sobota, 16 marca 2019

Od Asami cd Hibikiego "Dzienniki z życia ziemskiego"

<poprzednie opowiadanie>

- Hibiki... - wydyszałam z bólem przez sen.
Miałam bardzo wysoką gorączkę i to tylko przez to, że na nodze miałam zarazę od cholerstwa jakie wcześniej skrzywdziło prawie moją rodzinę. Teraz na szczęście byli bezpieczni, a ja mogłam wreszcie odpocząć... Okropna gorączka. Kiedy Hibiki użył wody, aby mi ulżyć, odetchnęłam. Nareszcie mi się troszkę polepszyło. Nie było już tak dużego bólu... Czułam, jakby zaraza na nodze powolutku zanikała. Może to były złe myśli Hibikisia? Może po prostu sie martwił i zwątpił? Już nie wiedziałam, pogubiłam sie w tym wszystkim. Blado uśmiechnęłam sie do chłopaka, kiedy ocierał mi twarz z potu, kiedy robił mi ostrożnie okłady na czole. Niesamowity... Mój kochany Hibiki. Wierzyłam, że zawsze się mną zajmie i sie nie myliłam, naprawde tutaj ciagle był, ciagle się mną zajmował... Po chwili... Usnęłam...
Obudziłam sie, kiedy usłyszałam dzwonienie klingi mojego ostrza. Niespokojnie otworzyłam oczy i ujrzałam Kishimurę, jaki wychodził z pokoju hotelowego i kierował sie... Sama nie wiem gdzie. Wstałam z ogromnym trudem i poszłam za nim. W odstępie, kierowałam sie tam, gdzie czułam mojego Hibikiego. Kishimura... Czemu go zabierasz? Czemu zabierasz mojego Hibikiego? Co się stało? Chcesz nas obronić? Nie, nie musisz. Naprawdę, nie musisz mój malutki Kishi... Zamknęłam słabo oczy, idąc za nimi.
- Boli... - powiedziałam bardzo cicho i słabo, co sie dzieje, dlaczego mnie tak boli ciało.
Po chwili dojrzałam, jak mój malutki synek biegnie w stronę starej, zniszczonej fabryki, a tam czeka ktos na niego. Kim jesteście, okropni ludzie i czego chcecie od mojej rodziny. Co robisz, Kishimura? Dlaczego biegniesz i dlaczego chcesz mi odebrać mojego kochanego Hibikiego? Byłam słaba... On biegł, ja się słaniałam z bólu, z cierpienia. Gorączkę czułam w całym ciele, co sie dzieje, nie rozumiem... Nigdy nie czułam się tak źle, nigdy nic mnie tak mocno nie bolało... O rety, cierpienie. Tak bolało.
- Hibiki... Kishimura... - powiedzialam.
Nagle dotarłam do miejsca. Stanęłam spokojnie w ukryciu, patrzac jak moje dziecko oddaje Hibikiego obcym.
- A teraz mnie zostawcie... Mama... Tata... Oni zawsze byli przy mnie, chcą, abym był szczęśliwy. Juz nie potrzebuję waszych narkotyków. Już jestem szczęśliwy. - powiedzial.
W moich oczach stanęły łzy, kiedy ujrzałam, że mężczyzni dotykają świętej broni. Nie. Nie. Zostawcie go. Nagle uderzyli Kishimurę, a ja w ostatkach swoich sił, wybiegłam do nich.
- Hibiki! - wrzasnęłam, a potem upadłam na ziemię z ogromnym impetem.
- Asami! - odpowiedział krzykiem mój kochany obrońca.
Spojrzałam na niego. Walczył, a Kishimura podbiegł do mnie, łapiąc moje ramiona. Miał tak delikatne dlonie...
- Mamusiu! Mamo! Nie! - krzyknął.
Ujrzałam jak ktoś go łapie, a Hibiki stara sie walczyć. Dlaczego... Dlaczego nie mogę nic zrobić...
- Po...mocy... - wyszeptałam.
Po tym, straciłam przytomność. Ciemność, okrutna ciemność. Tak zimno i brzydko pachnie, gdzie jest ciepło i piękny, słodki zapach?

