ogródków. Teraz jest idealnie.
Na podwórku stał ośmio- czy może dziewięcioletni chłopiec i uderzał starą piłkę baseballową jeszcze starszym kijem baseballowym. Piłka szybowała w powietrzu i odbijała się o ścianę stodoły, w której zapewne, mieścił się warsztat (...)
Podniósł się szybko i ujrzał ogromnego psa wyłaniającego się ze stodoły. Przez moment miał absurdalne wątpliwości czy to rzeczywiście pies, czy może jakaś brzydka i rzadka rasa kucyka. Jednak kiedy zwierzę wyszło powoli z cienia zalegającego w wejściu do stodoły, zobaczył jego smutne oczy i rozpoznał bernardyna. (...) Stał z przekrzywionym łbem, a wielki pióropusz jego ogona kołysał się powoli tam i z powrotem.
W tym momencie wyobraźnia chłopaka zaczęła pracować na najwyższych obrotach, a on sam zawiesił melancholijnie wzrok w topiących się resztkach śniegu i starał wyobrazić sobie przeczytany przed chwilą fragment. Duży pies. Kłaki sierści pozlepiane od brudu, zaślinione, ogromne pyszczysko i czerwone, poczciwe oczy. Autor genialnie dobrał zwierzaka do scenerii w głowie Williama. Tak dobrze, że on sam się uśmiechnął, pokazując dołeczki. Ściągnął koszulkę
(która od nienaturalnego siedzenia zsunęła się w górę) w dół, zaparzył sobie szybko herbaty schodząc na dół, do kuchni i wrócił do lektury, tym razem kładąc się na łóżku.
Zdawał sobie strawę, że jest za stary na uganianie się za królikami (...) podkradał się raczej dla zabawy niż z apetytu na świeże mięso. Królik skubał w najlepsze młodą koniczynę, którą promienie bezlitosnego słońca w ciągu
miesiąca spieką na brąz. (...) pies ze wściekłym ujadaniem rzucił się w pogoń. (...)
Bicie zegara. Równe 24 razy. To wystarczyło, żeby oderwać Willa od książki i iść po kolejną zieloną herbatę, która, jak każdy jej miłośnik wie - krótko parzona działa jak kawa, której białowłosy nie cierpi. Więc dlaczego nie, zielona to idealny zamiennik. Czas mijał nieubłaganie, a z lekkiego snu, na który zapadł zapewne o 5 nad ranem wybudziło go śpiewanie ptaków. No tak, wiosna, a wraz z nią ta cholerna fauna wrzeszcząca.... zdecydowanie za wcześnie. Wstał ociągle z łóżka, które swoim ciepłem, świeżą, zmienioną pościelą i jego ukochanym, puchowym kocykiem aż wołało o pomstę do nieba za zabranie mu Willa. Przetarł twarz dłonią i podreptał do łazienki, zahaczając o jakąś koszulkę, której nie chciało mu się wczoraj posprzątać, co przepłacił pocałunkiem z zimnym marmurem. Syknął zły jakby ciuchy nie mogły same się sprzątać i rozbudzony poszedł się szybko okąpać, ubierając czarną koszulkę z krótkim rękawem, czarne rurki i czarną bluzę. Jedynym kolorowym akcentem były białe sznurki przy kapturze, ale nawet one znalazły bratnią duszę w bialuteńkich włosach chłopaka. Przejechał chudą ręką po głowie, chcąc się w ten sposób "uczesać" i zadowolony z efektu umył zęby wychodząc na dwór. Po co komu śniadanie jak można chodzić
głodnym... Albo po prostu chodzić zbyt leniwym, by pofatygować się na jakiekolwiek zakupy. Zapach kwiatów przyprawiał go o mdłości, bowiem dalej chodził tylko o wczorajszych herbatach. Zerwał jedną stokrotkę i obracał ją w palcach.
Mógłby ją dać jakiejś uroczej dziewczynie, aż ta z miłości rzuciłaby mu się w ramiona. Aż zaśmiał się na samą myśl o tym, on i dziewczyna, toż to absurd. Przechadzał się niczym pan tego świata, a w głowie miał tysiące pytań "jak zakończyła się książka?". Zatrzymał się dopiero w szczerym polu, patrząc na wschód słońca. I może przez jego własną paranoję i poczucie bycia obserwowanym okręcił się dookoła, widząc świątynię, której (jak boga nie kocha)
nie zauważył. Wbił wzrok w postać, która z tej odległości wydawała mu się przyglądać, i jak na chłopaka o zadziornym charakterku przystało ruszył przed siebie, patrząc na sylwetkę spode łba. Dopiero kiedy był na tyle blisko, żeby dojrzeć, iż to kobieta zmienił nieco podejście i miał się wycofać, kiedy zdał sobie sprawę, że byłoby to co najmniej ośmieszające i żałosne. Wyciągnął więc w pośpiechu dłoń z wymiętoloną, zmasakrowaną i proszącą o wodę stokrotką, po czym wbił w nią zażenowany z zaistniałej sytuacji wzrok, chcąc się przedstawić. Bo w końcu nie ma to, jak wejść komuś do ogródka o wschodzie słońca, oh tak, jakie to naturalne.
-William.
Swoje imię wypowiedział z niezwykłą arystokracją, jak na szlachcica przystało, i łypnął okiem, posyłając jej osobliwe spojrzenie. Wielki człowiek w małym ciele. Jego 165 wzrostu dodawało mu uroku, nie dało się go brać na poważnie. Zielone oczy niczym łodyżka stokrotki skanowały postać kobiety, chcąc zrozumieć, co o tej sytuacji myśli. Jego kąciki ust uniosły się ku górze, chciało mu się śmiać, była to najniezręczniejsza sytuacja, w jaką chłopak sam siebie wpakował.
Oparł się o drewnianą balustradę tarasu niczym Romeo czekający na swą Julię, z ręką dalej wyciągniętą ku dziewczynie. "Weź tego kwiatka, niezręcznie się czuję..." gryzł się w język, żeby tego nie powiedzieć. No cóż, tylko czekać na jej reakcję.