Ilość słów: 441

Od Hibiki'ego CD Asami "Dzienniki z życia ziemskiego"


Mój spokojny sen przerwał cichy szept bogini. Blond włosa drżała delikatnie pod grubą kołdrą, a jej ciało pokrywały maleńkie kropelki potu. Tego nam jeszcze brakowało. Westchnąłem ciężko i udałem się po raz kolejny tej nocy do kuchni gdzie namoczyłem zimną wodą ręczniki i wraz z miską lodowatej cieczy wróciłem do pokoju. Dokładnie wycisnąłem ścierkę, a następnie delikatnie położyłem ją na czole bogini. Drugą szmatką otarłem jej spoconą twarz. To będzie długa noc! Jednak nie przeszkadzało mi to ani trochę. Dla Asami wszystko.

Koło piątej nad ranem obudził mnie cichy szmer. Poderwałem głowę, a raczej próbowałem to zrobić, jednak przeszkodziła mi w tym forma miecza jaką ponownie przybrałem. Najwidoczniej niebieskooka musiała przez sen wymówić moje drugie imię i w ten oto sposób ponownie zmieniłem się w katane. Westchnąłem cicho. Musiałem poczekać, aż dziewczyna się obudzi i mnie odwoła. W tym momencie ponownie dało się słyszeć skrzypienie drzwi oraz tupot bosych stup na panelach. Nim się obejrzałem do pomieszczenia, wślizgnął się Kishimura.

~ Co on tu robił? ~ to jedno pytanie wzbudziło podejrzenie w moim sercu

Chłopak podszedł bliżej łóżka. Rozejrzał się uważnie, najwyraźniej czegoś szukając. Jego uwagę przykułem ja. A raczej miecz którym byłem. Chłopak przełknął ślinę chwytając za rękojeść.

- Przepraszam Mamo. Mam nadzieję, że nie będziesz zła, jak sprzedam ten miecz. Muszę się uwolnić od tych ludzi. Potem wrócę - to rzekłszy Kishimura ucałował delikatnie czoło Asami i mocniej zaciskając na mnie palce, wymknął się na zewnątrz.

Początkowo próbowałem jakoś dostać się do umysłu chłopaka jednak był jak za murem obronnym. Takim jak w średniowiecznych zamkach. Kamień wymieszany z betonem. Wspaniale. Właśnie jestem porywany/kradziony? przez przybranego syna/brata na sprzedaż/spłacenie długu!? Nawet nie wiem jak nazwać całą tą sytuację.
Najwyraźniej zostało mi czekać na dalszy rozwój sytuacji, bo póki Asami mnie nie odwoła, będę siedział w tej przeklętej formie miecza po wsze czasy.

< Asamiś? >

307 słów

sobota, 9 marca 2019

Od Satoshiego do Nao, "Toshi i Yoshi"

Księżyc na dobre rozsiadł się na rozgwieżdżonym nieboskłonie. Sato siedział na schodach przed swoją świątynią i wpatrywał się w gwiazdy. Rozmyślał jak by tu spędzić resztę nocy. O tej porze wyboru wielkiego nie miał. Albo przesiedzieć tu jeszcze chwilę i się położyć spać, bo z pewnością jutro znowu będzie jakiś człowiek z prośbą o spełnienie modlitwy. Albo, co atrakcyjniejsze, ale bardziej bolesne dla portfela, mógł zajść do jakiegoś baru i spędzić resztę nocy pijąc sake. Był z tym jednak pewien problem. Był sam. A gdyby tak poszedł pić samemu, bez nikogo, znaczyć by to mogło tylko jedno. Był alkoholikiem. Nawet ktoś taki jak Satoshi to wiedział. Niestety na to poradzić nic nie mógł. Dlatego też, z posmutniałą lekko miną, wyciągnął paczkę ciastek z dżemem wiśniowym. Odgłosy otwierania opakowania oraz chrupania ich ściągnęły do niego małego puszystego gościa. Bezdomny kociak podszedł ostrożnie głośno pomiaukując oraz szeleszcząc kawałkiem foliowej torebki, który przyczepił mu się do łapki. Bożek zaśmiał się i odczepił prychającemu zwierzakowi zbędną dekorację z białego futerka. Wyjął jedno ciastko i podsunął je pod nos kota. Przynajmniej teraz miał towarzysza do nocnego posiedzenia. Myślał jednak co dalej robić. Co prawda siedzenie przez całą noc i patrzenie na zimowe niebo nie było nieprzyjemne, ale... Ale kot właśnie wsadził pyszczek do torebki z ciastkami. Sato chwycił futrzaka i odciągnął go od jedzenia. Przy okazji zarobił kilka ran na policzku od kocich pazurów. I wtedy doznał olśnienia. Trzymał oburzone stworzonko na wyciągniętych rękach by nie zarobić po raz kolejny w twarz. I wtedy go olśniło. Właśnie gdy spoglądał w te rozeźlone fiołkowe oczka. Skoro uznał, że zwierzak mógł być kompanem na resztę nocy, to czemu miałby nie zostać kompanem na wypad do baru? Toshi uśmiechnął się do swojego nowego towarzysza. Wziął ciastko i wepchnął mu do pyszczka by uniknąć pogryzienia i podrapania, a następnie wsadził go za połę kimono, tak by tyłeczek kota opierał się o pas, a jego łepek swobodnie mógł podziwiać zmieniający się krajobraz w drodze do knajpy. Widać zwierzęciu przypadła ta pozycja do gustu. W końcu nie musiało sobie łapek wychładzać na oblodzonych chodnikach i miało zapewnione osłonę od wiatru z dołączonym w pakiecie ogrzewaniem. Ale co ważniejsze regularnie dostawało papu od srebrnowłosego.
Sato wszedł do najbliższego otwartego lokalu. Podszedł od razu do baru i zajął przy nim miejsce.
- Proszę dwie butelki sake dla mnie i butelkę mleka dla mojego kumpla. - wskazał barmanowi ciekawski pyszczek wystający spod ubrania. Kotek niechętnie wyszedł z ciepłego schronienia i niepewnie stawiał kroki na barze. - Spokojnie, jesteś tu ze mną. - powiedział z lekkim uśmiechem, po czym podrapał zwierze za uchem.
***
Trzeźwiejący w ekspresowym tempie bożek szedł pośpiesznie za miasto. Gdzieś po drodze zrzucił podarte ubranie i teraz szedł w środku nocy przyodziany jedynie w buty i bokserki. Na rękach niósł swojego nowo poznanego puchatego koleżkę owiniętego w szalik i łapką usztywnioną skrawkiem kimona.
W końcu dotarł do chatki na skraju lasu. Z tego co kojarzył to ponoć tu mieszka ten cały tutejszy centaur mnich-weterynarz. A przynajmniej miał nadzieję, że dobrze kojarzył. Strzelił kręgami w karku. Wziął głęboki wdech i zaczął się wydzierać.
- YOOOOOOSHI! YOOOOSHI! OTWIERAJ! - takim krzykiem powinien obudzić nawet umarłego. A to się nawet dobrze składało. W końcu zdecydowana większość mieszkańców tej krainy umarła żeby tu trafić. Jednak minuta czekania na mnicha-weterynarza okazała się zbyt długa i powodowany resztkami alkoholu Satoshi pomyślał, że doskonałym pomysłem będzie wybić dziurę w dosyć cienkich drzwiach, żeby samemu sobie otworzyć. Jak pomyślał tak zrobił. Zgarnął największy nieprzymarznięty kamień jakim mógł operować jedną ręką i przygrzmocił nim parokrotnie w drzwi przebijając się na wylot. W nowo powstałym "judaszu" zobaczył zdziwioną minę gospodarza, który schylał się by przekręcić kluczyk w zamku.
- Trochę ci to zajęło. - powiedział zupełnie poważnie.

<Yoshi?>

niedziela, 24 lutego 2019

Bóstwo Elektryczności - Karo


Imię: Karo
Przezwisko: Jego wyznawcy w modłach do niego mówią do niego często "Karokami", co w wolnym tłumaczeniu znaczy "bóg Karo", lub "boże, zwany Karo". Dla nowo poznanych osób przedstawia się "Raijin", ponieważ mogą one się okazać wrogami. Natomiast jego przyjaciele mówią na niego "Karuś, albo rzadziej "Karek", co średnio lubi.
Typ bóstwa: Bóg Elektryczności
Płeć: W 100% bóg.
Dar: Umie on władać nad piorunami, w skrócie, umie wywołać duże wyładowanie elektryczne. Po użyciu tej mocy musi odczekać jakiś czas. Zależy to od siły piorunu.  Jego wyznawcy modlą się do niego  po to, aby w ich dom nie uderzył piorun. Pomaga też tym, których takowe wyładowanie elektryczne uderzyło.
Jest on przykładem osoby, której lepiej nie oceniać po okładce. Wygląda na groźnego i zimnego typa. I może jest zimny, ale tylko dla nowo poznanych osób. Dla przyjaciół jest on miły. Jest dość inteligentnym bogiem, nie grzeszy też pracowitością, tak naprawdę jest piorunująco leniwy. Najchętniej nie ruszałby się w ogóle. Jest totalnie uparty, jak coś postanowi, to już nie odpuści. Tak samo nie rzuca słów na wiatr. Mimo, iż jest dla przyjaciół miły, to działa na swoją korzyść. Na nikogo nie patrzy z góry. Żyje według reguły "zabij, albo zostań zabity". Widział już wiele rzeczy w życiu, więc nic nie może go zdziwić. Nie potrafi okazywać uczuć, jest totalnym ułomem w tych sprawach. Jest w stanie ukrywać emocję, a także udawać uczucia, na przykład płakać na zawołanie. Czasem jednak nie umie tego zrobić i okazuje uczucia, aż za bardzo, na przykład, gdy za bardzo się wścieknie, albo zasmuci. Często przez swoją umiejętność nie okazywania emocji, może pocieszać innych, tak naprawde, gdy w środku krzyczy w niebo głosy.