Kioku, mam nadzieję że zrozumiesz komizm Liama :v
Słów 1007

Bóstwo Katastrof - Higeki

Imię: Higeki
Przezwisko: -
Typ bóstwa: Jest bogiem wszelkich katastrof, które spadają na śmiertelników – od lawin i trzęsień ziemi, aż po przegraną na giełdzie czy pożar domu.
Płeć: Bóg.
Charakter: Higeki jest spokojny i opanowany do tego stopnia, że wielu uważa go wręcz za ponuraka. Niewiele mówi, jeszcze rzadziej się śmieje, co do pary z dziedziną, jakiej patronuje sprawia, że stronią od niego zarówno inne bóstwa, jak i chowańce. Mężczyzna w ciągu swojego życia widział tak wiele śmierci i zniszczenia wywołanego przez przeróżne katastrofy, że mogłoby się wydawać, że niewiele już jest w stanie go poruszyć. To wrażenie jest jednak mylne – Higeki jest współczującym bóstwem, które stara się odpowiadać na modlitwy śmiertelników nawet, jeśli wiele z nich nawet nie jest skierowanych wprost do niego. W końcu w obliczu nadciągającego kataklizmu nawet najbardziej opanowany człowiek ograniczy swą modlitwę do rozpaczliwego „Boże, nie! Błagam, tylko nie to!”.
Na początku swej kariery Higeki starał się całkowicie zapobiegać katastrofie, jednak lata doświadczenia pozbawiły go perfekcjonizmu. Jeśli przyroda czegoś chciała, to powstrzymywanie jej przypominało uporczywe trzymanie pokrywki na garnku ze wrzącą wodą – coś takiego musiało skończyć się źle i Higeki kilka razy przekonał się o tym na własnej skórze. Teraz stara się opóźniać w jakiś sposób nadciągające zniszczenie tak, by ludziom udało się chociaż ujść z życiem. Większość śmiertelników to docenia, dziękując mu za oszczędzenie ich rodziny i bliskich, jest jednak pewien ułamek, który ma mu za złe dopuszczenie do zniszczenia ich dobytku. Może nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale takie wyrzuty głęboko ranią Higekiego.
Aparycja:

  • Włosy: Ma ciemne, asymetrycznie ścięte włosy, w które wpina charakterystyczną, złotą ozdobę. Taka fryzura jest efektem tego, jak bardzo Higeki nie dba o swój wygląd, przycinając tylko te kosmyki, które wydają mu się za długie.
  • Twarz: Ma jasną karnację, a jego twarz jest pociągła, pozbawiona jakichkolwiek znamion.
  • Postura: Jest wysoki, a jego sylwetka jest raczej szczupła i umięśniona, chociaż słabo to widać z powodu noszonego przez niego kimona.
  • Inne: Higeki preferuje tradycyjne stroje, uważając je za wygodniejsze i bardziej eleganckie, niż ubranie typowe dla Zachodu. Przy pasie nosi swoje daisho – są to zwyczajne miecze, których Higeki rzadko używa, ale dba o nie i nigdy się z nimi nie rozstaje.


Chowaniec: Brak.
Broń: Brak.
Relacje:


  • Przyjaciele: Zna wiele osób, z którymi lubi spędzać czas, ale jest dość ostrożny z nadawaniem im tytułu przyjaciela. Zapewne zdziwiłby się, gdyby ktoś uważał jego samego za swojego przyjaciela.
  • Wrogowie: Nie jest świadom posiadania jakichkolwiek. W przeszłości zdarzyło mu się stanąć do walki z bóstwem, które postanowiło ukarać za coś śmiertelników, ale nie uważa tego starcia za na tyle poważne, by przysporzyć mu jakichkolwiek wrogów.
  • Druga połówka: Brak.

Ciekawostki:

  • Higeki jest muzykalny – co prawda nie potrafi grać na żadnym instrumencie, ale chętnie słucha, kiedy ktoś inny to robi.
  • Jego ulubione momenty to te, w których absolutnie nic się nie dzieje. Higeki potrafi spędzić całe popołudnie po prostu siedząc w parku i pijąc herbatę. 
  • Okazjonalnie przybiera widzialną, ludzką postać tylko po to, by zagrać z jakimś starszym mężczyzną w go.
  • Nowe technologie nieco go przerastają.

Operator: you.make.me.laugh.silly.boy@gmail.com

Podliczenie chowańców 16.06

Niyumi ( 2 opowiadania) - 350 PD
Michael ( 3 opowiadania) - 200 PD
Shigeru ( 2 opowiadania) - 150 PD
Victoria ( 4 opowiadania) - 600 PD
Nexaron ( 2 opowiadania)  - 150 PD
Miyashi ( 2 opowiadania) - 150 PD
William ( 1 opowiadanie) - 150 PD
Azroth (1 opowiadanie) - 200 PD
Asher (1 opowiadanie ) - 150 PD

~ Kiyuki aka Shin