Włosy: Ma on kruczoczarne włosy, które mienią się granatem. Dosięgają one do ramion. Często są w nieładzie, ale są też dni, w których przybierają majestatu i są ponad przeciętną.
Twarz: Na jego twarzy, często gości grymas. Rzadko można zauważyć na nich uśmiech. Ale ten grymas to jego naturalna twarz, przez co często zraża do siebie innych.
Postura: Jest on wysoki, mierzy ponad 200 cm wzrostu. Poza tym jest dosyć szczupły, ale jego brzuch jest wyćwiczony i nie jeden gość, marzyłby o takim.
Inne: Często ubiera garnitur i krawat. Przez to czuję się jakby bardziej był w pracy. Oczywiście miewają dni, w których ubiera się luźniej. Jednak zawsze przy boku ma swoje dwa Colty.
Głos: klik

Przyjaciele: Nie ma ich, mimo to, chciałby mieć choć jednego.
Wrogowie: W przeciwieństwie do przyjaciół, ma ich sporo. Wielu ludzi mówi na niego "Raijin".
Druga połówka: Nie ma nikogo, ale jest zauroczony w pewnej broni.
Broń: Ma jedną upatrzoną.

Ma on słabość do ryb
Kocha popcorn
Jest maniakiem książek
Jego ulubionym napojem, jest dosyć mocne doppio
Zawsze ma przy sobie swoje dwa Colty M1911
Operator: Na chacie: K∆RO | boryx.bergud@gmail.com

Od Asami cd Hibikiego "Dzienniki życia ziemskiego"


Hibiki jest niesamowitą osobą. Moja broń, najcudowniejsza na calutkim świecie ludzi oraz świecie bogów. Nikt go nie przebije, nikt. Kiedy mnie położył, otulił kołdrą, poczułam... Poczułam się kochana, szczerze kochana przez najważniejszą dla mnie osobę... Mimo tego, że byłam słaba, ledwo oddychałam, ale... Usłyszałam co do mnie mówił. Usłyszałam jego wyznanie, na jakie otworzyłam delikatnie oczy. Złapałam dłoń broni i położyłam ją na swój policzek. On też musi poznać prawdę. Nie będę jej przed nim kryła. To dzięki szczerości może zaistnieć prawdziwa miłość.
- Hibiki... Znalazłam tego, jakiego moje serce pokochało... Jesteś nim ty... Nikogo innego nie będzie. Dla mnie ciągle jesteś też idealny, bronisz mnie ponad wszystko, opiekujesz, kiedy zajdzie taka potrzeba. To ty jesteś dla mnie księciem na białym koniu. Nie mam potrzeby wiązania się z najwyższym bogiem, dla mnie ty jesteś ponad każdym. Nie pokochałeś mnie za wygląd, a za to kim jestem w środku i to jest właśnie prawdziwe uczucie... Wierzę ci, dlatego proszę... Jak wrócimy do domu... Nie rozejdźmy się już nigdy więcej... - powiedziałam słabo, po czym zamknęłam oczy. - Wybacz, Hibiki... Jestem bardzo zmęczona i obolała. Pozwól, że odpocznę... Zostań ze mną i trzymaj moją dłoń. Opuść ją tylko wtedy, kiedy zajdzie taka potrzeba...
Uśmiechnęłam się w jego stronę z zamkniętymi oczkami i odetchnęłam cicho. Położyłam na moment dłoń Hibikiego na swój policzek i spojrzałam mu w oczy. Wyglądał... Na zmartwionego, miał łzy w oczach. Nie mogłam pozwolić, aby te nadal w nich były. Nieco go przyciągnęłam do siebie, choć słabo mi to szło i złożyłam na jego ustach bardzo delikatny pocałunek. Najdelikatniejszy, ale taki, jaki był pełny uczucia. Spojrzałam mu potem w oczy.
- Hibiki... Już jestem szczęśliwa, przy tobie. - powiedziałam, po czym złapałam jego dłoń. - I nie mów już do mnie Kami... Mów do mnie po prostu po imieniu... Mów mi Asami... I połóż się przy mnie... Proszę. - dodałam i zamknęłam oczy.
Byłam zbyt słaba na dalszą rozmowę. Moja dłoń jednak nadal szczelnie była zamknięta w dłoni mojej broni, to mnie cieszyło, nie byłam sama. Najważniejszą rzeczą w miłości, jest poczucie szacunku, bezpieczeństwa i pełni uczuć. Tak też było w tym wypadku. Czułam, że... Będziemy szczęśliwi, jak tylko... Jak tylko wrócimy.
Tylko jak mamy wrócić, skoro Kishimura będzie samotny. Nie mogę go opuścić! Jest za mały, teraz ma rodziców, trudno, że przybranych, ale kochamy go równie mocno! Nie może płakać. Muszę coś wymyślić, ale co... Jak go zabrać z ziemi... Jak. Jak mogę zadbać o niego, nie będąc człowiekiem. Wielki boże... Pomóż mi... Pomóż mi podjąć decyzję... Decyzję, jaka będzie dobra dla mnie, dla Hibikiego i dla małego Kishiego. Chcę, aby każdy był szczęśliwy...

<Hibikiś?>
Ilość słów: 429

Od Hibiki'ego CD Asami "Dzienniki z życia ziemskiego"


Byłem przerażony. Drobniutkie ciało bogini pokryte było licznymi ranami zadanymi przez już drgającego w pośmiertnych drgawkach potwora. Bez namysłu pochwyciłem blondynkę w ramiona i unosząc ją jak pannę młodą, przycisnąłem do piersi. Serce biło mi jak oszalałe a ręce drżały. Wciąż niespokojnie tuląc do siebie boginię, jakby pragnąc ochronić ją przed wszelkimi złem, szepnąłem:
-Najpierw trzeba to opatrzyć, Panienko
Ruszyłem do łazienki by po chwili usadzić dziewczynę na prastarej pralce. Teraz nadszedł czas na dokładne oględziny. Każdą raną zajmowałem się jak najdelikatniej i jak najdokładniej, tak by sprawdzić najmniej bólu jak to możliwe. Do oczu cisnęły się łzy jednak twarz pozostała nieruchoma. Tę umiejętność wyniosłem jeszcze z poprzedniego życia. Nie okazuj emocji. To pierwsza rzecz jakiej trzeba się nauczyć żyjąc na ulicy.
Chwyciłem delikatnie w dłonie rękę Asami i zacząłem odkażać kolejne cięcia. Najbardziej zmartwiła mnie szarpana rana pozostawiona przez potwora na szyi bogini. Przybliżyłem, się więc do niej nieco bardziej i zająłem się tamowaniem krwi. Przy tej czynności zauważyłem powoli opadające powieki siedzącej przede mną dziewczyny.
-Kami! Kamisama! Nie zasypiaj! - Ująłem jej przepiękną twarz , kierując jej spojrzenie w moim kierunku - Jeszcze nie możesz zasnąć Panienko. Proszę się trzymać!
To rzekłszy czym prędzej ukończyłem opatrywanie rannej i ponownie biorąc ją na ręce zaniosłem do kuchni. Tam w garnuszku zostało trochę zupy. Podgrzałem ją i podsunąłem kiwającej się ze zmęczenia blondynce.
-Proszę to zjeść. Musi Panienka nabrać sił
Następnie wziąłem się za parzenie mocnej herbaty. To były moje ostatnie liście. Czas wracać do świątyni… Lecz… Co z Kishimurą? Będę musiał porozmawiać z boginią.
Westchnąłem ciężko. Jakże wszystko się komplikuję. Muszę zabrać z Ziemi Asami, bo następnej walki z tak potężnym Youkai może nie przetrwać. Na samą myśl po moich plecach przebiegły ciarki.
Odwróciłem się do dziewczyny i widząc że skończyła jeść i pić, zaniosłem ją z powrotem do pokoju, gdzie okryłem jej wątłe ciało ciepłą kołdrą. Spojrzałem na jej spokojną, pogrążoną we śnie twarzyczkę, a serce któryś raz tej nocy zatrzepotało. Przez zwykle poważną twarz przebiegł mi delikatny uśmiech.
-Asami… Kocham Cię… Ale przepraszam. Nie jestem, dla Ciebie dość dobry. Kiedyś znajdziesz swojego księcia na białym koniu. Jakiegoś wysoko postawionego boga, który będzie cię kochał. Przepraszam, że nie jestem ciebie wart…
Z moich oczu pociekły łzy, których nawet nie miałem sił ocierać.
-Bądź szczęśliwa Asami-san…


< Asamiś? >

376 słów

piątek, 22 lutego 2019

Od Akiego cd Aurory "Obrońca Wszechświata i jej bóg"


Odbywałem właśnie mój codzienny spacer, uwzględniał on między innymi wizytę w mojej świątyni, gdzie i tym razem natknąłem się na białowłosą, sponiewieraną dziewczynę. W sumie nawet nie wiem co ona tutaj robiła, chodziła tutaj każdego dnia, jeśli nie częściej, ale nigdy nie usłyszałem od niej żadnej modlitwy, czyżby za bardzo żydziła, a może... Nie, co prawda nigdy nie starałem się zajrzeć do jej duszy, jednak i bez tego wyczuwałem promieniująca na kilka kilometrów nienawiść. Może jednak za bardzo żydziła...
Oparłem się o kapliczkę. Ile może jej to zająć nim stąd sobie pójdzie? Z doświadczenia niestety długo, ale i tak nie miałem lepszego zajęcia. Zarówno obecność ludzi, jak i innych bogów spływała po mnie niczym woda po psie. Każda rozumna istota była podatna na nienawiść i pragnienie zemsty, nigdy nie potrafiłem ich zrozumieć (mimo, że to był poniekąd mój atrybut). No cóż, darmową kasą nie pogardzę, bo pragnień typu „chcę, aby ta osoba złamała nogę” nawet wysłuchiwać nie zamierzałem, a co dopiero spełniać. W sumie... Gdyby nie fakt, że ludzie lubią sobie dokopać wzajemnie to pewnie nie mógłbym prowadzić tak komfortowego i leniwego trybu życia.
Nie wiem ile ile minęło czasu, nim się wyrwałem z moim rozmyśleń, ale mop białych włosów opuścił w międzyczasie mój teren. Moje spojrzenie wróciło do celu mojej wycieczki, mianowicie do miedzianej misy z monetami, którą pobieżnie opróżniłem. Może i pieniądze jakieś tam przynosili, tylko że nominały trochę za niskie, albo mogliby tak zadbać dla odmiany o otoczenie.
Przypomniało mi się, jak to jeden z youkai mieszkających w mieście raz wspomniał, że ja też mógłbym zadbać o moją świątynię, ale odrzuciłem tę myśl. Ja? Sprzątać świątynię, gdy mogą to za mnie zrobić istoty niższ...ludzie, no chyba nie.

Następnego dnia powróciłem do kapliczki o tej porze. Z zadowoleniem zauważyłem, że białowłosy mop się dzisiaj tutaj nie pojawił. Mogłem więc szybciutko spenetrować misę i powrócić do miasta, a dokładniej do mojego pokoju.
Już miałem zamiar ulotnić się ze świata ludzi, lecz nagle zacząłem się zastanawiać czemu w sumie białowłosa dziewczyna się tutaj nie pojawiła. Nie wyczuwałem nigdzie też nigdzie aury jej nienawiści, którą zwykle nawet jeśli słabą wyłapywałem wśród innych, gdy dziewczyny tutaj nie było. Zmarszczyłem brwi. Może zwykle nie miałem ochoty tego przyznać, ale przyzwyczaiłem się już do jej obecności. No i była ciekawsza od większości śmiertelników, którzy po prostu by tutaj przyszli ukrywając się, wrzucili monety i by się nigdy do tego nie przyznali. Tylko ona była w mojej świątyni dłużej niż musiała, a nawet o nic nie prosiła.
Zacząłem iść w kierunku wyjścia z ogrodu. W stronę, którą dziewczyna zwykle się udawała. Przeszedłem kilka ulic, aż w końcu dotarłem do mostu. Co przykuło moją uwagę był jego zerwany fragment, mniej więcej w połowie długości chodnika była dziura wielkości kilku płytek, więcej niż wystarczająco, aby jakiś pechowiec spadł w przepaść. Zwłaszcza taka tyczka, jaką był białowłosy mop.
Niestety nie posiadałem żadnej mocy, która umożliwiłaby mi potwierdzenie mojej teorii. No ale od czego są kioski z gazetami ludzi. Te szare istotki może i są dosyć słabe, ale jeśli chodzi o przekazywanie informacji nikt nie jest im równy i tym ich tak zwanym mediom pod każdą postacią.
Podążyłem dalej chodnikiem, omijając ogrodzony fragment podobnie, jak reszta przechodniów, aż w końcu dotarłem do najbliższego kiosku. Podszedłem i zacząłem przeszukiwać witrynę w nadziei, że znajdę tutaj powód zniknięcia aury dziewczyny, jako że nie znalazłem niczego na pierwszych stronach magazynów, podszedłem do okienka z obojętną miną i zakupiłem lokalną gazetę.
Szybko przekartkowałem gazetę, mniej więcej około 20 strony zobaczyłem nagłówek „Tragiczny wypadek na Moście XXXX, jedna śmiertelna ofiara spadła do rzeki” wraz ze stroną A4 opisującą krótko wypadek i dziewczynę. Z opisu brzmiała dosyć podobnie do przypadku, który pałętał się pod moją kapliczką.
No cóż, przynajmniej teraz nie muszę czekać, aż sobie pójdzie – pomyślałem. W końcu będę miał spokój, zresztą widok białowłosej czupryny mi się już dosyć znudził. Chociaż.... Może trochę będzie mi jej brakować, może żydziła, ale mimo wszystko była jedyną osobą, która tam przychodziła nie chcąc jakieś przysługi ode mnie. Od kiedy pamiętam nie zdarzył się nigdy żaden inny taki przypadek.
Cóż, jako że nie miałem już nic do roboty "na dole", jak to nazywałem świat ludzi, postanowiłem powrócić do Miasta, a bardziej konkretnie do mojego pokoju. Miałem nieco zły humor nie wiedzieć czemu, jednak go zignorowałem w wyższym celu mojej klasycznej pasożytniczej hibernacji na łóżku. W tym celu jednak musiałem już ominąć niemałe sterty artystycznego chaosu.
"Przydałoby się tutaj zrobić porządek – pomyślałem. – Niestety pokojówka za droga jak na moje skromne „zarobki” boga zemsty. O ile ludzie zawistnie tam chodzą to i tak są żydami i rzucają tylko grosiki, a sam oczywiście nie zamierzałem się babrać w takie rzeczy jak sprzątanie. To było poniżej mojej godności.
Przydałaby mi się jakaś darmowa siła robocza bez żadnych wymagań – zacząłem dumać – najlepiej żeby nie chciała też wynagrodzenia. Najlepiej ktoś dłużny wobec mnie. Hmmmm... Ktoś kto nie mógłby odmówić i nie ma nic lepszego do roboty
Przed oczami przemknął mi obraz białowłosej dziewczyny. Hmmm... Niby do tej pory nie miałem chowańca. Może to by rozwiązało moje problemy artystycznego nieładu, ale... Musiałbym się tym czymś zajmować, chociaż z drugiej strony, jak ona tam ślęczała bez powodu przed kapliczką kilka godzin to chyba nie jest zbyt wymagająca. Teraz w mojej wyobraźni pokazała się jeszcze ciekawsza wizja białowłosej w stroju pokojówki, ale szybko się jej pozbyłem.
Nigdy do tej pory nie odprawiałem rytuału przywołania chowańca. Słyszałem, jak on wyglądał i widziałem wielu chowańców w Mieście, aczkolwiek sam nie chciałem posiadać jednego. Nie tak, żebym mógł zaoferować dobre warunki, albo nawet chciał próbować, no ale... Mogę spróbować tego szalonego pomysłu zanim mi przejdzie, przynajmniej życie nie byłoby już tak nudne, a jeśli odmówi to nic nie stracę.
Tylko... Jak się w sumie za to zabrać. Zastanawiałem się, jako że to był mój pierwszy rytuał przywołania chciałbym, żeby wyglądał jakoś efektywnie. Wstałem z łóżka i podążyłem do mostu, gdzie zaginął białowłosy mop. W sumie spotkanie w miejscu, gdzie umarła... Hmm... Brzmi dobrze.
Ominąłem barierki i stanąłem na skraju dziury. Zamknąłem oczy i skupiłem się na obrazie białowłosej i na przywołaniu jej duszy w to miejsce.
- Biedne, biedne dziecko! – zaśmiałem się na jej widok, jak przestraszona otworzyła oczy i rozejrzała się niewidzącym wzrokiem. Dusze nie znajdowały się dokładnie w wymiarze ludzi, więc ciężko było mi określić co ona widzi. – Jak wielkie szczęście trzeba mieć, żeby trafić na taki niestabilny punkt w moście, po którym chodzą codziennie tysiące ludzi? Niezwykłe! Gratuluję moja droga!
Dopiero teraz wyszła z szoku i zorientowała się, że jest nad wielką przepaścią. Wydarła się na pół miasta bliżej nieokreślonym piskliwym mordującym uszy dźwiękiem, ale śmiertelnicy i tak jej nie słyszeli, w końcu duch itd. Po chwili zamilkła w przerażeniu.
Najpierw się drze, a potem nie umie wydusić nawet jednego słowa... Kobieta, a może po prostu śmiertelnik.
- Spokojnie – objąłem ją ramionami i przyciągnąłem bliżej – już trochę za późno na przejmowanie swoim życiem – puściłem jej oczko. – Ale myślę, że tego już nie muszę ci mówić. W końcu niecodziennie się umiera.
- Umiera? – powtórzyła przerażonym tonem cicho. – O czym ty mówisz?
- Ooo... Jednak nie pamiętasz? – Zdziwiłem się. – A może jednak nie chcesz pamiętać? Wyobraź sobie załamujący się most pod twoimi nogami, zgadując po ranie na twojej głowie musiałaś  nieźle oberwać zanim zaczęłaś spadać. Po prawdopodobnie wydłużającym się w twojej wyobraźni momencie spadania uderzyłaś w powierzchnię wody, która biorąc pod uwagę twoją wagę i prędkość... no, powiedzmy to było niczym uderzenie w cement, możliwe że nawet połamałaś sobie kilka kości, wiec nawet gdybyś umiała pływać to trochę byś się poruszała pod wpływem szoku, a ostatecznie i tak twój los był przesądzony. Coś takiego mniej więcej.
Słuchając tego, zachwiała się i stłumiła krzyk. Cóż, podejrzewam, że taka śmierć jest dosyć traumatycznym przeżyciem. Odciągnąłem ją dalej od krawędzi.
- No, ale co się stało to się stało, już tego i tak zmienisz – wzruszyłem ramionami.
- Czemu tutaj jestem? Skoro nie żyję... – Zapytała.
- Hmmm... Teoretycznie teraz jest moment, w którym możesz zadecydować o swoim losie. Niewiele osób ma ten przywilej. Możesz udać się i próbować zadomowić się w raju, nigdy tam nie byłem, ale słyszałem, iż jest całkiem przyjemnie.
Kiwnęła głową.
- A drugi wybór?
- Dobra dziewczynka, widzę że już się trochę ogarnęłaś. Drugim wyborem jest służba bóstwu, jako chowaniec. Zamieszkasz w Mieście pełnym istot, które nie są ludźmi i będziesz mi służyć.
- Co to jest dokładnie chowaniec? Jaką rolę pełni?
- Cóż... Chowańce zasadniczo dzielą się na dwie kategorie. Zwierzęce chowańce oraz chowańce broni. To którym chowańcem się staniesz zależy już od ciebie, ale jednocześnie nie jest twoim świadomym wyborem – wyjaśniłem.
Aurora na chwilę zamilkła pogrążona w rozmyśleniach.
- Czy jako chowaniec będę mogła schodzić na ziemie?
- Tak, będziesz mogła. Nie wiem w jakim celu chciałabyś to robić, jeśli by tak wziąć twoje dotychczasowe życie ale podróże między Miastem, a wymiarem śmiertelników nie są niczym wyjątkowym. I nie pytaj się skąd wiem o twoim życiu, jestem bóstwem – tak naprawdę moja wiedza brała się z nieco innych źródeł, ale nie uznałem za stosowne o tym wspominać. Jeszcze bym ją odstraszył i moje plany darmowej siły roboczej by uległy.
- Zgadzam się. Zostanę twoim chowańcem – w końcu padły jej słowa.
- To pozwolisz, że przypieczętuję kontrakt – na mojej twarzy pojawił się cień uśmiechu. – Ale nie będę ci mówić, jak się to robi tylko pokażę.
I z tymi słowami wziąłem ją w ramiona i złożyłem na jej ustach pocałunek.

1573 słów